24 grudnia 2010

"Umierająca Ziemia. Oczy nadświata" Jack Vance

Jack Vance? Zupełnie obcy mi pisarz, który nie tak dawno odżył dzięki wydawnictwu Solaris. Podkreślę to jeszcze raz, głośno i wyraźnie: Wojciech Sedeńko i spółka odwalają kawał dobrej roboty. Gdyby nie inicjatywy podejmowane przez wspomniane wydawnictwo, młode pokolenie czytelników nie miałoby możliwości poznania cyklu „Umierająca Ziemia”. Z kolei na osoby zorientowane w temacie czekałyby problemy natury stricte technicznej, gdyż o egzemplarz pierwszego wydania zbioru opowiadań „Umierająca Ziemia” z 1960 roku bardzo trudno. Dlatego zanim przejdziemy dalej, warto zapytać: ilu jeszcze autorów wypadałoby przypomnieć? W dobie wydawania pisarzy będących „na topie” zapewne wielu. Mam tylko nadzieję, że ich liczba będzie systematycznie malała.

Pierwszy kontakt z cyklem „Umierająca Ziemia” zaowocował spostrzeżeniem, że oto mamy przed sobą nasz rodzimy świat, który poszedł naprzód. Jak wygląda taka Ziemia? Jest to planeta po przejściach: zniszczony glob zamieszkały przez zdegenerowane jednostki, którym prześwieca czerwone, powoli gasnące Słońce. Oczywiście to wielkie uproszczenie. Zdarzają się wyjątki, miejsca, gdzie życie upływa przy dźwiękach muzyki i w strugach wina. Jak już jednak powiedziałem, są to wyjątki. Prawda jest taka, że Ziemia wraz z rodzajem ludzkim powoli, ale stale i nieprzerwanie chyli się ku upadkowi.

Co kierowało autorem, kiedy kreował taki a nie inny świat? Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę czasy, w których Jack Vance tworzył pierwsze części cyklu. Są to lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte dwudziestego wieku, społeczny okres niepewności i strachu. Zimna wojna w pełni, przywódcy dwóch wielkich mocarstw ciągle knują, spiskują i szykują się do wielkiego rozstrzygnięcia. W „Umierającej Ziemi. Oczach Nadświata” nie będziemy świadkami konfliktu zbrojnego – który z uwagi na specyfikę świata przedstawionego należy traktować jako metaforę – i nie odnajdziemy przyczyn „umierania Ziemi”, ale napotkamy przesłanki sugerujące, że jest to nasza planeta. O czym mówię?

Omawiany świat to świat, w którym niejako nakładają się na siebie dwie rzeczywistości. Z jednej strony mamy do czynienia z magami, dzielnymi wojownikami i zamkami, a z drugiej z laboratoriami, gdzie próbuje się wyhodować ludzką istotę oraz ze starymi latającymi maszynami do złudzenia przypominającymi dzisiejsze samoloty. Taka budowa świata przedstawionego nie zmienia jednak niczego, jeżeli chodzi o powody „umierania Ziemi”, gdyż są one uniwersalne, występujące we wszystkich kulturach.

Poznając świat „Umierającej Ziemi”, nie sposób nie zadać sobie pytania o gatunek fantastyki, z jakim przyszło nam obcować. Wspomniałem, że w zbiorze dochodzi do przenikania dwóch światów. Czytelnik będzie miał do czynienia nie tylko z czarodziejskimi amuletami, potężnymi zaklęciami i chroniącymi przed nimi runami. Spotka także magów próbujących stworzyć ludzką istotę oraz muskularnych wojowników i piękne damy podróżujących drogą powietrzną. Na pierwszy rzut oka elementy charakterystyczne dla fantasy będą się mieszały z elementami typowymi dla science fiction, ale jest to błędne wyobrażenie. W „Umierającej Ziemi. Oczach Nadświata” pojawiają się przedmioty/maszyny odbiegające od standardowych wyobrażeń fantasy, ale nie pełnią one funkcji, jakie z definicji narzuca im fantastyka naukowa. Borys Strugacki powiedział: „Dlaczego działa czarodziejska różdżka? A cholera ją wie. Działa i tyle. Na tym polega bajka. A kiedy pojawia się czarodziejska różdżka, która kieruje strumieniem neuronów – wtedy zaczyna się fantastyka”. Myślę, że owe zdania najlepiej tłumaczą istotę rzeczy. „Umierająca Ziemia. Oczy nadświata” to ewidentnie zbiór opowiadań fantasy. Pseudosamoloty i nawiązania do inżynierii genetycznej pełnią wyłącznie rolę dodatków i nie są przez autora omawiane od strony naukowej. Pisarz wykorzystuje je do zobrazowania kontrastu; za ich pomocą udowadnia, że kiedyś istniała lepsza, pełna życia Ziemia.

Osoby zainteresowane omawianą książką muszą pamiętać o jeszcze jednej kwestii. Biorąc do ręki wspominany zbiór opowiadań będą obcować zarówno z krótszymi jak i dłuższymi historiami, które jednak nie stworzą jednej długiej opowieści, choć miejsce wydarzeń będzie wspólne, podobnie jak i niektórzy bohaterowie. Co za tym idzie? Czytelnicy przyzwyczajeni do rozwlekłych, budowanych skrupulatnie krain fantasy mogą poczuć się zawiedzeni, ponieważ istotną cechą tekstów z cyklu Umierająca Ziemia jest ich prosty i bezpośredni przekaz. Ktoś może powiedzieć, że są to cechy charakterystyczne dla opowiadań. Owszem, ale chodzi oto, że czytelnik, nawet połączywszy wszystkie informacje z poszczególnych historii, nie skonstruuje pełnego obrazu świata przedstawionego. Poznamy jego zarysy, ale nie poznamy w sposób szczegółowy mechanizmów rządzących chylącą się ku upadkowi planetą. Zamiast tego otrzymamy dynamiczną akcję z bohaterami przywodzącymi na myśl delikatniejszą wersję Conana oraz nieskomplikowane questy do wykonania.

Reasumując, „Umierająca Ziemia. Oczy nadświata” to znakomity przykład literatury przygodowej utrzymanej w konwencji starego dobrego fantasy Roberta Jordana, czy Davida Eddingsa. Sięgając po niego należy jednak pamiętać, że nie jest to powieść, a opowiadania, które, jak wiadomo, rządzą się swoimi prawami.


17 grudnia 2010

"To" Stephen King

Zacznijmy od tych wspaniałych dni, kiedy wszystko było proste, pozbawione posmaku dorosłości, zaczarowane, a wilk zawsze był zły. Od czasów, gdy strach miał tylko wielkie oczy. Pytanie, czy tylko oczy?
Podobno motyw dzieciństwa należy do grupy tematów najłatwiejszych, jeżeli chodzi o literacką rzeczywistość. Zali to prawda? Nie wiem, nie jestem specem od warsztatu pisarskiego. Niemniej hołduję następującej zasadzie: pisarz przed przystąpieniem do pracy powinien znać temat oraz umieć w prosty sposób o nim opowiedzieć. A czyż z owego zadania można się lepiej wywiązać, niż opierając przygotowania o własne wspomnienia? Doświadczenie jest tym czymś, co pozwala najgłębiej zbadać dany temat. Poznać od podszewki. Patrząc na To nie sposób nie odnieść wrażenia, że Stephen King do konfrontacji z duchami z dzieciństwa i wymagającymi czytelnikami przygotował się bardzo solidnie.

W Derry zalęgło się zło – bezimienne i przerażające

Stephen King ponownie przenosi nas do Derry*, z pozoru spokojnego miasteczka, gdzie każdy żyje własnym życiem. Dla osób niewtajemniczonych wyjaśnię, iż jest to typ miasta banalnego do granic możliwości: przeciętni mieszkańcy „robiący swoje” z jeszcze bardziej przeciętnymi sąsiadami. Innymi słowy: Derry to barwny obraz amerykańskiej prowincji.

W czerwcu 1958 roku członkowie Klubu Frajerów – jąkała Bill Denbrough, nieposkromiony gaduła Richard Tozier, samotnik Ben Hanscom, chorowity Eddie Kaspbark, Żyd Stan Uris, czarnoskóry Mike Hanlon oraz dorastająca w patologicznej rodzinie Bev Marsh – rzucają wyzwanie istocie, którą podejrzewają o morderstwa dzieci. Wyzwanie trudniejsze tym bardziej, że tajemniczego mordercę nie jest łatwo wytropić, gdyż każdy postrzega go na swój sposób**, natomiast dla dorosłych jest niewidoczny zupełnie. Oczywiście nasi bohaterowie podchodzą do zadania z zapałem typowym dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia. I oczywiście z konfrontacji wychodzą zwycięsko, tak przynajmniej im się wydaje do 1985 roku. Wtedy bowiem To ponownie wkracza w ich życie.

Stephen King uczynił z To doskonały przykład książki łączącej horror z literaturą obyczajową, gdzie niemalże na równi z wątkiem grozy postawił tematykę społeczną. Każdego z bohaterów poznajemy z dwóch stron: thrillerowej oraz społeczno-obyczajowej. Dlatego też w powieści oprócz scen mających wzbudzać przerażenie, odnajdziemy momenty poświęcone między innymi problematyce dorastania, przemianom wewnętrznym towarzyszącym dojrzewaniu oraz stereotypom obecnym w prowincjonalnym miasteczkach. Należy jednak pamiętać – zwracam się do osób sięgających pierwszy raz po książkę pisarza z Maine – że To jest nadal horrorem, ze wszystkimi tego stanu rzeczy konsekwencjami, plusami i minusami.


Wszystkiemu winna papierowa łódeczka

Miłośnicy rozbudowanych fabuł nie będą zawiedzeni. Pod tym względem To prezentuje się wręcz imponująco. Historia walki dzieci/dorosłych ze straszydłami z dzieciństwa została bowiem opowiedziana na ponad tysiącu stu stronach. Pisarz posługując się retrospekcją, dzieląc powieść zarówno na odrębne, jak i wspólne historie postaci, znalazł miejsce i czas na prezentację niemalże każdej cząsteczki świata przedstawionego. Jak drobnej cząsteczki? Spotykając głównych aktorów derry’owego spektaklu poznajemy każdy element ich życia, dzieje ich rodzin, przyjaciół, znajomych. Historię wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli styczność z bohaterami To. Czytając o Derry, nie wykręcimy się od spaceru po wszystkich jego ulicach, parkach, szkołach, bibliotekach, bagnach, dawnych murzyńskich klubach i innych miejscach, bez których moglibyśmy się odbyć.

Oczywiście znajdą się osoby nieprzepadające za zbyt szczegółowo rozbudowaną fabułą. Niezależnie jednak od indywidualnych upodobań, każdy przyzna: Stephen King przeszedł samego siebie. Nie od dziś wiadomo, że twórca Mrocznej Wieży bardzo ceni klasyczne motywy powieści grozy. Lubi je wykorzystywać, wzbogacać, modyfikować. To jest doskonałym tego przykładem. Straszydło z dzieciństwa, przed którym chowaliśmy się pod kołdrę, w rękach mistrza nabrało całkiem nowego, kosmicznego kształtu. Niemniej źródeł inspiracji mistrza horroru należy poszukiwać przede wszystkim w doświadczeniach z dzieciństwa. Czyż nie zdarzyło się wam przestraszyć skrzypiących drzwi? Czy wasza wyobraźnia nie wariowała po obejrzeniu Piątku Trzynastego? Śmiem twierdzić, że mając osiem, dziewięć lat drżeliście jak osika. Podobnie sądzi Stephen King i właśnie na owej wiedzy opiera akcję powieści.

W To każdy odnajdzie kawałek dzieciństwa. Fascynacja horrorami, pociąg do niebezpiecznych i zakazanych miejsc, wyścigi rowerów, puszczanie łódek z gazet, ucieczki przed młodocianymi przestępcami – to wszystko stanowi nieodłączną część procesu dorastania. Stephen King pisząc rozumiał rzecz doskonale i wyłuskał bardzo, bardzo dużo podobnych „smaczków”. Co więcej, dołożył także coś od siebie: „Nasze nowe mieszkanie na drugim piętrze mieściło się przy West Broad Street. Przecznicę dalej, nieopodal marketu Teddy’ego i naprzeciwko Materiałów Budowlanych Burretsa, rozciągała się rozległa dzika gęstwina. Po jednej stronie było wysypisko śmieci, środkiem biegły tory kolejowe. To jedno z tych miejsc, do których wciąż powracam w wyobraźni; raz po raz pojawia się w moich książkach i opowiadaniach pod różnymi nazwami. Dzieciaki w To nazywały je Barrens; my natomiast – dżunglą”***.

Podsumowując, Stephen King bazując na prawach rządzących dzieciństwem każdego człowieka, wykorzystując wspomnienia własne i innych oraz strasząc nie tylko potworami, stworzył niezwykle wciągającą historię. Czy przerażającą? Na to każdy musi odpowiedzieć sam.


* Derry jest także miejscem wydarzeń historii opowiedzianych w powieści Bezsenność i Łowca snów.
** Tajemnicze „To” przybiera najczęściej postać Pennywise’a, Tańczącego Klauna.
*** S. King Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika; Prószyński i S-ka; Warszawa 2008, s.26-27.



08 grudnia 2010

"Relacja z pierwszej ręki" Janusz A. Zajdel

Pisanie o ludziach zasłużonych dla szeroko rozumianej fantastyki nastręcza problemów. Czyż o wielkich tego gatunku nie powiedziano wszystkiego, co można było powiedzieć? W Polsce również nie brakuje pisarzy, których dokonania omawiano, modyfikowano i opisywano wielokrotnie. Wśród nich jest Janusz Zajdel, jeden z ojców science fiction oraz prekursor fantastyki socjologicznej, którego niniejszy zbiór tekstów postaram się zaprezentować. Dlaczego? Pozwólcie, że na to pytanie odpowie małżonka autora, Jadwiga Zajdel: „Bibliografia, którą sporządziłam, zawiera ponad osiemdziesiąt opowiadań. Od dawna niewznawiane, są warte przypomnienia – szczególnie młodszemu pokoleniu czytelników”.*

Odbiorcom fantastyki Janusz Zajdel kojarzy się głównie z Nagrodą Fandomu Polskiego, której od 1986 roku użycza swojego imienia i nazwiska, a która została mu rok wcześniej pośmiertnie przyznana za powieść „Paradyzja”. Dziś mało kto potrafi wymienić dorobek twórczy Zajdla, nie mówiąc o rzeczowym wypowiadaniu się odnośnie tematyki jego tekstów. „Relacja z pierwszej ręki” jest właśnie przeznaczona dla takiego odbiorcy. Osób mających dosyć kolorowo okładkowej literatury, osób chcących na nowo odkrywać klasyków polskiej fantastyki.

Żona pisarza dokonując wyboru trzydziestu trzech** utworów z pewnością nie kierowała się żadnym kryterium zagadnieniowym. Inaczej mówiąc, podstawową cechą „Relacji z pierwszej ręki” jest różnorodność tematyczna. Według mnie taka forma prezentacji twórczości Janusza Zajdla jest rozwiązaniem idealnym. Gwarantuje bowiem dotarcie do maksymalnie szerokiego grona odbiorców, a właśnie to wydaje się być głównym motywem wznowienia opowiadań wspomnianego pisarza. Na blisko pięciuset trzydziestu stronach zostały zebrane najlepsze teksty pisarza z poszczególnych okresów jego kariery pisarskiej. Każdy znajdzie coś dla siebie; zarówno czytelnicy chcący odnowić znajomość z Januszem Zajdlem, jak i osoby po raz pierwszy sięgające po jego teksty.

Pod względem tematycznym zbiór prezentuje się znakomicie. Nie brakuje opowieści wpisujących się w klasyczną science fiction (np. „Bunt”, „Blisko Słońca”, „Uranografia”, „Diabelski młyn”, „Jad Mantezji”, „Towarzysz podróży”, „Metoda doktora Quina”) oraz tekstów, których tematyka koncentruje się wokół problemów socjologiczno-politycznych (np. „Ekstrapolowany koniec świata”, „Skorpion”, „Wyższe racje”, „Chrzest bojowy”, „869113325″, „Dowód”). Oczywiście nie istnieje realna granica dzieląca wspominany zbiór na dwie, odrębne części. Nie istnieje, bo i sztuczne podziały nie były potrzebne. Należy pamiętać, że taki tematyczny miszmasz jeszcze wyraźniej uwypukla to, o czym Janusz Zajdel pisał wielokrotnie; mianowicie złożoność procesów społecznych i wzajemnie się ich przenikanie. Czyż śledząc myśli pisarza nie odnosimy wrażenia, że jest on dobrym duchem rodzaju ludzkiego? Nieustannie – łącząc pracę zawodową z działalnością pisarza – przestrzegał ludzkość przed naukowym zaślepieniem, czy też przed bezrozumną uległością wobec błędnych wartości. Opowiadając historie o podróżach międzygwiezdnych, relacjonując kontakty rodzaju ludzkiego z obcymi cywilizacjami oraz krytykując systemy totalitarne starał się wyjść naprzeciw aktualnym oczekiwaniom czytelników. Historia pokazała, że tematyka podejmowana przez Janusza Zajdla trafiła na bardzo podatny grunt. Jako wspomniany prekursor fantastyki socjologicznej stał się inspiracją dla szeregu początkujących wówczas pisarzy.

„Relacja z pierwszej ręki” jest zbiorem wartym uwagi, ale i momentami zbiorem wymagającym skupienia. O ile pewne teksty – mam tu na myśli utwory zawierające aluzje dotyczące ówczesnej sytuacji w Polsce – nie sprawiają kłopotu, o tyle występują i takie, w których pojawia się dość sporo technicznej terminologii. Nigdy nie byłem orłem z matematyki, nie mówiąc o fizyce, więc czytanie o zwarciach hiperprzestrzennych czy izolowanym obszarze antyczasu sprawiało niejakie problemy. Niemniej owe utrudnienia są do zniesienia i nie wpływają znacząco na odbiór książki.

Do sięgnięcia po „Relację z pierwszej ręki” zachęcałbym głównie przedstawicieli młodego pokolenia, osoby, które nie miały okazji zapoznać się z twórczością Janusza Zajdla. Ten zbiór jest skonstruowany jakby specjalnie dla was. Żona pisarza wybrała teksty najlepsze z najlepszych, które z pewnością zachęcą do bliższego poznania twórczością wspomnianego pisarza.


* J. A. Zajdel Relacja z pierwszej ręki, superNOWA, Warszawa 2010, s.5.
** Jadwiga Zajdel wybrała teksty z następujących zbiorów opowiadań: Jad Mantezji z 1965 r. (Studnia, Egipski kot, Jad Mantezji), Przejście przez lustro z 1975 r. (Bunt, Dyżur, Blisko Słońca, Diabelski młyn, Towarzysz podróży, Skorpion, Metoda doktora Quina, Sami), Iluzyt z 1976 r. (Dokąd jedzie ten tramwaj?, 869113325, Prognozja, Poczucie winy, Iluzyt, Ten piękny dzień, Wszystkowiedzący, Gra w zielone, Dowód), Ogon diabła z 1982 r. (Uranografia, Ogon diabła, Felicitas, Raport z piwnicy, Psy Agenora, …et in pulverem reverteris, Relacja z pierwszej ręki), List pożegnalny z 1989 r. (Chrzest bojowy, Satelita) oraz z teki pośmiertnej autora (Wyższe racje, Adaptacje, Wyjątkowo trudny teren, Ekstrapolowany koniec świata).


04 grudnia 2010

"Mroczna Wieża. Narodziny rewolwerowca" Stephen King

„Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim”. Każdy miłośnik pióra Stephena Kinga bez trudu rozpozna ów cytat. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że pochodzi on z sagi Mroczna Wieża, którą autor uważa za swoje opus magnum. W tym miejscu nie zamierzam jednak rozpisywać się nad epicką wersją przygód ostatniego rewolwerowca. Skupię się nad czymś, na co polskim fanom pisarza z Maine przyszło czekać trzy lata. 24 września 2010 roku nakładem wydawnictwa Albatros ukazał się komiks „Narodziny rewolwerowca”.

„Jest ikoną, legendą i najlepszym przyjacielem, chwalić Boga, i waszym najgorszym wrogiem.”*

Roland Deschain z rodu Elda, ostatni z wielkiego klanu rewolwerowców, człowiek podążający ścieżką przeznaczenia ku Mrocznej Wieży. Czym dokładnie jest ta wieża? W wielkim skrócie, ale naprawdę wielkim można powiedzieć, że jest to miejsce będące punktem przecinania wszystkich rzeczywistości. Miejscem, gdzie zarówno czas, jak i przestrzeń nie mają znaczenia. I tu pozwolę sobie na drobną dygresję. Warto dodać, że osoby nie zaznajomione ze wspomnianą sagą nie będą czuły się wyalienowane biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”. Komiks wypada zaliczyć do uniwersum Mrocznej Wieży, ale równie dobrze może uchodzić za odrębną powieść graficzną. To jest jego wielki plus. Fakt, że mogą po niego sięgnąć także ci, którzy nie znają pierwowzoru.

Wracając do tematu. Rolanda poznajemy w momencie, gdy rzuca wyzwanie swojemu nauczycielowi sztuk walki, Cortowi. Z pojedynku wychodzi zwycięsko i tym samym kończy wiek dziecięcy, stając się pełnoprawnym mężczyzną. Wątek ten nie jest jednak osią główną komiksu, lecz wstępem do historii o okolicznościach spotkania rewolwerowca z Susan Delgado, wielką miłością Rolanda. Poznaje ją, gdy wraz z dwoma przyjaciółmi, Cuthbertem Allgoodem i Alainem Johnsem, przybywa do Hambry. Miasteczka, którego mieszkańcy – jak podejrzewa Stephen Deschain, ojciec głównego bohatera – udzielają wsparcia buntownikowi i rewolucjoniście, Farsonowi. Oczywiście zadanie okazuje się trudniejsze, niż się początkowo wydawało. Młodzi rewolwerowcy muszą wykazać się nie tylko przebiegłością, ale i umiejętnością szybkiego ładowania broni. Wartka, dynamiczna akcja to niewątpliwie wielka zaleta komiksu.

„Człowiek w czarni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim.”**

Roland Deschain ściga człowieka w czerni już od blisko 40 lat***. Jego przygody zostały uwiecznione w postaci siedmiotomowego cyklu powieści oraz na kartach komiksu. Od niedawna wiadomo także, że saga opisująca drogę wspomnianego rewolwerowca do Mrocznej Wieży zostanie przeniesiona na ekran. Studio Universal Pictures oraz telewizja NBC – producenci przedsięwzięcia – zapowiedzieli trzy części filmowe (pierwsza część planowana jest na 2012 rok) i serial telewizyjny. Jak widać zainteresowanie uniwersum Mrocznej Wieży pomimo upływu lat nie słabnie, a liczba fanów Rolanda wzrasta z roku na rok.

Nie brakuje ich także w Polsce. „Narodziny rewolwerowca” są właśnie ukłonem w ich stronę. Choć na graficzne przygody Rolanda musieli oni czekać trzy lata, śmiem twierdzić, że było warto. Albatros podszedł do zadania profesjonalnie, a trzeba zauważyć, że inwestycja w komiksy w Polsce to nadal przedsięwzięcie dość ryzykowne. Zwłaszcza, gdy wydawnictwo postanawia wydać powieść graficzną według iście zagranicznych standardów, co automatycznie znajduje odbicie w cenie. O czym mówię? Przede wszystkim o bardzo dobrym wykonaniu technicznym. Komiks wydany został z zachowaniem tej samej zawartości, co wersje amerykańskie, oryginalnego loga serii i na porządnym papierze. Dodatkowo oprócz historii właściwej znajdziemy w nim szkice głównych postaci, mapki miejsc, w których rozgrywa się akcja oraz projekty okładek wydań amerykańskich. Mówiąc krótko: polska edycja „Narodzin rewolwerowca” jest najwyższych lotów. Wydawnictwo Albatros zasłużyło na słowa uznania.

Oczywiście wielkie brawa należą się także – a może raczej „przede wszystkim”? – twórcom komiksu, czyli głównie scenarzyście Peterowi Davidowi, nadzorującemu fabułę Robinowi Furthowi oraz rysownikom: Jaeowi Lee i Richardowi Isanove. Na mnie osobiście ogromne wrażenie zrobiła kolorystyka. Nie jestem specem od grafiki, ale uważam, że największą zaletą komiksu jest umiejętne wymieszanie cieni z żywymi kolorami. Jeżeli dodamy do tego realizm postaci otrzymamy sceny idealnie oddające styl pisarski Stephena Kinga oraz atmosferę jego powieści. O czym mówię? O zamiłowaniu pisarza z Maine do szczegółów i ukazywania świata takim, jaki jest naprawdę. Uwierzcie mi, że biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”, nie posądzicie twórców komiksu o zbyt liczne odstępstwa od epickiej wersji przygód Rolanda Deschaina oraz próbę zakamuflowania „brzydoty” świata, w którym rozgrywa się akcja.

***

Nie będę polecał niniejszego komiksu każdemu. W naszym kraju ta forma przekazu nadal jest traktowania jako coś gorszego, często niewartego uwagi ludzi poważnych. Niemniej wierzę, że osoby, które zdecydują się poświęcić cenny czas „Narodzinom rewolwerowca”, nie będą zawiedzione. Co więcej, po lekturze nie tylko pokiwają głowami i powiedzą „było dobre”, ale przekażą znajomym i przyjaciołom, że warto od czasu do czasu zapomnieć o czymś takim jak książka.


* P. David, R. Furth, J. Lee, R. Isanove Narodziny rewolwerowca; Albatros, Warszawa 2010; s.10.
** Tamże; s.9.
*** Stephen King zaczął pracę nad powieścią rozpoczynającą sagę Mroczna Wieża w 1970 roku.



15 listopada 2010

"Firma" John Grisham

Zrecenzować powieść pisarza, którego niemalże wszystkie książki reklamowane są jako „kolejny bestseller”, jest trudno. Można zostać posądzonym o słodzenie samemu nazwisku, bez względu na wartość czytelniczą powieści. Osoby czytające ową recenzję informuję, że nie miałem zamiaru nikomu kadzić. John Grisham nie potrzebuje obrońców dzisiaj, tak samo jak nie potrzebował ich w 1991 roku. Wystarczyło, że napisał „Firmę”.

Marzeniem większości młodego pokolenia jest znalezienie pracy dobrze płatnej i będącej konsekwencją zdobytego wykształcenia. Mówię „młodego pokolenia”, ale tak naprawdę jest to marzenie każdego człowieka. Wiek nie ma tu znaczenia. Każdy kiedyś zdobywał wiedzę i każdy chciałby być należycie docenianym. Od czasu do czasu życzenia się spełniają.


Mitchel McDeere wzbudza sympatię. Dodam, że w moim przypadku zajęło mu to kilka stron. Nie myślcie, że zawsze tak jest. Rzadko tak szybko zaprzyjaźniam się z głównym bohaterem. Ostatni raz miało to miejsce podczas lektury „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” Stiega Larssona. Ileż dzisiejszych postaci marionetkowością i brakiem ducha przyprawia czytelników o mdłości?! Kreowane na żywca, bez wcześniejszego przemyślenia są namiastką nas samych. A przecież nie oto chodzi. Czytelnik patrząc na fikcyjną postać ma poczuć jej realność. Nawet powieść z nadzwyczaj ciekawą fabułą przegra, jeżeli będzie miała papierowych bohaterów. Mitchel McDeere jest inny; żywy, czarujący, pociągający.

Głównego bohatera powieści Johna Grishama poznajemy w trakcie rozmowy rekrutacyjnej. Nienagannie ubrany – świetnie skrojony garnitur plus eleganckie, choć nie wiem czy włoskie, buty – uśmiechnięty, przekonany do własnych umiejętności, niekiedy mniej lub bardziej poważny, próbuje przekonać do swojej osoby kancelarię prawniczą „Bendini Lambert i Locke”. Rozmowa przebiega w przyjaznej atmosferze. Widać, że obie strony chcą ze sobą współpracować i koniec końców do tego właśnie dochodzi. Świeżo upieczony prawnik, Mitchel McDeere, zostaje nowym nabytkiem firmy adwokackiej z Memphis. Otrzymuje gwiazdkę z nieba, a konkretnie: wysokie wynagrodzenie, posiadłość z pięknym domem, nowe BMW (kolor do wyboru!), perspektywę szybkiego wzbogacenia się oraz przyjaźń i życzliwość ze strony pracodawcy, który zajmie się dosłownie wszystkim.

Czyżby prawdziwy uśmiech losu? Otóż nie do końca. „Bendini Lambert i Locke” okazuje się przykrywką mafii. Czym dokładnie zajmują się panowie prawnicy z Memphis oraz sami, wielcy gangsterzy? Autor dokładnie tego nie precyzuje. W powieści nie uświadczymy opisów skomplikowanych gier świata przestępczego, nie poznany mafijnej rodziny „od wewnątrz”, jak mieliśmy okazję chociażby w „Ojcu chrzestnym” Mario Puzo. John Grisham osią centralną powieści uczynił Mitchela McDeere, jego działania w celu wyswobodzenia się z niezręcznej – delikatnie mówiąc – sytuacji oraz rzetelnie zaprezentowany świat prawników.

Wspomniałem, że główny bohater wzbudza sympatię już po pierwszych kilku stronach. Nie mówiłem jednak, że poziom sympatii do niego stale wzrasta. Dlaczego? A dlaczego lubimy tajnych agentów, ludzi niesłusznie skazanych próbujących uciec z więzienia, czy ostatnich sprawiedliwych rozwiązujących tajemnicze zagadki sprzed lat? Stawiałbym na to, że wszystkiemu winny jest ich umysł. A dokładnie błyskotliwe plany, misternie zaplanowane posunięcia i wielka rozgrywka, której stawką jest życie. Mitchel McDeere łączy w sobie wszystko, co najlepsze. Bystry prawnik kontra mafia. Czy może być coś bardziej ekscytującego?

Prawnik Grisham

W 1981 roku John Grisham ukończył studia prawnicze. Podejrzewam jednak, że nigdy nie pracował dla mafii. Na szczęście doświadczenia zdobyte na studiach oraz podczas wykonywania wyuczonego zawodu wystarczyły, by "Firma" była książka na bardzo wysokim poziomie. Zastanówmy się, jakie są największe zalety powieści, pomijając oczywiście postać głównego bohatera.

Po pierwsze, realizm. John Grisham konstruując świat przedstawiony, wykonał naprawdę świetną pracę. Uporządkował wspomnienia, zanotował cechy charakteryzujące prawników oraz ich pracę, zebrał to wszystko razem, et voilà, "Firma" gotowa. Orientacja w tematyce, znajomość najróżniejszych finansowych pułapek i przynęt czyhających na początkujących prawników pomogła mu napisać książkę z odpowiednią dla niej atmosferą. To właśnie ów prawniczy klimat, utrzymujący się od początku do końca fabuły, jest tym „czymś” co nie pozwala się od niej oderwać. Bądźmy szczerzy, czytelnicy zawsze wyczują pisarza, który będzie próbował ich oszukać. Jeżeli mamy ochotę na thriller, którego podstawą istnienia są morderstwa popełniane przez lekarzy, będziemy oczekiwać przede wszystkim rzeczowego podejścia do tematu. Nie zadowolimy się pobieżną wiedzą autora z zakresu szkoły średniej. Od razu zorientujemy się, że pan X nie odrobił zadania domowego i poszedł na łatwiznę. John Grisham nie popełnia podobnego błędu i poważnie podchodzi do tematu.

Po drugie, amerykański pisarz przedstawiając historię Mitchela McDeere’a, prawnika, który już na początku swojej kariery zrozumiał, co to oznacza zawodowa rywalizacja, zrobił to używając języka zrozumiałego dla większości śmiertelników. Jest to bardzo ważna cecha książki. Pamiętajcie, że biorąc ją do ręki wkraczanie w świat kodeksów, przepisów prawa podatkowego, zawiłości ustawowych i innych skomplikowanych mechanizmów, na przykład takich, które umożliwiają pranie brudnych pieniędzy. John Grisham musiał pamiętać, aby pisać rzetelnie, ale jednocześnie zrozumiale. I uważam, że wywiązał się z tego zadania znakomicie. Bazując na osobistych przeżyciach, nakreślił iście darwinowską walkę o przetrwanie. Świat prawników, którzy, wodzeni na pokuszenie, muszą niemalże na każdym kroku uważać, aby nie popełnić jakiegoś błędu. Błędu, który może kosztować ich nie tylko utratę aktualnie posiadanej pracy, ale także doprowadzić do końca prawniczej kariery.

Deus ex machina

„Firma” nie jest książką idealną i w związku z tym posiada także wady. Na ostatnich stronach powieści zdecydowanie zbyt często pojawia się deus ex machina. Głównemu bohaterowi, niczym agentowi Jej Królewskiej Mości, udaje się w zadziwiająco prosty sposób oszukać mafię, a także agentów FBI. Czy można było tego uniknąć, nieco zaostrzyć zakończenie? Pewnie tak, ale po co? Mitchel McDeere jest bohaterem, którego nie sposób nie polubić. Od początku wiadomo, że wszystko ułoży się po jego myśl. W mniejszym lub większy stopniu, ale zawsze. Mitchel McDeere jest postacią maksymalnie pozytywną i taką właśnie miał być w założeniach Johna Grishama. Autor potrzebował go jako pomocy do ukazania zagrożeń czekających na młodych prawników. Na prawników zaślepionych ambicją, prawników zapominających o moralno-etycznej stronie swojego zawodu.

Powieści sensacyjne z domieszką kryminału zawsze wzbudzały zainteresowanie i patrząc na rynek wydawniczy nie ulegnie to zmianie przez najbliższych kilka lat. "Firma" Johna Grishama jest książką, którą z czystym sercem polecam każdemu fanowi sensacyjno-kryminalnej fabuły.



14 września 2010

"Lord Prestimion" Robert Silverberg

Twórczość Roberta Silverberga cenię od dawna. Nie tylko z uwagi na oryginalne pomysły, ale również za ogromny wkład w rozwój literatury współczesnej. Za wiedzę odnośnie rynku fantastycznego i nieustanne podejmowanie nowych wyzwań. Do jego największych zalet zaliczyłbym jednak łatwość podejmowania tematów trudnych.

Pracę nad „Kronikami Majipooru” Robert Silverberg rozpoczął na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W 1980 roku ukazała się powieść „Lord Valentine’s Castle”. Od tamtego czasu wspomniany cykl rozrósł się do dwóch trylogii i kilku opowiadań oraz zapewnił amerykańskiemu pisarzowi stałe miejsce wśród wielkich twórców literatury fantastycznej. Wznowienie na polskim rynku „Kronik Majipooru” przez Solaris uważam za jedną z ważniejszych inicjatyw tego wydawnictwa.

„Lord Prestimion” to opowieść o władzy, problemach związanych z jej sprawowaniem i skutkach podejmowania błędnych decyzji. Kilka lat temu miałem przyjemność czytać Dekret Toma Clancy’ego. Była to kolejna historia o przygodach Jacka Ryana, który – o ile dobrze pamiętam – w wyniku zamachu terrorystycznego dosłownie w przeciągu kilku godzin został zaprzysiężony na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Książka zafascynowała mnie szczegółowym opisem ogromu wyzwań, które z dnia na dzień stanęły przed człowiekiem. Sięgając po „Lorda Prestimiona” zastanawiałem się, jak Robert Silverberg poradzi sobie z dokładnym przedstawieniem mechanizmów sprawowania władzy. W jaki sposób ukaże ogromną odpowiedzialność ciążącą na nowo wybranym władcy. Zwłaszcza takim, który musi pokierować tak wielką planetą jak Majipoor. Obawiałem się, że autor poświęci zbyt wiele uwagi strukturze administracyjnej oraz kłopotom poszczególnych okręgów w momencie zmian zachodzących na najwyższych szczeblach. Myliłem się. Z rozdziału na rozdział coraz wyraźniej uwidaczniało się hasło Ludwika XIV „państwo to ja”, ale nie w swoim antydemokratycznym wydźwięku. „Lord Prestimion” to opowieść o jedności władcy i państwa. Historia o mistycznej więzi pomiędzy królem i jego królestwem. Robert Silverberg w klarowny sposób opisał starą prawdę, że dobrobyt i spokój w państwie zależy w wielkim stopniu od osoby władcy. Nie tylko od decyzji przez niego podjętych, ale także od umiejętności przyznawania się do popełnionych błędów.

„Lord Prestimion” jest bezpośrednią kontynuacją „Czarnoksiężników Majipooru”. Prestimion zwycięża w krwawej wojnie domowej i zasiada na tronie. Na mocy pierwszego rozporządzenia wywołuje ogólnonarodową amnezję, dzięki której nikt nie pamięta tragicznych wydarzeń. Szybko jednak okazuje się, że nie warto podejmować decyzji na gorąco, bez odpowiedniego ich przemyślenia. Wymazanie pamięci staje się przyczyną bardzo poważnych problemów młodego władcy. Oczywiście owe trudności to tylko wierzchołek góry lodowej.

Czy powieść można czytać w oderwaniu od wcześniejszych tomów? Cóż, nie będę nikogo zmuszał do kupna „Zamku Lorda Valentine’a”, czy „Czarnoksiężników…”, więc „tak”, można przejść do lektury „Lorda Prestimiona” z pominięciem wspomnianych książek. Uważam jednak, że warto się z nimi zapoznać. Ze względu na kunszt pisarski autora i co za tym idzie dużą dawkę porządnej fantasy, ale przede wszystkim z uwagi na rzetelne wprowadzenie do rzeczywistości Majipooru. Kroniki Majipooru najlepiej prezentują się, jako całość i tego się trzymajmy.

Robert Silverberg oddaje w ręce czytelników prawdziwą epopeję. Pisarz w swoim stylu wiele uwagi poświęcił samemu Majipoorowi. Niemalże na każdym kroku, bez względu na miejsce wydarzeń, odczuwa się potęgę i wielkość planety. Jednak to, co charakteryzuje cały cykl, może również stanowić wadę książki. Niekiedy przydługie opisy przyrody, budynków, poszczególnych stanowisk rządowych bardzo przeszkadzały. Przedzierając się przez nie miałem wrażenie, że w jakiś tajemniczy sposób przeniosłem się nad Niemen, a spomiędzy drzew wybiegnie Justyna Orzelska. Na szczęście takich momentów było niewiele.

Czego zatem powinien spodziewać się czytelnik sięgający po piątą odsłonę Kronik Majipooru? Przede wszystkim dobrze opowiedzianej historii. Z wielowątkową fabułą, interesującymi postaciami i bogato opisanym miejscem wydarzeń. Moim zdaniem, jeżeli ktoś jest fanem literatury fantasy, to na pewno nie będzie żałował godzin poświęconych lekturze „Lorda Prestimiona”.


01 września 2010

"W poszukiwaniu Jake’a" China Miéville

China Mieville przyzwyczaił czytelników do kreacji niezwykłych i wciągających historii. Zbiór tekstów „W poszukiwaniu Jake’a...” pod tym względem także nie rozczarowuje. Choć wiele opowiadań można było przeczytać m.in. na łamach „Nowej Fantastyki”, to jednak z pewnością warto zapoznać się z nimi ponownie. Dobrej literatury nigdy za wiele.

Akcja sporej części utworów rozgrywa się w stolicy Anglii. Nie jest to jednak Londyn, jaki znamy na co dzień – z opowieści przyjaciół w nim mieszkających bądź telewizji. China Mieville zadbał, aby było to „inne” miasto. Tajemnicze, uwodzicielskie, niezwykłe, momentami agresywne czy wręcz straszne. Spacerując po Londynie Mieville’a nie można nie odczuć bijącej od niego magii. Oczywiście magii specyficznej. Miejskiej? Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie. Ja sam zobaczyłem ją w pęknięciach starych budynków, w pustych oknach i na zapomnianych ulicach. Odczuwałem ją będąc w sklepie z antykami na Notting Hill oraz na Downing Street pomiędzy demonstrantami skandującymi „To nie są prawdziwe święta!”.

Postacie, za którymi podążamy, są normalne. Myślę, że to słowo najlepiej oddaje ich charakter. Stoją w opozycji do magicznego Londynu. Podejrzewam, że każdy z nas spotkał takich ludzi. Starca nie chcącego uwierzyć, że życie wreszcie zaczyna toczyć się po równi pochyłej, geniusza chcącego zbawiać ludzkość czy młodzieńca przekonanego o swojej wielkiej roli w dziejach świata. Tacy bohaterowie w połączeniu z niesamowitością „innego” Londynu są kluczem do właściwego odbioru tekstów zawartych w zbiorze W poszukiwaniu Jake’a... To dzięki nim czytelnicy mogą poczuć, że każdy, dosłownie każdy może, jeżeli tylko bardzo mocno tego chce, odkrywać niezwykłości istniejącego świata.

Jak zawsze w zbiorze znajdą się teksty równe i równiejsze. Które są które? Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od preferencji literackich czytelników. Dla jednych opowiadania z dreszczykiem będą tymi „naj, naj”, a dla innych te zahaczające tematyką o kwestie społeczno-polityczne. Według mnie każdy znajdzie coś dla siebie. Warsztat literacki stoi na naprawdę dobrym poziomie, więc pozostaje tylko kwestia wyboru tematyki. A ta, uwierzcie mi, jest bardzo różnorodna. Wydawca pisze: „Anarchistyczna wyobraźnia, ostra satyra, zaskakujące pointy – oto kwintesencja książki „W poszukiwaniu Jake’a”, zbioru niesamowitych, oryginalnych i nigdy niesprawiających zawodu utworów jednego z nowych mistrzów współczesnej fantastyki”. Zgadzam się z tą opinią. Od siebie dodam, a właściwie po raz kolejny podkreślę, że jest to zbiór tekstów magicznych. Ukazujących świat zwyczajny z jednej strony, a nieziemski z drugiej. Dwie rzeczywistości: tę realną oraz ukrytą, którą moglibyśmy ujrzeć przez szerzej otwarte oczy.

Czy zbiór posiada wady? Podobnie jak w przypadku zalet, na minus książki będzie pracowała rozbudowana tematyka. China Mieville znany jest z tego, że w utwory wplata poglądy polityczne. Dla pewnej grupy czytelników takie pisarstwo może być poważnym utrudnieniem w odbiorze treści. Ktoś, kto czyta dla czystego relaksu, dla chwili odprężenia po stresie w pracy, może książkę odrzucić. Oczywiście znajdą się wyjątki.

„W poszukiwaniu Jake’a” to specyficzny zbiór opowiadań. Sądzę, że sięgną po niego w większości osoby, które z twórczością autora miały już do czynienia chociażby poprzez „Dworzec Perdido” czy „Żelazną Radę”. Czytelnicy przyzwyczajeni do stylu Brytyjczyka. Maksymalnie rozbudowana wieloznaczność to coś, co wyróżnia Chinę Mieville’a z grona innych literatów. Fani jego prozy z pewnością nie będą zawiedzeni.


04 sierpnia 2010

"Rogi" Joe Hill

Kilkanaście lat temu podczas szkolnej wycieczki do Zakopanego doświadczyłem pierwszego, prawdziwego kaca. Byli znajomi, znajome, procenty i impreza do białego rana. Pamiętam, że właśnie wtedy także po raz pierwszy usłyszałem Kurta Cobaina. Tak sobie myślę, że ten wyjazd w góry stanowi pewną granicę, jeżeli o chodzi moje podejście do wielu spraw. Koszule w kratę, glany, piwo i silna chęć posiadania gitary. „Człowieku, ależ się uchachaliśmy”*. Dlaczego o tym piszę? Zdjęcie Joe Hilla na tylnej okładce powieści „Rogi” przywołało wspomnienia. Nie mówiąc już o tym, że jego debiutancka książka nosi tytuł Heart-Shaped Box. Na szczęście wróciłem do domu w jednym kawałku i bez żadnych narośli na głowie.

Od 2007 roku uważnie śledzę dokonania Joe Hilla. Oczekiwania względem jego najnowszej powieści były duże. W dość krótkim czasie zdobył kilkanaście nagród, jego proza zyskuje coraz więcej zwolenników, a co najważniejsze jest synem Stephena Kinga. Takie rekomendacje – szczególnie ostatnia – zobowiązują. Właśnie za ich sprawą „Rogi” opuściły krąg premier przechodzących bez echa. Sporo osób czekało na tę powieść i nie ma w tym nic dziwnego. Każda kolejna książka Joe Hilla wzbudza emocje. Zarówno jego fanów, jak i fanów Stephena Kinga, ciekawi talent przyszłej – być może – gwiazdy literatury grozy.

Czy Joe Hill poszedł w ślady ojca? Trudno jednoznacznie ocenić na podstawie obecnego dorobku pisarza. Patrząc przez pryzmat „Rogów” jestem jednak dobrej myśli. „Carrie”, która w 1974 roku zawojowała świat była według mnie dużo gorsza. Miała klimat, ale postaci i sceneria wydarzeń pozostawiały wiele do życzenia. W „Rogach” ten problem nie występuje. Joe Hill szybko zrozumiał, że jego ojciec zawdzięcza sukces w większym stopniu stylowi – językowi charakterystycznemu dla powieści obyczajowych – niż historiom o wampirach. Ową prawdę trafnie podsumował Jerzy Szyłak pisząc: „Język, którym pisze on (S. King) swoje powieści jest żywy i potoczny, zaś w sposób, w jaki konstruowana jest relacja, sprzyja obcowaniu z tekstem ze względu na jego literackie walory, wobec których podjęty temat stanowi wartość drugorzędną”**. Ważna lekcja, bo dzięki niej nazwisko „Hill” nie będzie kojarzone z literacką tandetą. O inny obrót sprawy było bardzo łatwo. We współczesnym horrorze można wyróżnić co najmniej dwie główne ścieżki rozwoju. Jedną z nich jest bombardowanie odbiorców okropieństwami fizycznymi (szaleństwo zapoczątkowane przez Georga Romeo w 1968 roku), druga skupia się na przekształcaniu dawnych straszydeł (np. wampiry, wilkołaki) w romantyczne maskotki. Prawdopodobnie z tego powodu literatura grozy zaczyna być kojarzona z paranormal romance. Wracając do tematu. Joe Hill uniknął obu wspomnianych ścieżek. Na pierwszy rzut oka „Rogi” to banalna historia miłosna, z przeciętnymi bohaterami i jeszcze przeciętniejszym miasteczkiem w tle. Ot, kolejny zapychacz rynku. Nic bardziej mylnego. Nie jest to ckliwie romansidło.

Ignatiusa Perrisha – głównego bohatera – poznajemy, gdy jest bardzo mocno skacowany. Do tego stopnia, że ma zwidy. Spogląda w lustro i widzi na głowie rogi. Szybko okazuje się, że jest to największy kac w jego życiu, bo rogi w ogóle nie chcą zniknąć. Pomimo kilkunastokrotnego mrugania oczami narośle nadal tkwią na głowie. Na dodatek ich właściciel zaczyna słyszeć myśli ludzi, poznawać sekrety i wspomnienia. I tak właśnie zaczyna się rogowa historia. Czy Ignatius Perrish zaakceptował swoje nowe „ja”? Tak. Uświadomił sobie, że dzięki temu może odnaleźć mordercę swojej dziewczyny. W chwili, gdy ta prawda do niego dotarła, w książce zaczyna robić się piekielnie gorąco.

Mógłbym napisać, że „Rogi” to opowieść o facecie, który straciwszy miłość w wyniku brutalnego morderstwa sam postanawia wymierzyć sprawiedliwość. Jednak gdybym na tym poprzestał, prawdopodobnie tylko znikoma ilość czytelników sięgnęłaby po książkę. W końcu ile można czytać o tym samym? Joe Hill nie idzie na łatwiznę. Nie serwuje kolejnej historii o tragicznej miłości pomiędzy piękną dziewczyną i trochę brzydszym mężczyzną. Wspomniany motyw stanowi jedynie wprowadzenie do wątku poświęconego ludzkim duszom. Wiem jak banalnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Według mnie autor poprzez powieść "Rogi" przekonuje, że w każdym z nas siedzi diabeł. To, że człowiek jest zdolny do najróżniejszych okropieństw, jest prawdą powszechnie znaną. Stephen King sięgał po nią wielokrotnie w swojej twórczości (np. „Mali ludzie w żółtych płaszczach”, „Pod kopułą”, „Sklepik z marzeniami”, „Carrie”). Joe Hill idzie w jego ślady i robi to w wielkim stylu. „Rogi” dzięki wątkowi oscylującemu wokół tajemniczego morderstwa trzymają w napięciu. Rzetelne przedstawienie relacji międzyludzkich czy opisy małomiasteczkowego środowiska zaspokoją nawet najwybredniejszych fanów literatury obyczajowej. Miłośnicy horrorów także nie będą zawiedzeni. Piekielna atmosfera unosi się do ostatnich stron książki.

Podsumowując, z historią Ignatiusa Perrisha wypadałoby się zapoznać. Joe Hill po raz kolejny udowadnia, że posiada talent i z książki na książkę będzie stanowił coraz większą konkurencję dla swojego ojca.


* S. King Serca Atlantydów; w: Serca Atlantydów; Warszawa 2009; s.267
** J. Szyłak Oblicza horroru; w: Magia i miecz; Nr 5 (10) 1994: s.11


22 lipca 2010

"Imperium aniołów" Bernard Werber

Zderzenie z prozą Bernarda Werbera skutkuje niemalże natychmiastowym opuszczeniem czytelniczej ścieżki powszechności i podróżą po coraz to ciekawszych rejonach naszej wyobraźni. Imperium aniołów stanowi żywy dowód na to, że dobra literatura fantastyczna nie zawsze musi zahaczać o struktury powieści stricte przygodowej czy przygodowo-kryminalnej, by odnieść sukces.

Zacznijmy jednak do początku. Sięgając po kolejną odsłonę wędrówki Bernarda Werbera po zaświatach czułem lekki niepokój. Mając w pamięci wpadkę autora przy historii o tanatonautach wyczekiwałem momentu, w którym niewłaściwie umiejscowiony punkt kulminacyjny ponownie odbierze mi przyjemność czytania, a cała misternie tkana fabuła runie jak domek z kart. O taki finał było bardzo łatwo. Zarówno wydawca, jak i sam pisarz, już na wstępie informowali odbiorców, że będzie to kolejna odsłona zaświatów. Czy moje obawy potwierdziły się? Tak. Po lekturze Imperium... doszedłem do następującego wniosku: Bernard Werber lubi popełniać błędy. Najgorsze jest jednak to, że nie są to drobne potknięcia. W Tanatonautach zgrzeszył ujawniając sedno książki w jej połowie. Z kolei Imperium aniołów choć promowane jako kolejna odyseja po zaświatach nie spełnia podstawowych założeń. Odniosłem wręcz wrażenie, że głównym motywem powieści nie są dążenia niebiańskich duszyczek do zrobienia kolejnego kroku ku nieznanemu, ale perypetie młodych ludzi z różnych klas społecznych. Między wątkami można dopatrzeć się zależności, obopólnego oddziaływania, ale według mnie nić ta jest zbyt cienka. Czytelnik mający po raz pierwszy kontakt z twórczością Bernarda Werbera może poczuć się wręcz oszukany. Ktoś kto ma ochotę na powieść obyczajową sięga po powieść obyczajową, nie science fiction z domieszką mistycyzmu. Kończąc myśl, Imperium aniołów jako odyseja po zaświatach zawodzi. Owszem, francuski pisarz zabiera nas w podróż po świecie aniołów, ale nie robi tego w sposób przekonujący.

Idźmy dalej. Bernard Werber nie byłby sobą, gdyby fabuła powieści oscylowała tylko i wyłącznie wokół jednej płaszczyzny. Podobnie zatem jak w pierwszej części cyklu mamy do czynienia ze światem materialnym oraz światem dusz. Michael Pinson i jego przyjaciele są bohaterami pierwszoplanowymi, ale mamy również okazję śledzić losy ich podopiecznych, czyli ludzi. "Zadziwiający obraz ludzkiego życia widziany oczyma młodego anioła!". W tym jednym zdaniu zawiera się cała prawda o bohaterach powieści. Z miejsca można ich bowiem podzielić na dwie grupy: pozaziemską i ziemską. Po przebrnięciu przez kilkanaście stron Imperium aniołów i zrobieniu jeszcze jednego kroku można przypiąć im łatki "obserwujący" i "obserwowani". I to by było na tyle jeżeli chodzi o coś więcej na ich temat. Czytelnicy znający prozę Bernarda Werbera nie będą zaskoczeni. Przyzwyczaił on bowiem adresatów swoich powieści do powierzchownego opisywania nie tylko świata, w którym funkcjonują postaci, ale także samych bohaterów. Zarówno aniołowie – te zaszczytne role przypadają byłym tanatonautom, między innymi Michaelowi Pinsonowi i Raoulowi Razorbakowi – jak i zwykli ludzie zostali sprowadzeni do poziomu marionetek. Świat ludzki, zaświaty, aniołowi i ich podopieczni to przekaźniki umożliwiające przekazanie czytelnikowi odautorskiego spojrzenia na kwestie związane z istotą życia doczesnego i wiecznego.

Co jeszcze może razić czytelnika? Przede wszystkim brak należytego zobrazowania prezentowanych miejsc wydarzeń. Jako fan wątków typowo obyczajowych odczuwałem lekki dyskomfort musząc poruszać się w próżni scenograficznej. Wierzę, że takie a nie inne podejście pisarza wynikało z chęci większego uduchowienia powieści. Być może autor wyszedł z założenia, że jeżeli Imperium aniołów ma prezentować zaświaty, wplątywać w nie elementy nauki, filozofii i intuicji, to nie można splamić fabuły tak przyziemnymi elementami jak typowo rzemieślnicza charakterystyka miejsca wydarzeń. Podejście według mnie dziwne, zwłaszcza gdy dwie trzecie książki to opis życia ludzkiego.

Oceniając Imperium aniołów przez pryzmat Tanatonautów muszę jednak powiedzieć, że druga część cyklu o zaświatach prezentuje się zdecydowanie okazalej. Autor nie nudzi, akcja jest szybsza, atmosfera pełna napięcia towarzyszy nam do ostatniej strony. Przymknijmy oko na tekturowość miejsca wydarzeń oraz marionetkowość bohaterów, skupmy się na snutych przez autora rozważaniach na temat Raju, aniołów i postawionych przed nimi zadań, a otrzymamy porządną dawkę dobrej literatury. Oczywiście potknięcia autora, o których wcześniej wspominam, rażą. W jakim stopniu? Wszystko zależy do indywidualnych preferencji czytelnika. Jeżeli o mnie chodzi, nie zawiodłem się. Chciałem kontynuować wędrówkę po zaświatach i w pewnym stopniu udało mi się. Miała ona jednak inny wymiar. W Tanatonautach mieliśmy do czynienia z suchym przedstawieniem faktem. Imperium aniołów to podróż mistyczna, filozoficzne ukazanie całego przedsięwzięcia.

Podsumowując, Imperium aniołów jest książką wartą uwagi. Czy można sięgnąć po nią nie zapoznawszy się wcześniej z historią tanatonautów? Nie. Jeżeli ktoś nie znał Michaela Pinsona za jego życia, nie powinien poznawać go jako anioła. Zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w najbardziej fascynującej odysei w historii ludzkości, ale od początku, nie od środka.


06 lipca 2010

"Sklepik z marzeniami' Stephen King

„Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga na pierwszy rzut oka może odpychać. Przez dłuższy czas nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, omijałem szerokim łukiem, a wszystko za sprawą uprzedzeń. Choć głoszę wszem i wobec, że nie należy oceniać książki po okładce, to tym razem sam złamałem tę zasadę. Odstawiłem powieść na dalszy tor tylko dlatego, że przypominała kioskowe wydania romansów, a wydawca zachęcał do spotkania z demonem nawiedzającym przeciętne miasteczko z jeszcze bardziej przeciętnymi Amerykanami. Koniec końców przeczytałem wspomnianą powieść i muszę powiedzieć, że zostałem przyjemnie zaskoczony.

„Sklepik z marzeniami” to książka z jasnym i powszechnie znanym morałem: nic nie ma za darmo. Z kolei Castle Rock to typowe amerykańskie miasteczko, gdzie rządzi klasa średnia, a największym zmartwieniem polityków są sprzeczki z lokalnym szeryfem i jego zastępcami. Każdy zna każdego, wie do jakiego uczęszcza kościoła i co robił w miniony piątek. Krótko mówiąc, Castle Rock to inaczej spokój i porządek. Jeżeli ktoś ma komuś coś za złe, to mówi mu to prosto w twarz, od czasu do czasu macha pięścią przed oczyma, ewentualnie popycha na stolik, rozlewając kilka kufli z życiodajnym płynem. Ta sielanka zostaje jednak brutalnie przerwana wraz z przybyciem do miasteczka pana Lelanda Gaunta. Sympatycznego staruszka, któremu przyświeca tylko jeden cel: uszczęśliwiać innych. Kogo konkretnie? Odwołując się do słów Krzysztofa Sokołowskiego, w tak „banalnym miasteczku” nie może zabraknąć równie banalnych bohaterów. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że Stephen King nikogo w tym aspekcie nie zaskoczył i podejrzewam, że w przyszłości będzie podobnie. Po raz kolejny mamy do czynienia z wieloma postaciami. Każda z nich jest należycie scharakteryzowana, momentami nudna, czasami śmieszna, a niekiedy po prostu banalna. Oczywiście żadna nie zasługuje na miano postaci pierwszoplanowej. Od czasu do czasu autor wywyższa szeryfa Alana Pangborna, ale patrząc na powieść jako na całość, także i on nie posiada cech głównego bohatera.

Swego czasu miałem przyjemność czytać „Miasteczko Salem”. Wiem, że pewnym osobom owa książka może „nie leżeć”, niemniej u mnie wywołała gęsią skórkę. Było w niej wszystko, począwszy od odpowiedniego klimatu, poprzez prawdziwego wampira, a skończywszy na dobrze skrojonych postaciach. Dając szansę Sklepikowi z marzeniami wychodziłem z prostego założenia: skoro nawet najbanalniejszy motyw w rękach Stephena Kinga może zamienić się w złoto, to dlaczego mam nie zaryzykować? Wiedziałem, że historia demona nawiedzającego senne amerykańskie miasteczko może, ale nie musi, powtórzyć sukces opowieści o dzieciach nocy. Wystarczyło kilka nocy, aby się przekonać. Tak jak wspomniałem na początku, wynik był zadowalający.

Krzysztof Sokołowski w felietonie „Kto tu jest potworem, a kto doktorem?” Czyli: 1/3 Kinga zastanawia się nad skutecznością straszenia takimi banałami jak demon sprzedający marzenia. Czy w dzisiejszym świecie pił i pociągów pełnych mięsa zlęknie się ktoś staruszka czyhającego niczym Faust na dusze naiwnych? Pytanie to wymaga jak najbardziej indywidualnego podejścia do omawianej książki. Innymi słowy, trzeba zastanowić się, czego po niej oczekujemy. Załóżmy, że „Sklepik z marzeniami” trafia do maniaka horrorów, ale równocześnie osoby nie znającej prozy Stephena Kinga. Jakie może odnieść wrażenie po przebrnięciu przez początkowe rozdziały? „Przepraszam, ale to nie jest powieść grozy”. I taki odbiorca będzie miał pełną słuszność. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki pisarza z Maine, przy lekturze których czułem autentyczny strach. Sięgając po Sklepik z marzeniami musimy mieć świadomość, że oto bierzemy do ręki powieść obyczajową z elementami horroru, nic ponadto. Jak bardzo ważne jest właściwe podejście do książki, nikomu chyba nie muszę tłumaczyć. Dzięki niemu czytelnik ma szansę uniknąć niepotrzebnego rozczarowania.

Zatem, czy warto poświęcić czas historii mieszkańców Castle Rock? Z pewnością tak. Choć pobieżna ocena powieści może nie być przychylna, to jednak zapewniam wszystkich, że warto. Kilka dni temu Roman Ochocki napisał, że na dobrą książkę składa się między innymi bogate tło świata wykreowanego przez pisarza. W Sklepiku z marzeniami tła na pewno nie brakuje. Stephen King w charakterystycznym dla siebie stylu rozbudowuje rzeczywistość literacką do monstrualnych rozmiarów. Szczegółowo zaprezentowane postacie, drobiazgowe ukazanie relacji panujących pomiędzy nimi, czy malowniczo ukazany klimat miasteczka Castle Rock, to czynniki sprawiające, że od książki ciężko się oderwać. A jeżeli ktoś miałby ochotę na odrobinę strachu, to polecam dokładne przejrzenie się bohaterom historii. Banalni może i są, ale obsesje towarzyszące im w życiu już na takie nie wyglądają. Mało jest ludzi, którzy dla kilku złotych potrafią skatować staruszkę, albo dla zabawy powybijać szyby na przystankach autobusowych? Nie. Jest ich bardzo dużo. Żyją w banalnym Wrocławiu, banalnie spędzając czas. Swój sukces Stephen King nie zawdzięcza opowieściom o potworach wyskakujących z szafy, ale tekstom o nas samych. Krzysztof Sokołowski napisał: „Hulający po zamkniętym na cztery spusty wysokogórskim hotelu upiór nie jest straszny, straszne jest to, że jest w Jacku coś, co domaga się uwolnienia. Telekineza Carrie, pirokineza Charlie, groza wszelkich kolejnych wcieleń Randala Flagga nie straszą, naprawdę zaczynamy się bać tego, co nam odsłaniają w nas samych. Im bardziej jesteśmy banalni, tym większa jest prawdziwa groza tego, na co nas stać”*.

Nazwałbym „Sklepik z marzeniami” powieścią idealną, gdyby nie pewna prawidłowość. Stephen King ma skłonność do rozwlekania fabuł. Choć nadmiernie rozbudowane rzeczywistości mogą pociągać, weźmy chociażby prozę Tolkiena, o tyle prezentowanie ich w sposób usypiający może przysporzyć nawet świetnemu tekstowi tylko kłopotów. Wszystkim czytelnikom sięgającym po „Sklepik z marzeniami” przypominam: drzewo cierpliwości jest cierpkie, lecz owoce jego to miód i cukier.

Podsumowując, miasteczko Castle Rock w moim prywatnym rankingu ma spore szanse pobić wampirze Salem. Książka omijana szerokim łukiem, powieść z banalnym motywem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Stephen King po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z największych współczesnych pisarzy. Spełnienie wyobrażeń o dobrej książce? Może. Wiem jednak jedno: ceną za zrealizowane marzenia jest zaprzedanie duszy diabłu i tego się trzymajmy.


* K. Sokołowski "Kto tu jest potworem, a kto doktorem? Czyli 1/3 Kinga"; w: "Czas Fantastyki", Nr 1 (22) 2010; s.13.



16 czerwca 2010

"Narzędzia piekła" Imogen Robertson

Dobra książka to taka, po którą sięgasz wielokrotnie. Do której wracasz pomimo upływu lat i za każdym razem bawisz się wyśmienicie. Świat prezentowany przez autora nadal cię urzeka, bohaterowie pociągają, akcja wciąga. Taką książką dla mnie są „Wichrowe wzgórza”, a równać się z nią może jedynie jej filmowa adaptacja i Ralph Fiennes w roli Heathcliffa. Kiedy usłyszałem, że „Narzędzia piekła” to rewelacyjny debiut z tajemnicą rodem z powieści Emily Jane Brontë musiałem je przeczytać.

Akcja powieści rozgrywa się w Anglii pod koniec XVIII wieku. Sprawiedliwie trzeba przyznać, że autorka bardzo profesjonalnie podeszła do zagadnienia i nie popadając w przesadę umiejętnie zaprezentowała klimat tamtych czasów. Czytelnik, patrząc na świat oczyma bohaterów, przede wszystkim nie będzie czuł się wyobcowany, zawieszony w próżni. Atmosfera charakterystyczna dla tamtejszych salonów, londyńskich kawiarni czy wytwornych wiejskich posiadłości nie tylko urzeka, ale i sprawia, że rzeczywistość staje się bliższa odbiorcy. Niemalże na wyciągnięcie ręki.

Bohaterami historii opowiedzianej przez Imogen Robertson są Harriet Westerman oraz Gabriel Crowther. Ona wpływowa i dość niesforna właścicielka ziemska, on – ekscentryczny uczony-patolog. Razem tworzą intrygujący duet. Są osiemnastowiecznymi detektywami, których odmienne podejście do życia okazuje się nad wyraz pomocne podczas rozwiązywania tajemnicy sprzed lat. Trzeba jednak zauważyć, że o ile autorce udało się w przekonujący sposób opisać Anglię XVIII wieku, o tyle kreacja postaci nastarczyła już pewnych kłopotów. Trudno nie wyczuć marionetkowości postaci, sztuczności dialogów, czy podobieństw głównych bohaterów do innych literackich detektywów. W gruncie rzeczy to te same postacie z kryminałów, które wałęsają się po współczesnych miastach. Z drugiej strony ktoś mógłby zapytać: czego się spodziewaliście? „Narzędzia piekła” to thriller historyczny z zagadką w tle. Kryminał osadzony w realiach osiemnastowiecznych, ale ciągle kryminał. Z wyrazistymi bohaterami, jednoznacznie postawionymi po jasnej bądź ciemnej stronie.

„Narzędzia piekła” choć tak dobrze ocenione przez brytyjskich krytyków nie wywołały u mnie głębszych doznań. Na szczęście poświęcając czas Imogen Robertson nie oczekiwałem niezapomnianych przeżyć, ale miłej i przyjemnej lektury na kilka godzin. I nie zawiodłem się. Historia wciąga, sprawia, że z sympatycznym bohaterom ciężko powiedzieć „do widzenia, do jutra”. Jak już jednak wspomniałem powieść zawdzięcza powodzenie nie kreacji postaci, ale tajemniczej historii osadzonej w intrygującej rzeczywistości. Wielowarstwowa intryga, nastrój rodem z „Wichrowych wzgórz”, sensacyjny thriller, to są główne przyczyny sukcesu powieści. I dla nich warto poświęcić wolne chwile. Kubek gorącego kakao, wygodny fotel, płomienie świecy tańczące na ścianach. „Narzędzia piekła” to odpowiednia książka na dzisiejszą pogodę za oknem.

Podsumowując, Imogen Robertson jako debiutantka zaprezentowała się godnie. Scharakteryzowała Anglię XVIII wieku niezwykle sugestywnie. Jej opisy nie mają posmaku encyklopedycznych notek, lecz tchną prawdziwym życiem. Umiejętne odzwierciedlenie atmosfery otaczającej bohaterów to niezwykle ważny element powieści, zwłaszcza jeżeli mamy do czynienia z fabułą osadzoną w tak nastrojowych realiach. Na utykających miejscami bohaterów nie zwracałabym większej uwagi. Wartka akcja zrekompensuje wszelkie, drobne potknięcia autorki.


01 czerwca 2010

"Uciekinier" Stephen King

Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego dnia spotkali godnego siebie przeciwnika. Scenariusz przypadł mi do gustu i to nie tylko dlatego, że już wtedy szalałem na punkcie Rambo. Motyw samotnego rycerza wymierzającego sprawiedliwość zawsze mnie fascynował. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok historii Richarda Stuarta.

„Uciekinier” to kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Tym razem autor zabiera czytelnika w podróż do przyszłości, do Stanów Zjednoczonych funkcjonujących pod wodzą potężnej Korporacji Gier. Choć na pierwszy rzut oka świat zaprezentowany w powieści może uchodzić za odmienny od naszego, jest to odczucie mylące. Pewne cechy charakterystyczne dla XX wieku są w nim nadal aktualne. Kapitalizm, slumsy, pogarszająca się kondycja środowiska naturalnego, wyzysk niższych warstw społecznych. Novum przyszłości polega natomiast na całkowitym podporządkowaniu życia gospodarczego i politycznego kraju chciwej korporacji. Z góry jednak zaznaczam, że Stephen King skupia się tylko i wyłącznie na przedstawieniu swojej ojczyzny. To co znajduje się poza nią owiane jest tajemnicą i tylko między wersami można przeczytać, że Francja nadal istnieje. Czy także jest ogarnięta szałem na punkcie teleturniejów? Trudno powiedzieć. Książka jednak nie traci przez to na atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Czytelnik całą uwagę poświęca alegorycznej wizji Stanów Zjednoczonych.

Głównym bohaterem powieści jest Richard Stuart. Trzydziestokilkuletni ojciec rodziny, który chcąc uratować bliskich od powolnej, bolesnej śmierci godzi się wziąć udział w programie telewizyjnym „Uciekinier”. Zasady owego show są proste: przez 30 dni jesteś obiektem polowania. Jeżeli przeżyjesz, zgarniasz górę pieniędzy, jeżeli nie, pakują cię do czarnego worka. Emocje zapewnione.

Stephen King w powieści „Uciekinier” maluje świat całkowicie wyzbyty z zasad moralnych. Panującą w nim atmosferę można opisać jednym zdaniem: człowiek człowiekowi wilkiem. A wszystko przez potężną Korporację Gier, która nie poprzestaje na zdobyciu pełnej władzy polityczno-gospodarczej ale pragnie przejąć kontrolę nad wszystkimi sferami społeczeństwa. Mieć realny wpływ nie tylko na tak banalne sprawy jak awanse, ale także decydować o życiu osobistym obywateli. Dosłownie: uzależnić społeczeństwo od siebie w stopniu maksymalnym. W jaki sposób? Kierując uwagę społeczeństwa na tematy drugorzędne poprzez organizowanie brutalnych widowisk. W tym właśnie celu Stephen King rozdmuchuje do monstrualnych rozmiarów zafascynowanie Amerykanów wszelkiego rodzaju teleturniejami, grami, można by jeszcze długo wymieniać. Daje jasno do zrozumienia, że świat z Uciekiniera nie jest w gruncie rzeczy tak bardzo oddalony od znanej odbiorcy rzeczywistości. Już dziś można oglądać programy, których bohaterowie dla sławy i pieniędzy są w stanie poświęcić stosunki z rodziną, zerwać przyjaźnie, czy nawet prowokować do zamieszek. Czyż walka na ekranie, publiczne obrzucanie błotem nie sprawia, że przed telewizorem zasiadają tłumy widzów? A gdy jeszcze poleje się krew? Idealna zabawa. Kilkadziesiąt lat i będziemy świadkami powrotu do walk gladiatorów. Oczywiście będą one rozgrywane w nowych realiach. Miecze to przeżytek, w ruch pójdą prawdziwe zabawki. Jakie? O tym można się przekonać czytając „Uciekiniera”.

Muszę jednak uprzedzić, że historia Richarda Stuarta nie jest najbardziej wciągającą powieścią pod słońcem. Powiedziałbym, że pod tym względem brakuje dla niej miejsca nawet w drugiej lidze. Choć w gruncie rzeczy fabuła „Uciekiniera” opiera się na motywie pościgu, to nie ma on wydźwięku sensacyjnego. Stephen King dużo miejsca poświęca rozważaniom na temat samej natury teleturniejów i ich wpływu na społeczeństwo. Dlatego, jeżeli ktoś oczekiwał powieści sensacyjnej, może się rozczarować.

Czytelnik sięgając po „Uciekiniera” powinien przede wszystkim być przygotowanym na powieść o społeczeństwie zniewolonym, agresywnym, odreagowującym podczas oglądania brutalnych widowisk. Na powieść o zwierzynie, która okazuje się sprytniejsza od myśliwego. Opowieść o świecie, w którym aby przetrwać, nie wystarczy jedynie nie wychylać się, trzeba także aktywnie uczestniczyć w grze.



23 maja 2010

"Pod kopułą" Stephen King

Na każdą kolejną książkę Stephena Kinga czekają tłumy wielbicieli. Od czasu narodzin plotki o powstawaniu nowej powieści pisarza z Maine do momentu amerykańskiej premiery tejże powieści wśród wiernych fanów autora, z godziny na godzinę, narasta pożądanie. Czytelnicy wielu krajów z niecierpliwością wyczekują chociażby przybliżonej daty pojawiania się książki na półkach. Na „Pod kopułą” przyszło Polakom czekać pięć miesięcy.

„Pod kopułą” to opowieść o ludziach, których świat widziany za oknem dosłownie w ułamku sekundy przestał istnieć. Historia niewielkiej społeczności zmuszonej pewnego słonecznego dnia do porzucenia dotychczasowego życia i odnalezienia się w nowej rzeczywistości. A wszystko z powodu tajemniczego pola siłowego dokładnie odcinającego ich kochane miasteczko od reszty Stanów Zjednoczonych. Kopuły sprawiającej, że dotychczas spokojni mieszkańcy Chester’s Mill zmuszeni są podjąć okrutną walkę o przetrwanie.

Biorąc do ręki najnowszą powieść Stephena Kinga nie podejrzewałem autora o drastyczną zmianę formy wypowiedzi. Postąpiłem słusznie, pod względem stylistycznym nic się nie zmieniło. „Pod kopułą” to przede wszystkim świetna historia obyczajowa. Miejscem, w którym rozgrywa się akcja, jest wspomniane wcześniej Chester’s Mill. Zgodnie z odwiecznymi kingowskimi prawami jest to miasteczko z charakterystycznym dla tego typu amerykańskich miast społeczeństwem i klimatem. Oczywiście poznajemy je od podszewki. Drobiazgowe przedstawienie szeregu postaci oraz szczegółowy opis świata zewnętrznego to plusy książki, wyróżniające prozę Stephena Kinga na tle innych autorów piszących literaturę grozy. To właśnie dzięki detalom jesteśmy w stanie silniej zespolić się z fabułą i bohaterami. Osoby, które z prozą Stephena Kinga nie miały wcześniej styczności lojalnie jednak uprzedzam: język „Pod kopułą” może troszeczkę nudzić. Wszystko zależy od oczekiwań odbiorcy. Jeżeli interesuje nas szybka, dynamiczna fabuła, to powieścią Stephena Kinga możemy czuć się zawiedzeni. Daleko jej bowiem do książek przygodowych z wyrazistymi postaciami czy nagłymi zwrotami akcji. Powtórzę: „Pod kopułą” to powieść obyczajowa z elementami horroru w tle. Historia wciągająca, ale jednocześnie momentami za bardzo rozwlekła.

Wspomniałem o horrorze. Sięgając po „Pod kopułą” czytelnik musi mieć świadomość, że nie będzie miał do czynienia z klasyczną powieścią grozy. Nie zostanie zaatakowany przez demona, wampira czy szaleńca wieszającego martwe ciała ofiar na hakach. Klimat powieści oparty jest na zagadce związanej z pojawieniem się kopuły oraz jej wpływie na mieszkańców Chester’s Mill. A dokładnie na starej prawdzie, że w czasie niebezpieczeństwa każdy troszczy się o siebie. Jeżeli dodać do tego kolejne stwierdzenie: silniejsi wykorzystują słabszych, powstanie mieszanka wybuchowa.

Oczywiście motyw wykorzystywania jednostek słabszych przez silniejsze nie jest obcy Stephenowi Kingowi. Można go dostrzec w takich pozycjach jak „Serca Atlantydów” czy „Uciekinier”. Obraz upadku humanitarnych norm postępowania występuje chociażby w „Wielkim marszu”. Jednakże w „kopule” przeraża nie tylko samo zjawisko, ale i jego skala. Czytając Pod kopułą nie sposób nie wspomnieć słów Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los” czy takich powieści jak „Władcy much” i „Miasto ślepców”.

Podsumowując, pomimo braku oryginalności najnowsze dzieło Stephena Kinga jest powieścią wciągającą. Opisywanych przez autora sytuacji nie sposób nie analizować pod kątem tego, co dzieje się za oknem. Morderstwa popełniane każdego dnia, niesprawiedliwe procesy, skandale polityczne to wszystko nie jest wymysłem pisarza. To coś na wyciągniecie ręki, coś jak najbardziej namacalne. A kopuła? Być może gdzieś jest, czeka na odpowiedni moment, by pewnego dnia ukazać ludziom prawdę o nich samych.


18 kwietnia 2010

"Ludzka przystań" John A. Lindqvist

"Ludzka przystań" to moje pierwsze spotkanie z prozą Johna A. Lindqvista. Do sięgnięcia po ową książkę zachęciły mnie słowa jej wydawcy: „Szwedzki Stephen King wydawany w 25 krajach”. Zwykle nie przywiązuję większej wagi do tego typu haseł, ale ostatnio zaufałem jednemu z nich i bardzo dobrze na tym wyszedłem. Poznałem twórczość innego szwedzkiego pisarza, Stiega Larssona. Oczywiście nie bez znaczenia była także magnetyczna siła imienia i nazwiska jednego z największych twórców horrorów w historii literatury. Nie mogłem oprzeć się pokusie, aby na własnej skórze sprawdzić, ile prawdy jest w tym, co napisało wydawnictwo Amber.

Powieść to przede wszystkim historia wielkiej miłości ojca do córki. Anders, Cecilia i ich sześcioletnia Maja wiodą radosne życie na Domarö, wyspie położonej w archipelagu południowego Roslagen. Wszystko ulega zmianie, gdy pewnego słonecznego dnia Maja znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Spacer do stojącej nieopodal latarni morskiej kończy szczęśliwą idyllę. Mała dziewczynka w czerwonym kombinezonie dosłownie rozpływa się w powietrzu. Jest to jednak dopiero początek tragicznych wydarzeń. Zrozpaczony ojciec, szukający ukojenia w butelce wypełnionej winem, po blisko dwóch latach wraca na wyspę uporać się ze swoim życiem. Nieświadomie odkrywa mroczną i skrywaną od dziesięcioleci prawdziwą historię Domarö.

Czy "Ludzka przystań" przypomina książki pisane przez Stephena Kinga? Patrząc na rozbudowane w powieści wątki obyczajowe, mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć twierdząco. John A. Lindqvist nie rzuca czytelnika na głęboką wodę, nie zasypuje go momentami podnoszącymi ciśnienie. Atmosferę napięcia buduje stopniowo. Większa część "Ludzkiej przystani" to ogromne wprowadzenie do przyszłych, kulminacyjnych wydarzeń. Mamy więc czas na dokładne poznanie miejsca wydarzeń, a także głównych bohaterów, których podobnie jak w twórczości pisarza z Maine jest bardzo wielu.

Świat ukazany w książce jest jak najbardziej rzeczywisty. Nie odnosimy wrażenia oderwania od realiów otaczających nas na co dzień. Wszystko dlatego, że autor zmienia rzeczywistość na potrzeby reguł rządzących literaturą grozy stopniowo. Co pewien czas wprowadza wątki, które w mniejszym lub większym stopniu odsłaniają przed czytelnikiem sekrety sprzed lat.

Nie ma powieści doskonałej, a przynajmniej ja takiej nie znalazłem. Główną wadą "Ludzkiej przystani" jest rozwlekła fabuła. Jeżeli ktoś lubi dynamiczną akcję, książka Johna A. Lindqvista nie jest dla niego. Zasiadając do jej lektury czytelnik musi brać pod uwagę, że będzie miał do czynienia z narracją solidną, rzetelną, ale jednocześnie powolną. Malownicze opisy, drobiazgowe ukazanie społeczeństwa wyspy jako całości, a także zobrazowanie życia co bardziej znaczących mieszkańców Domarö nie dla wszystkich jest najważniejsze. Czyż jednak taka konstrukcja powieści nie przybliża jej autora jeszcze bardziej do stylu Stephena Kinga?

Podsumowując, spotkania z Johnem A. Lindqvistem nie żałuję. Pisarz twórczością nie rzucił na kolana, ale z pewnością zachęcił do sięgnięcia po kolejną książkę swojego autorstwa. Mam nadzieję, że będzie ona jeszcze bardziej kingowska niż "Ludzka przystań". Tylko tak dalej, panie Lindqvist!


14 kwietnia 2010

"Ostatni bastion Barta Dawesa" Stephen King

Gdy słyszycie „Stephen King”, jakie jest wasze pierwsze skojarzenie? Mi momentalnie przed oczami pojawia się autor horrorów z czarodziejskim kapeluszem pomysłów oraz wiecznie żywym „stanem Maine”. Sięgając po dowolny tekst literacki sygnowany jego nazwiskiem zakładam, że będzie on z zasady przyprawiał o gęsią skórkę, wywoływał uczucie niepokoju, a przede wszystkim nadmiernie rozbudzał uśpioną wyobraźnię. Nie spodziewam się jednak, że ilekroć sięgnę po powieść – czy też opowiadanie – zostanę pogryziony, opętany, zarażony czy też zmiażdżony. Nie, nie spodziewam się tego i wam też nie radzę.

Stephen King niejednokrotnie udowadniał, że straszyć potrafi. Robi to z powodzeniem czy to się komuś podoba czy nie i w najbliższym czasie nie planuje przestać. Od blisko czterdziestu lat wypycha umysły czytelników całego świata obrazami zła kryjącego się pod najróżniejszymi postaciami, od wampirów gryzących po zachodzie słońca po dzieci przetrącające karki rówieśników kijem do bejsbola. Stephen King, autor z wieloletnim doświadczeniem, pisarz znakomicie odnajdujący się zarówno w klasycznej literaturze grozy jak i powieści obyczajowej.

„Ostatni bastion Barta Dawesa” zaliczyłbym właśnie do tej drugiej kategorii. Stephen King, tym razem ukrywający się pod pseudonimem „Richard Bachman”, prezentuje dramat człowieka, który z dnia na dzień stracił dorobek całego życia. Śliczną i oddaną żonę, pralnię, gdzie pracował przez dwadzieścia lat oraz dom rodzinny, miejsce będące pomostem łączącym go ze zmarłym synem. Ogarnięty rozpaczą, pałający nienawiścią do osób odpowiedzialnych za wywrócenie świata do góry nogami, Bart Dawes rozpoczyna samotną walkę w obronie dóbr

Patrząc na głównego bohatera, a także na rzeczywistość go otaczającą niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że oto stoi przede mną człowiek-marionetka. Bezwładny golem pląsający w takt melodii szaleństwa. Od początku bowiem jesteśmy świadomi, że historia z jego udziałem nie może zakończyć się szczęśliwie. „Ostatni bastion Barta Dawesa” nazwałbym zapiskami opowiadającymi o istocie przypartej do muru, mającej świadomość nieuniknionej porażki, a mimo to – walczącej. Być może historią zwykłego szaleńca, schizofrenika nie mogącego pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. Niezależnie jednak od naszej moralnej oceny głównego bohatera faktem pozostaje to, że jest on postacią tragiczną.

Stephen King przyzwyczaił do powieści wielowątkowych. Być może dlatego po przeczytaniu ostatniego zdania wspominanej książki czuję lekki niedosyt. Fabuła skupiona tylko i wyłącznie na jednej postaci może nudzić, co uważam za całkowicie naturalny stan rzeczy. Ile można czytać ciągle o tym samym? Poznajemy bohatera, wczuwamy się jego sytuację, zaczynamy rozumieć ból buzujący mu w skroniach. Jesteśmy świadkami jak postać zaczyna staczać się coraz bardziej ku – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – przeznaczeniu. I nic więcej. Autor nie raczy nas żadnymi dodatkami. "Ostatni bastion Barta Dawesa" jest powieścią całkowicie podporządkowaną jednemu bohaterowi. Świat zewnętrzny został ograniczony do niezbędnego minimum. Postacie poboczne są pozbawione życia. Tekturowe figurki, których głównym zadaniem jest bycie „dopełniaczem” do szaleństwa ogarniającego Barta Dawesa.

Jeszcze jedna uwaga. W trakcie lektury nie sposób nie zadać sobie pytania: jak ja zachowałbym się na miejscu głównego bohatera? Czy siedziałbym bezczynnie i patrzył jak prawo „sprawiedliwości nasranej na papierze” doprowadza do unicestwienia mojego szczęścia? W telewizji bez przerwy słyszymy hasła głoszące wyższą konieczność społeczną czy dobro ogółu. Nie jestem pewien czy umiałbym pogodzić się z utratą wszystkiego co kocham, nawet w imię wyższych ideałów.

Podsumowując, "Ostatni bastion Barta Dawesa" to dość ciekawa historia człowieka stającego w obronie tego co w jego życiu uchodzi za najcenniejsze. Historia człowieka, który choć przyparty do muru nie składa broni. Wręcz przeciwnie.



08 kwietnia 2010

"Miasteczko Salem" Stephen King

Na fali rosnącej fascynacji dziećmi nocy postanowiłem ponownie sięgnąć po „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Powiedzmy, że potrzebowałem odmiany. Czegoś co pozwoliłoby mi wrócić myślami do czasów, kiedy wszystko było jasne i przejrzyste. Dobro podejmowało walkę ze złem na prostych zasadach, bez domieszki tragicznych historii rodem z kolumbijskich telenowel. Dość miałem wszędobylskich historii przygodowo-miłosnych spod znaku całowania połączonego z wysysaniem. Miałem ochotę na wampiry o trupiobladej cerze, omamiającym spojrzeniu i kłach połyskujących w świetle nocy.

Z pomocą przyszedł jak zawsze Stephen King, którego mam nadzieję nie trzeba nikomu przedstawiać. Zwyczajny facet, ot, od czasu do czasu błyśnie talentem pisarskim. Uważam się za szczęściarza, bo autor „błysnął” akurat podczas pracy nad „Miasteczkiem Salem”, co pozwoliło mi cieszyć się taką lekturą, jakiej akurat potrzebowałem. Po raz pierwszy miałem przyjemność zapoznać się z nią w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy będąc smykiem, nie zwracałem większej uwagi na język wypowiedzi czy kreację bohaterów. Liczyło się tylko to, że czytam sławnego Kinga i to, że już po razu rozdziałach miałem kłopoty z zaśnięciem. Ówczesny stan ducha określiłbym mianem: oczarowany.

Dziś, kilka lat później, nadal powieść robi na mnie duże wrażenie.
Przede wszystkim świetnie się ją czyta. Jeżeli przyszłoby mi szukać przymiotników określających język wypowiedzi Stephena Kinga, w czołówce uplasowałyby się takie słowa jak: normalny, ludzki, rozrywkowy. Bo na czym polega fenomen pisarza z Maine? Prawda objawiona: doskonale łączy horror z powieścią obyczajową. Poznając kolejnych bohaterów (względnie miejsca) z „Miasteczka Salem”, nie miałem wrażenia oderwania ich od rzeczywistości i uplasowania gdzieś pomiędzy Strefą Mroku a aktami z Archiwum X. Przez całą powieść postrzegałem ich jak zwyczajnych ludzi z krwi – choć tej stale im ubywało – i kości. Ludzi bojących się, pocących i cuchnących, a nawet gnijących. Jak się dobrze przyjrzeć, takie Salem możemy dostrzec chociażby jadąc pociągiem z Wrocławia do Warszawy, czy na jakiejkolwiek innej trasie zahaczającej o małe miejscowości. Realność świata wykreowanego przez Stephena Kinga to zdecydowany plus powieści.

Że w książce aż się roi od wampirów? Cóż z tego. Jeżeli książka trzyma w napięciu od samego początku do końca, to wybaczcie, ale nie widzę zbytniej różnicy pomiędzy wampirem a psychopatą z nożem w jednej ręce i ludzką głową w drugiej. Zło przybiera różne formy. Zawsze jest przerażające. Głównymi bohaterami „Miasteczka Salem” jest pisarz Ben Mears i chłopiec imieniem Dan. Zgodnie z wszelkimi regułami rządzącymi na niebie i ziemi – w godzinie próby łączą siły, aby wspólnie działać przeciwko potworowi w ludzkiej skórze, panu Kurtowi Barlow. Długowiecznemu wampirowi, który z tytułowego miasteczka postanowił zrobić jadłodajnię. Rozpoczyna się zaciekła walka, z rozdziału na rozdział przybierająca na sile. Zarówno jedna, jak i druga strona będzie miała szereg popleczników, krócej lub dłużej żyjących, ale zawsze.
„Miasteczko Salem” nie byłoby takie samo bez bladolicych potworów. To z nimi jest kojarzone przede wszystkim i zapewne tak już pozostanie. Na szczęście nie przypominają one pupilków dzisiejszej młodzieży. Stephen King roztacza przed czytelnikiem obraz wampira, któremu bliżej do Drakuli Brama Stokera niż do postaci z powieści Stephenie Meyer. Wbrew pozorom ma to bardzo wielkie znaczenie, szczególnie przy budowie specyficznej atmosfery „Miasteczka Salem”. Mając za wrogów prawdziwych nosferatu, nie przenosimy się w rzeczywistość cukierkowatych emo-wampirów, ale w krainę prawdziwej grozy. Oddziałującej na nas mniej lub bardziej, w zależności od czytelnika.

Podsumowując, historię Salem polecam każdemu, kto chciałby choć na moment zapomnieć o otaczającym go świecie. Powieść wciąga, trzyma w napięciu, zapewnia nieoczekiwane zwroty akcji i dzięki temu stanowi świetną rozrywkę. Jeżeli chcielibyście poznać wampiry spoza kręgu powieści Stephenie Meyer, „Miasteczko Salem” jest książką dla was.


18 marca 2010

"Sekret Genezis" Tom Knox

„Błyskotliwy thriller z rytualnymi morderstwami i tajemnicami historii w tle”. Tymi słowami kusi wydawca potencjalnego odbiorcę książki Toma Knoxa „Sekret Genezis” - i muszę powiedzieć, że w moim przypadku zdały one marketingowy egzamin. Obrzędowe zbrodnie, grzebanie w przeszłości, archeologiczna zagadka? To jest to, co pasjonaci historii cenią najbardziej, a zwłaszcza ci lubujący się w klimatach kryminalno-sensacyjnych.

Na pierwszym bądź drugim roku studiów pożyczyłem od przyszłej żony „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Do dnia dzisiejszego powieść ta jest jedną z najszybciej przeczytanych przeze mnie książek. Wszystko za sprawą dynamicznej akcji, sympatycznych bohaterów, zagadki czekającej na odkrycie a także dość kontrowersyjnym spostrzeżeniom na temat początków chrześcijaństwa. Owa mieszanka była na tyle wybuchowa, że w świecie literackim bardzo długo wrzało od rewelacji opisanych przez autora. Do czego zmierzam? Prawdę powiedziawszy spodziewałem się czegoś podobnego po książce Toma Knoxa. Nie ataku hordy religijnych fanatyków, ale jakiegoś chociażby wrzenia wywołanego archeologicznymi spekulacjami. Może jeszcze się doczekam. W końcu autor sam pisze: „Sekret Genezis” jest fikcją literacką. Jednak większość pojawiających się tu religijnych, historycznych i archeologicznych informacji opiera się na faktach i jest zgodna z prawdą.

Powieść trzyma w napięciu do samego końca. Przeczytawszy zaledwie kilkanaście stron zostajemy rzuceni na pożarcie brutalnemu mordercy, a także tajemnicy piasków południowo-wschodniej Turcji. Początkowo możemy odnieść wrażenie, że oto mamy do czynienia z przeciętną literaturą przygodową z pseudo historycznymi wstawkami. Francusko-niemieckie wykopaliska, cenne znalezisko, zachłanny przestępca i nowe wcielenie Indy’ego. Nic bardziej mylnego. Z rozdziału na rozdział powieść przybiera coraz wyraźniej barwy thrilleru, horroru z krwi i kości, którego autor nie boi się szokować opisami makabrycznych zbrodni. Morderstw dokonywanych przez psychopatę ogarniętego manią naśladowania okrucieństw Inków, Azteków, Wikingów i wszystkich pozostałych dawnych społeczeństw rozsmakowanych w zadawaniu wyrafinowanego cierpienia.

Miejsce akcji powieści nie jest oderwane od rzeczywistości. Z łatwością możemy odnaleźć się w angielskich, francuskich czy też tureckich realiach. Niemniej świat zewnętrzny nie żyje swoim życiem. Podporządkowany jest głównemu wątkowi „Sekretu Genezis”. Kwestie polityczne i gospodarcze zostały potraktowane marginalnie, a Tom Knox trochę więcej miejsca poświęca jedynie społeczeństwom czy też antagonizmom panującym pomiędzy wybranymi narodami.

Jeżeli miałbym wskazać słabe punkty powieści, to powiedziałbym, że są nimi bohaterowie, a w szczególności postać Roberta Luttrella. Nie przypadła mi ona do gustu nie dlatego, że momentami przypomina kiepskie połączenie Indiany Jonesa i H. Poirota. Osobiście uważam, że jest mdła. Jak na zagranicznego korespondenta, który wykazuje ponadprzeciętne zamiłowanie do bycia w centrum wydarzeń, zdecydowanie za dużo w nim taniej ckliwości i rozmyślań nad ciepłem domowych pieleszy. Jakby tego było mało, czytelnik przynajmniej ze dwadzieścia razy jest informowany o tym, jak Rob Luttrella kocha córkę, jak za nią tęskni, pragnie ją głaskać i rozpieszczać. Rozumiem, że postać może mieć wewnętrzne dylematy, ale co za dużo, to niezdrowo.

Podsumowując, powieść „Sekret Genezis” to bardzo dobry thriller. Jak każda powieść miewa wzloty i upadki, ale ogólne wrażenie pozostawia bardzo dobre. Jeżeli w przyszłości natknę się na kolejną książkę Toma Knoxa, na pewno nie przejdę obok niej obojętnie.


16 marca 2010

"Pięć tygodni w balonie" Juliusz Verne


Twórczość Juliusza Verne’a była prawdopodobnie omawiana setki razy. Spoglądano na nią z każdej możliwej perspektywy, analizowano w odniesieniu do wielu trendów współczesnej literatury. W związku z tym ciśnie się na usta pytanie: co jeszcze można powiedzieć o jednym z ojców fantastyki naukowej? Śmiem przypuszczać, że Juliusza Verne’a zna większość odbiorców fantastyki. A jeżeli ktoś nie miał styczności z jego powieściami to na pewno słyszał o kapitanie Nemo, Phileasie Foggu, bądź wyprawie do wnętrza Ziemi, która swoją drogą całkiem niedawno została po raz kolejny zekranizowana. Ten wspomniany francuski pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął przede wszystkim książkami o tematyce podróżniczo-przygodowej, które w wielu przypadkach opatrzone były popularno-naukowymi przypisami. Będąc małym smykiem zaczytywałem się w historiach przez niego opisywanych, a i dzisiaj zdarza mi się po nie sięgać. Można by długo rozprawiać o fenomenie Juliusza Verne’a. Nie jest to jednak czas i miejsce na to. Jeżeli jednak ktoś zadałby mi pytanie: “co sprawia, że książki francuskiego pisarza tak dobrze się czyta?”, odpowiedziałbym bez wahania: wartka akcja, sympatyczni bohaterowie, interesujące scenerie wydarzeń.

14 marca 2010

"Struktura" Michał Protasiuk

Podejmując pracę w banku nie spodziewałem się wielkich zmian w moim życiu. Ot, kolejny przystanek na drodze zawodowej, prawdopodobnie jeden z wielu. Inaczej patrzyła na ową „finansową nobilitację” rodzina, święcie przekonana, że od tej pory będę chodził w markowych ciuchach, jadał w drogich restauracjach, bujał się wypasionymi brykami. Dość szybko wyprowadziłem ich z błędu. Praca w wielkiej korporacji nie jest usłana różami.

Mniej więcej takie przesłanie bije ze „Struktury”, której autor zabiera czytelnika w podróż po tajemnicach InnCorpu, warszawskiej firmy, będącej żywym przykładem realności hasła „od pucybuta do milionera”. W trakcie pierwszego spaceru jej korytarzami dochodzimy do wniosku, że oto mamy do czynienia z kolejną korporacją, nie wyróżniającą się niczym niezwykłym z setki innych przedsiębiorstw. Opaleni, zawsze uśmiechnięci kierownicy w świetnie skrojonych garniturach, długonogie sekretarki w czerwonych szpilkach, pracownicy za wszelką cenę chcący udowodnić swoją wartość oraz wszędobylski zapach propagandowej „szczęśliwej rodziny”. To wszystko polane bezustanną walką o jak najlepsze wyniki, terminy i masę innych czynników wpływających na wielkość portfela członków zarządu.

„Korporacyjne było tu wszystko: przestronny westybul i podświetlana fontanna w jego środku. Uśmiech recepcjonistki, szczegółowo regulowany wewnętrzną procedurą, i dotykowy monitor, na którym długie paznokcie wybrały nazwisko Pawła Masłowskiego. Miękka kanapa i duży wybór biznesowych dzienników rozsypanych w symetryczny wachlarz na szklanym stoliku”

Pierwsze wrażenie nie daje jednak pełnego obrazu InnCorpu. Rzeczywisty wizerunek firmy odkrywamy stopniowo, wespół z bohaterami powieści, którzy o niczym innym nie marzą jak tylko poznać prawdę.
Patrząc na postaci stworzone przez Michała Protasiuka nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto mam przed sobą dwójkę detektywów ze słynnego archiwum. Z jeden strony Maciej Stąpor, twardo stąpający po ziemi spec od przetwarzania danych, a z drugiej Natasza, piękność zafascynowana urban legends oraz radiowymi szumami. We dwójkę starają się zerwać zasłonę tajemnicy, odsłonić prawdziwe oblicze wszechwładnej korporacji. Oczywiście bardzo upraszczam. Zarówno Maciej jak i Natasza żyją własnym życiem, bez oglądania się na Foxa czy Scully. Czym jest „Struktura”? Na to pytanie będą chcieli znaleźć odpowiedź.

W „Strukturze” wyróżniłbym dwa główne, przenikające się wątki.
Pierwszy, nazwijmy go „przyziemnym”, dotyczy korporacyjności i wszystkiego co z tym hasłem ma związek. Działania HRu, techniki negocjacyjne, podejście przełożonych do podwładnych, system kija i marchewki, mit awansu - to wszystko czeka na pragnących zagłębić się w świat wielkich szczęśliwych rodzin biznesu. Oprócz tego autor umożliwia nie tylko poznanie mechanizmu kierującego wielkimi firmami, ale także podgląd życia ich pracowników. Drugi wątek stanowią próby poznania prawdy przez głównych bohaterów powieści. Jak wspomniałem, oba tematy zachodzą na siebie, wzajemnie się uzupełniają. Jeden odpowiada za nastrojowość powieści i jej spiskowy klimat, a drugi za jej tempo oraz dynamikę wydarzeń.

Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie niedalekiej przyszłości. Ze zrozumiałych względów nie jest to miasto zza naszego okna. Świat poszedł naprzód: pojawiły się w pełni skomputeryzowane samochody, wszystkowiedzący „asystenci”, kosmici i drapacze chmur rodem co najmniej z Chicago. Stolica Polski zwiększyła swoje znaczenie na arenie międzynarodowej. Pracownicy wojska i służb wywiadowczych zaczęli upodabniać się do prawdziwie męskich kowbojów z Ameryki. Political fiction? Sądzę, że to za duże słowo, niemniej jednak gdyby troszeczkę bardziej rozbudować wątek polityczno-gospodarczy, to czemu by nie?

Podsumowując, „Struktura” to książka na dobrym poziomie. Michał Protasiuk po raz kolejny udowadnia, że zna się na pisaniu. Wiarygodne kreacje bohaterów, dynamiczna akcja oraz przystępny język wypowiedzi złożyły się na powieść intrygującą, trzymającą w napięciu od początku do końca. Jacek Dukaj o książce napisał: „W Polsce podobna SF dla myślących stanowi wielką rzadkość”. Zgadzam się z nim w pełnej rozciągłości.