08 kwietnia 2010

"Miasteczko Salem" Stephen King

Na fali rosnącej fascynacji dziećmi nocy postanowiłem ponownie sięgnąć po „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Powiedzmy, że potrzebowałem odmiany. Czegoś co pozwoliłoby mi wrócić myślami do czasów, kiedy wszystko było jasne i przejrzyste. Dobro podejmowało walkę ze złem na prostych zasadach, bez domieszki tragicznych historii rodem z kolumbijskich telenowel. Dość miałem wszędobylskich historii przygodowo-miłosnych spod znaku całowania połączonego z wysysaniem. Miałem ochotę na wampiry o trupiobladej cerze, omamiającym spojrzeniu i kłach połyskujących w świetle nocy.

Z pomocą przyszedł jak zawsze Stephen King, którego mam nadzieję nie trzeba nikomu przedstawiać. Zwyczajny facet, ot, od czasu do czasu błyśnie talentem pisarskim. Uważam się za szczęściarza, bo autor „błysnął” akurat podczas pracy nad „Miasteczkiem Salem”, co pozwoliło mi cieszyć się taką lekturą, jakiej akurat potrzebowałem. Po raz pierwszy miałem przyjemność zapoznać się z nią w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy będąc smykiem, nie zwracałem większej uwagi na język wypowiedzi czy kreację bohaterów. Liczyło się tylko to, że czytam sławnego Kinga i to, że już po razu rozdziałach miałem kłopoty z zaśnięciem. Ówczesny stan ducha określiłbym mianem: oczarowany.

Dziś, kilka lat później, nadal powieść robi na mnie duże wrażenie.
Przede wszystkim świetnie się ją czyta. Jeżeli przyszłoby mi szukać przymiotników określających język wypowiedzi Stephena Kinga, w czołówce uplasowałyby się takie słowa jak: normalny, ludzki, rozrywkowy. Bo na czym polega fenomen pisarza z Maine? Prawda objawiona: doskonale łączy horror z powieścią obyczajową. Poznając kolejnych bohaterów (względnie miejsca) z „Miasteczka Salem”, nie miałem wrażenia oderwania ich od rzeczywistości i uplasowania gdzieś pomiędzy Strefą Mroku a aktami z Archiwum X. Przez całą powieść postrzegałem ich jak zwyczajnych ludzi z krwi – choć tej stale im ubywało – i kości. Ludzi bojących się, pocących i cuchnących, a nawet gnijących. Jak się dobrze przyjrzeć, takie Salem możemy dostrzec chociażby jadąc pociągiem z Wrocławia do Warszawy, czy na jakiejkolwiek innej trasie zahaczającej o małe miejscowości. Realność świata wykreowanego przez Stephena Kinga to zdecydowany plus powieści.

Że w książce aż się roi od wampirów? Cóż z tego. Jeżeli książka trzyma w napięciu od samego początku do końca, to wybaczcie, ale nie widzę zbytniej różnicy pomiędzy wampirem a psychopatą z nożem w jednej ręce i ludzką głową w drugiej. Zło przybiera różne formy. Zawsze jest przerażające. Głównymi bohaterami „Miasteczka Salem” jest pisarz Ben Mears i chłopiec imieniem Dan. Zgodnie z wszelkimi regułami rządzącymi na niebie i ziemi – w godzinie próby łączą siły, aby wspólnie działać przeciwko potworowi w ludzkiej skórze, panu Kurtowi Barlow. Długowiecznemu wampirowi, który z tytułowego miasteczka postanowił zrobić jadłodajnię. Rozpoczyna się zaciekła walka, z rozdziału na rozdział przybierająca na sile. Zarówno jedna, jak i druga strona będzie miała szereg popleczników, krócej lub dłużej żyjących, ale zawsze.
„Miasteczko Salem” nie byłoby takie samo bez bladolicych potworów. To z nimi jest kojarzone przede wszystkim i zapewne tak już pozostanie. Na szczęście nie przypominają one pupilków dzisiejszej młodzieży. Stephen King roztacza przed czytelnikiem obraz wampira, któremu bliżej do Drakuli Brama Stokera niż do postaci z powieści Stephenie Meyer. Wbrew pozorom ma to bardzo wielkie znaczenie, szczególnie przy budowie specyficznej atmosfery „Miasteczka Salem”. Mając za wrogów prawdziwych nosferatu, nie przenosimy się w rzeczywistość cukierkowatych emo-wampirów, ale w krainę prawdziwej grozy. Oddziałującej na nas mniej lub bardziej, w zależności od czytelnika.

Podsumowując, historię Salem polecam każdemu, kto chciałby choć na moment zapomnieć o otaczającym go świecie. Powieść wciąga, trzyma w napięciu, zapewnia nieoczekiwane zwroty akcji i dzięki temu stanowi świetną rozrywkę. Jeżeli chcielibyście poznać wampiry spoza kręgu powieści Stephenie Meyer, „Miasteczko Salem” jest książką dla was.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz