04 grudnia 2010

"Mroczna Wieża. Narodziny rewolwerowca" Stephen King

„Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim”. Każdy miłośnik pióra Stephena Kinga bez trudu rozpozna ów cytat. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że pochodzi on z sagi Mroczna Wieża, którą autor uważa za swoje opus magnum. W tym miejscu nie zamierzam jednak rozpisywać się nad epicką wersją przygód ostatniego rewolwerowca. Skupię się nad czymś, na co polskim fanom pisarza z Maine przyszło czekać trzy lata. 24 września 2010 roku nakładem wydawnictwa Albatros ukazał się komiks „Narodziny rewolwerowca”.

„Jest ikoną, legendą i najlepszym przyjacielem, chwalić Boga, i waszym najgorszym wrogiem.”*

Roland Deschain z rodu Elda, ostatni z wielkiego klanu rewolwerowców, człowiek podążający ścieżką przeznaczenia ku Mrocznej Wieży. Czym dokładnie jest ta wieża? W wielkim skrócie, ale naprawdę wielkim można powiedzieć, że jest to miejsce będące punktem przecinania wszystkich rzeczywistości. Miejscem, gdzie zarówno czas, jak i przestrzeń nie mają znaczenia. I tu pozwolę sobie na drobną dygresję. Warto dodać, że osoby nie zaznajomione ze wspomnianą sagą nie będą czuły się wyalienowane biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”. Komiks wypada zaliczyć do uniwersum Mrocznej Wieży, ale równie dobrze może uchodzić za odrębną powieść graficzną. To jest jego wielki plus. Fakt, że mogą po niego sięgnąć także ci, którzy nie znają pierwowzoru.

Wracając do tematu. Rolanda poznajemy w momencie, gdy rzuca wyzwanie swojemu nauczycielowi sztuk walki, Cortowi. Z pojedynku wychodzi zwycięsko i tym samym kończy wiek dziecięcy, stając się pełnoprawnym mężczyzną. Wątek ten nie jest jednak osią główną komiksu, lecz wstępem do historii o okolicznościach spotkania rewolwerowca z Susan Delgado, wielką miłością Rolanda. Poznaje ją, gdy wraz z dwoma przyjaciółmi, Cuthbertem Allgoodem i Alainem Johnsem, przybywa do Hambry. Miasteczka, którego mieszkańcy – jak podejrzewa Stephen Deschain, ojciec głównego bohatera – udzielają wsparcia buntownikowi i rewolucjoniście, Farsonowi. Oczywiście zadanie okazuje się trudniejsze, niż się początkowo wydawało. Młodzi rewolwerowcy muszą wykazać się nie tylko przebiegłością, ale i umiejętnością szybkiego ładowania broni. Wartka, dynamiczna akcja to niewątpliwie wielka zaleta komiksu.

„Człowiek w czarni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim.”**

Roland Deschain ściga człowieka w czerni już od blisko 40 lat***. Jego przygody zostały uwiecznione w postaci siedmiotomowego cyklu powieści oraz na kartach komiksu. Od niedawna wiadomo także, że saga opisująca drogę wspomnianego rewolwerowca do Mrocznej Wieży zostanie przeniesiona na ekran. Studio Universal Pictures oraz telewizja NBC – producenci przedsięwzięcia – zapowiedzieli trzy części filmowe (pierwsza część planowana jest na 2012 rok) i serial telewizyjny. Jak widać zainteresowanie uniwersum Mrocznej Wieży pomimo upływu lat nie słabnie, a liczba fanów Rolanda wzrasta z roku na rok.

Nie brakuje ich także w Polsce. „Narodziny rewolwerowca” są właśnie ukłonem w ich stronę. Choć na graficzne przygody Rolanda musieli oni czekać trzy lata, śmiem twierdzić, że było warto. Albatros podszedł do zadania profesjonalnie, a trzeba zauważyć, że inwestycja w komiksy w Polsce to nadal przedsięwzięcie dość ryzykowne. Zwłaszcza, gdy wydawnictwo postanawia wydać powieść graficzną według iście zagranicznych standardów, co automatycznie znajduje odbicie w cenie. O czym mówię? Przede wszystkim o bardzo dobrym wykonaniu technicznym. Komiks wydany został z zachowaniem tej samej zawartości, co wersje amerykańskie, oryginalnego loga serii i na porządnym papierze. Dodatkowo oprócz historii właściwej znajdziemy w nim szkice głównych postaci, mapki miejsc, w których rozgrywa się akcja oraz projekty okładek wydań amerykańskich. Mówiąc krótko: polska edycja „Narodzin rewolwerowca” jest najwyższych lotów. Wydawnictwo Albatros zasłużyło na słowa uznania.

Oczywiście wielkie brawa należą się także – a może raczej „przede wszystkim”? – twórcom komiksu, czyli głównie scenarzyście Peterowi Davidowi, nadzorującemu fabułę Robinowi Furthowi oraz rysownikom: Jaeowi Lee i Richardowi Isanove. Na mnie osobiście ogromne wrażenie zrobiła kolorystyka. Nie jestem specem od grafiki, ale uważam, że największą zaletą komiksu jest umiejętne wymieszanie cieni z żywymi kolorami. Jeżeli dodamy do tego realizm postaci otrzymamy sceny idealnie oddające styl pisarski Stephena Kinga oraz atmosferę jego powieści. O czym mówię? O zamiłowaniu pisarza z Maine do szczegółów i ukazywania świata takim, jaki jest naprawdę. Uwierzcie mi, że biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”, nie posądzicie twórców komiksu o zbyt liczne odstępstwa od epickiej wersji przygód Rolanda Deschaina oraz próbę zakamuflowania „brzydoty” świata, w którym rozgrywa się akcja.

***

Nie będę polecał niniejszego komiksu każdemu. W naszym kraju ta forma przekazu nadal jest traktowania jako coś gorszego, często niewartego uwagi ludzi poważnych. Niemniej wierzę, że osoby, które zdecydują się poświęcić cenny czas „Narodzinom rewolwerowca”, nie będą zawiedzione. Co więcej, po lekturze nie tylko pokiwają głowami i powiedzą „było dobre”, ale przekażą znajomym i przyjaciołom, że warto od czasu do czasu zapomnieć o czymś takim jak książka.


* P. David, R. Furth, J. Lee, R. Isanove Narodziny rewolwerowca; Albatros, Warszawa 2010; s.10.
** Tamże; s.9.
*** Stephen King zaczął pracę nad powieścią rozpoczynającą sagę Mroczna Wieża w 1970 roku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz