08 stycznia 2010

"Carrie" Stephen King

Stephen King należy do tego grona pisarzy, których samo nazwisko sprawia, że dana książka jest rozchwytywana. Wszystko dzięki wieloletniemu funkcjonowaniu w branży literackiej, nieprzeciętnej wyobraźni, talentowi oraz cierpliwości w dążeniu do celu. Oczywiście pojawiają się głosy o odgrzewaniu pomysłów, poruszaniu się po utartych ścieżkach, ale patrząc na bibliografię niekoronowanego mistrza horrorów zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Stephen King pierwszą powieść napisał w 1974 roku. Od ukazania się „Carrie” minęło 35 lat, w czasie których autor bynajmniej nie próżnował. Zjawisko powtarzalności pewnych motywów, tricków literackich uważam za coś zupełnie naturalnego. Umysł ludzki, wewnętrzny indywidualizm człowieka nie jest studnią bez dna. Nasza osobowość oraz to w jaki sposób postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość jest wynikiem długofalowego oddziaływania różnorakich czynników zewnętrznych. Wydaje mi się, że w przypadku pisarzy skutkuje to stosowaniem w procesie twórczym pewnych podświadomych nawyków, zabiegów. To właśnie dzięki nim możemy mówić chociażby o indywidualnej stylistyce literackiej.

Po „Carrie” zdecydowałem się sięgnąć pod wpływem ogólnej presji środowiska. W oczach moich znajomych nie zapoznanie się z ową książką graniczy z popełnieniem jednego z siedmiu grzechów głównych. Zdanie: „Jak możesz pisać o twórczości Kinga nie przeczytawszy o Carrie?” było na porządku dziennym. Szczerze powiem, że nie miałem większych oporów przed omijaniem wspomnianej książki. Rozumiem, że uchodzi ona za klasyk ale King napisał bardzo wiele dobrych powieści. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem niezmiernie wdzięczny przyjaciołom. Mieli rację.

Podejrzewam, że historia nastolatki terroryzowanej zarówno przez szkolne rówieśniczki jak i fanatycznie religijną matkę jest znana większości osobom, niezależnie od tego, czy to dzięki ciekawostkom odnośnie twórczości Stephena Kinga, czy też za sprawą głośnego filmu Briana De Palmy, z genialną rolą Sissy Spacek w roli tytułowej.

Carrie White nie jest przeciętną dziewczyną ze zwyczajnego, amerykańskiego domu. Nie chodzi na tańce, nie spotyka się z przyjaciółmi, nie wie co to okres, a na piersi mówi „brzydkie ciało”. Czas wolny od zajęć w szkole spędza na robótkach ręcznych, modlitwach, przepraszaniu za popełnione grzechy oraz jeszcze raz na modlitwach. Od czasu do czasu staje się lokatorką komórki pod schodami, niejako w formie pokuty. Innymi słowy: życie nie szczędzi jej razów. Na wszystko jednak przychodzi koniec.
Carietta White okazuje się być nosicielką bardzo rzadkiego genu TK, który ujawnia się poprzez wyjątkowo silnie rozwinięty dar telekinezy. Jak groźna jest to broń w rękach zdesperowanej istoty? Najlepiej o tym świadczą wydarzenia mające miejsce w Chamberlain w nocy z 27 na 28 maja 1979 roku oraz „napis na trawniku w miejscu, gdzie znajdował się bungalow państwa White: Carrie White smaży się w piekle za grzechy, Bóg jest wielki”.*

„Carrie” jest jednym z tych tekstów, które na długo zapadają w pamięć. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, jeszcze przed podjęciem lektury większość czytelników pozbawiona jest elementu zaskoczenia, a wiadomości czerpane z fabuły jedynie utrwalają zdobyte wcześniej informacje. Nie ma się czemu dziwić, reklama robi swoje. Po drugie, historia zaprezentowana przez Kinga jest napisana językiem prostym. Mam nadzieję, że nikt nie obrazi się za te słowa, ale pod względem stylistycznym „Carrie” jest słaba. Intrygujące nakreślenie środowiska uczniowskiego, czy też szaleństwa na tle religijnym nie zniweluje niestety pewnych niedociągnięć. Taki stan rzeczy jest jednak jak najbardziej naturalny. Przysłowie mówi: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Trzeba pamiętać, że „Carrie” jest debiutem Stephena Kinga, autora dopiero wkraczającego na drogę prowadzącą do zawodowego pisarstwa. Minie jeszcze wiele lat, niejedno pióro zostanie złamane, zanim Król Horrorów przywdzieje swoją koronę.

Wracając do tematu, klimat powieści, tak bardzo wychwalany przez fanów pisarza, utrzymuje się, de facto, tylko przez pierwszą część książki. Atmosfera oczekiwania na nieuniknione, świadomość istnienia zegara odliczającego czas do narodzin koszmaru stanowią bardzo udane wprowadzenie do wątku kulminacyjnego. Niestety, finał historii pozostawia uczucie niedosytu. Szaleństwo, po mistrzowsku zobrazowane przez De Palmę, w powieści przybiera postać wyliczanki. Autorowi zabrakło cierpliwości czy też celowo postawił na kontrast? Nigdy się tego nie dowiemy ale faktem jest, że sam King uważa „Carrie” za najgorszą ze swoich książek.

„Fanatyk – osoba ślepo oddana jakiejś idei, nietolerancyjna w stosunku do innych”.**
Jeżeli miałbym wskazać ten aspekt powieści, który wywarł na mnie najkorzystniejsze wrażenie, to powiedziałbym, że jest nim zaprezentowanie fanatyzmu religijnego. Siła postaci Margaret White wynika głównie z jej rzeczywistości. Nie trzeba się wysilać by móc uwierzyć w realność jej zachowań. Oddanie ukochanej religii graniczące z obłędem jest jednym z ważniejszych problemów dzisiejszego świata. Wystarczy, że zjawisko masowe przekształcimy w indywidualne, a otrzymamy fanatyka wielbiącego Boga nie tyle sprawiedliwego, co surowego. Osobę nie będącą w stanie zrozumieć podstawowych praw społecznych. Nie akceptującą zachowań uważanych powszechnie za normalne i dozwolone. Matka tytułowej bohaterki zalicza się właśnie do tego typu ludzi. Ogarnięta szałem nieustających modlitw i pokut zamienia życie swojej córki w piekło na ziemi. Na samą myśl o cieple rodzinnym w pojęciu Margaret White robiło mi się gorąco.

Podsumowując: nie myli się ten, kto nie próbuje. W 1974 roku Stephen King podjął wyzwanie losu i zyskał. Pewien wydawca postawił na jego „Carrie” i ta znajomość zaowocowała kontraktem w wysokości 400 tyś. dolarów. Bardzo dobrze, że tak się stało.
Dzięki temu pan King porzucił pracę w szkole i na poważnie zajął się tworzeniem przerażających historii. Dzięki temu co jakiś czas mam szczerą przyjemność zaznajamiać się z kolejnymi jego wyczynami literackimi. Zapewniam wszystkich, że nie jest to czas stracony.


* Stephen King „Carrie”; Warszawa 1990, ISKRY, s.187.
** „Wielki Słownik Języka Polskiego”; Kraków 2008, Wydawnictwo Naukowe, s.207.



04 stycznia 2010

"Objawienie" Daniel Greps

Po raz pierwszy z twórczością Daniela Grepsa spotkałem się w czasie lektury antologii polskich opowiadań grozy „Trupojad. Nie ma ocalenia”. Pamiętam, że opowiadanie „Pokój” wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Nie było przegadane, bohater nie wydawał się pochodzić z innej planety, a fabuła w miły dla czytelniczego oka sposób była osadzona w polskich realiach. Wiedziałem, że nie mam do czynienia z kolejnym wcieleniem Stephena Kinga, ale i tak byłem zadowolony.

„Objawienie” to historia Wiktora Kota, nauczyciela muzyki ze Smutna, małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego, a picie piwa jest się powszechnie szanowanym zwyczajem. Już w trakcie pierwszego spotkania z głównym bohaterem odczuwamy bijący od niego uniwersalizm. Obserwując jego postać odnosimy niejasne uczucie, że w gruncie rzeczy patrzymy na cząstkę samych siebie. Choć zarabiamy w miarę dobrze, to zawsze czegoś nam brakuje. Staramy się być Wielkimi Indywidualistami, ale w gruncie rzeczy jesteśmy zwykli, nijacy i nie stronimy od wszelkiego rodzaju trunków. Zdezorientowani romantycy, bez celu błąkający się po dzisiejszym świecie. Podejrzewam, że troszeczkę przesadzam, ale Wiktor Kot uchodzi w moich oczach właśnie za protoplastę przeciętnego Polaka. I takie też wiedzie życie. Szare, od czasu do czasu koloryzowane poprzez kłótnie z byłą dziewczyną. Wszystko zmienia się, gdy ów bohater postanawia wcielić się w rolę podglądacza. Jak to zwykle bywa, Los okazuje się być wyjątkowo wredny. Niewinna zabawa obraca się przeciwko Wiktorowi, który z łowcy staje się zwierzyną. Uwierzcie mi, że mania prześladowcza to dopiero początek jego kłopotów.

Moje rozterki narodziły się w trakcie czytania omawianej książki. Szumne hasła głoszące, że oto będę miał do czynienia z wariatami z krwi i kości oraz strasznymi płaczącymi ścianami okazały się być tylko pustymi sloganami. Oczekiwałem horroru zahaczającego o rozterki psychiki ludzkiej, autora czyniącego umysł człowieka głównym źródłem napięcia, oczekiwania na niewiadome i nieuniknione, ale bardzo się zawiodłem. Przypadek Wiktora Kota nie przeraża głównie z powodu braku cech nadających mu pozory rzeczywistości. Nawiązania do pewnych greckich filozofii zupełnie do mnie nie przemawiają, a bynajmniej nie za pośrednictwem Daniela Grepsa. Uczynienie z umysłu głównego bohatera jako maszynki do produkcji otaczającej postać rzeczywistości uważam za dość ciekawy pomysł, jednak nie do końca zrealizowany. Autor zdecydowanie za dużo miejsca poświęcił gdybaniu na temat istnienia alternatywnego świata, zamiast skupić się na rozwijaniu wątku dotyczącego solipsyzmu.

Niedawno wyczytałem także, że powieść obfituje w nawiązania do twórczości Philipa K. Dicka. Cóż, jeżeli przyjmiemy, że skoro ktoś pisze o chorobie psychicznej to musi odnosić się do wspomnianego autora to faktycznie tak jest. Dodałbym jednak do cytowanej wypowiedzi słowo „próba” gdyż w moim przekonaniu ma ono pierwszoplanowe znaczenie dla omawianej kwestii. Autor „Objawienia”, opisując stany lękowe swojego bohatera, stara się (!) wzorować na mistrzu powieści z gatunku science fiction. W twórczości Daniela Grepsa nie wyczułem jednak ducha dickowego postrzegania świata.

Jak już wcześniej pisałem, wątek upadku psychicznego Wiktora Kota jest zbyt płytko nakreślony. Obiektywny obserwator patrząc na postać głównego bohatera nie odnajdzie w niej zalążków szaleństwa. Znajdzie tylko dorosłego faceta, który przez ponad połowę książki siedzi w kącie i użala się nad swoim marnym życiem. Nawiązania do solipsyzmu pojawiają się niemalże na sam koniec powieści, gdyż musiały ustąpić pola fascynacji autora krainami miodem i winem płynącymi.

Nie chcę nikomu odmawiać talentu literackiego, ale „Objawieniem” jestem zwyczajnie rozczarowany. Bohater przez całą fabułę próbował zgrywać męczennika, nadającego własnemu cierpieniu pewne cechy mistyczne. Historia, choć przypomina lawinę akcji, to jednak nosi znamiona fabuły pisanej „na szybko”, bez spokojnego i rzeczowego rozbudowania świata, w którym została osadzona. W gruncie rzeczy, zadanie Wiktora Kota sprowadza się do bycia świadkiem nierzeczywistych wydarzeń oraz zamartwiania się nad ich znaczeniem, powodem i celem. Fascynujące zajęcie na wakacje, ale ile można czytać o tym samym?

Podsumowując: powieści Daniela Grepsa z pewnością nie można zaliczyć w poczet wielkiej literatury. Jest to dobry przykład książki rozrywkowej, pragnącej wzorować się na najlepszych horrorach, ale jak to zwykle bywa, chęci przerosły czyny. Szkoda, że godzina „Objawienia” jeszcze nie wybiła.