"The Amityville Horror" (1979)
Zachęcony recenzją Buffy1977 sięgnąłem po pierwszą, filmową, odsłonę historii rodziny Lutzów – oryginalny The Amityville Horror z końca lat osiemdziesiątych. I wiecie co? Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej. Zanim jednak przejdę do wyśpiewywania pod adresem wspomnianej produkcji peanów, kilka słów wstępu. Do filmów o nawiedzonym domu zraził mnie remake wspomnianego horroru z 2005 roku, który nie zaoferował niczego poza niewłaściwym aktorstwem. Nie zrozumcie mnie źle, ale patrząc na Ryana Reynoldsa cały czas widziałem Michaela Bergena. Niech fani aktora mnie zastrzelą, ale uważam, że gwiazda serialu On, ona i pizzeria nie sprawdza się w horrorach. Cukierkowaty Reynolds całkiem nieźle radzi sobie w komediach (Wieczny student, Teściowie, Narzeczony mimo woli) i kinie akcji (Blade: Mroczna Trójca, X-Men Geneza: Wolverine), ale historie z dreszczykiem to nie jego działka. Przynajmniej, tak było kiedyś. Jakiś czas temu aktor zagrał faceta pogrzebanego żywcem i zebrał całkiem przyzwoite recenzje, więc równie dobrze mogę nie mieć racji. Tak czy inaczej, Reynolds w roli George'a Lutza na blisko siedem lat skutecznie odstraszył mnie od serii Amityville.