03 listopada 2017

"Pusty dom" Algernon Blackwood


Trudno mówić o prozie Algernona Blackwooda w oderwaniu od problematyki dotyczącej motywu Natury i jej korelacji z rasą ludzką. Rywalizacja potężnych sił przyrody z niszczycielską działalnością człowieka to zagadnienie wielokrotnie przez pisarza podejmowane, jak również modyfikowane wraz z narastaniem u Blackwooda jego życiowych doświadczeń. Temat odnajdujemy w sztandarowych, przepełnionych wojenną atmosferą, ale subtelnie stonowanych Wierzbach (1907), jak i chociażby w opowiadaniu Sand (1912), gdzie wizja wspomnianej konfrontacji została przedstawiona z kolei w sposób bardzo wymowny. Interesujący obraz sił pradawnych, niezrozumiałych dla człowieka ucywilizowanego spotykamy również w Pustym domu, tekście opublikowanym po raz pierwszy w zbiorze The Empty house and other ghost stories (1906).

28 maja 2017

"Złota Podkowa" Dashiell Hammett


Stany Zjednoczone tuż przed wielkim kryzysem gospodarczym. Wzrost bezrobocia i włóczęgostwa, spadek zainteresowania legalnymi źródłami utrzymania, zwiększająca się liczba wszelkiego rodzaju kanciarzy, złodziejaszków i ludzi wierzących w łatwy zarobek dzięki ruletce.

Opowiadanie Złota Podkowa (The Golden Horseshoe) to typowa dla Hammetta historia detektywistyczna osadzona w Ameryce właśnie połowy lat dwudziestych minionego wieku. Bohaterem opowieści jest funkcjonariusz Kontynentalnej Agencji Detektywistycznej podejmujący się odnalezienia zaginionego mężczyzny nazwiskiem Ashcraft. Proste początkowo zadanie z czasem coraz bardziej się komplikuje. Zleceniodawca ginie w tajemniczych okolicznościach, na horyzoncie pojawiają się narkotyki, barowi wykidajła oraz nieobliczalna kobieta. Całość spowijają opary podrzędnych spelunek z podrzędnymi klientami drzemiącymi na podrzędnych stolikach.

Czytelnicy przepadający za opowieściami rodem z Wielkiego Snu (The Big Sleep) Raymonda Chandlera nie powinni być rozczarowani. Złota Podkowa pomimo niezbyt skomplikowanej historii prezentuje się bardzo przyzwoicie, właśnie z uwagi na tło wydarzeń – zarysowane bardzo wyraziście – oraz głównego bohatera, będącego poniekąd protoplastą sławnego Sama Spade’a. Dodatkowo, dobre wrażenie robi Lala, tj. skrzyżowanie dziewczęcej wersji femme fatale z Julie Lawry, jednej z negatywnych bohaterek z Bastionu Stephena Kinga. Jej temperament i pociąg do szkockiej, ostry nóż schowany pod sukienką i zabójcze przywiązanie do Ashcrafta zarazem przeraża i fascynuje. Szkoda, że Hammett tak mało miejsca jej poświęcił.





"Aliens vs. Predator vs. Terminator" / Dark Horse Comics 2000


Osoby odpowiedzialne za pomysł na niniejszą historię powinny dostać medal 😊 Nie dlatego, że scenariusz komiksu jest wybitnie intrygujący, ale z uwagi na sam pomysł połączenia losów popkulturowych gigantów dwudziestego wieku. Predator walczący z Terminatorem? Obcy ratujący siebie i… ludzkość przed zagładą ze strony Skynetu? Tego nie było i prawdopodobnie nie będzie nawet w najbardziej zwariowanym filmie.

Jeżeli kogoś ciekawi, co działo się z Ellen Ripley albo Annalee Call po ich ucieczce ze statku USM Auriga (Obcy. Przebudzenie) nie zawiedzie się sięgając po „Aliens vs. Predator vs. Terminator”. Mark Schulz rzuca bohaterki w wir walki nie tylko z Obcymi, ale również z machinami Skynetu, którego historię opowiada sam John Connor 😊 Ellen wojując ze wspomnianą gromadką spotyka także kosmicznych myśliwych – Predatorów – z którymi zawiera tymczasowy sojusz. Coś pięknego!

Historia porywa od pierwszych stron i trzyma w napięciu do samego końca. Przemowy Annalee Call o konieczności ratowania rodzaju ludzkiego trochę stopują akcję, ale stanowią dość sensowny przerywnik pomiędzy kolejnymi potyczkami. Oprawa graficzna do zniesienia, choć początkowo miałem problem z przyzwyczajeniem się do trochę innej Ripley. Jeżeli miałbym wskazać najfajniejszy moment w komiksie to byłaby to wizyta Ellen na statku Predatorów. Sceny, w których próbuje się z nimi porozumieć albo jej zrezygnowanie, kiedy dostrzega ich laboratorium, bezcenne 😊




04 lutego 2017

"Manitou" Graham Masterton


Chcąc odpocząć od stylistyki przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku sięgnąłem po Manitou Grahama Mastertona, autora zapewne u wielu z nas przywołującego uczucie pewnej nostalgii. Autora budzącego tęsknotę za dreszczykiem towarzyszącym odkrywaniu literatury grozy oraz za czasami, gdy niewielkich rozmiarów książeczki kosztowały kilkadziesiąt tysięcy złotych a tandetne okładki bardziej przykuwały uwagę niż odstraszały. Proza angielskiego pisarza już od dawna nie należy do moich ulubionych, ale od czasu do czasu wracam do niej właśnie ze względu na owe wspomnienia.

Gdybyście kilkanaście lat temu zapytali mnie o wrażania związane z lekturą Manitou bez wahania nominowałbym autora do nagrody za umiejętność straszenia. Dla czternastoletniego szczyla, do tej pory utożsamiającego większą dawkę emocji z przygodami Old Shatterhanda, spotkanie z twórczością Mastertona było jak cios obuchem w głowę. Wówczas historia opowiedziana przez wspomnianego autora nie potrzebowała żadnych odpowiednich warunków, aby móc zaistnieć w wyobraźni dziecka z całą przerażającą mocą. Wystarczył dosadny opis odradzania się tytułowego ducha oraz wzmianka o pielęgniarzu obdartym ze skóry, abym porzucił regał z napisem „literatura przygodowa” i zagościł na stałe przy pozycjach przydzielonych do „thriller/sensacja”. Na marginesie. Wracając myślami do połowy lat dziewięćdziesiątych zastanawiam się, czym kierowali się ludzie pracujący w ówczesnych bibliotekach publicznych układając powieści Mastertona na takiej a nie innej półce. Czyżby brakowało miejsca na dodatkowy mebel? A może, co wydaje się bardziej prawdopodobne, liczba horrorów wydawana w Polsce była na tyle znikoma, że biblioteka w małym miasteczku nie uważała za stosowne nobilitować owe pozycje na osobny regał?
Read More >>