20 lutego 2010

"Karaokre dla damy z pieskiem" Tatiana Polakowa

Pierwsze spotkanie z powieścią Tatiany Polakowej nie nastraja optymistycznie. Mówię o momencie, gdy czytelnik spaceruje po księgarniach w poszukiwaniu książki, przy której chciałby odpocząć, zrelaksować się, zapomnieć o kłopotach. Czym się kieruje? Człowiek lubi, żeby nie powiedzieć kocha, otaczać się pięknymi przedmiotami. Także wśród odbiorców literatury są osoby zwracające dużą uwagę na cechy zewnętrzne danej pozycji. Dlatego w świecie handlu tak ważną pozycję zajmuje dobra reklama. To właśnie estetyka wydania jest oceniana w pierwszej kolejności. Oczywiście pewna grupa czytelników przed zakupem książki zapoznaje się z opiniami na jej temat. Czy jest to jednak większość? Trudno powiedzieć.

„Karaoke dla damy z pieskiem” zwraca uwagę czytelnika, ale niekoniecznie budzi w nim pozytywne odczucia. Okładka przywodzi na myśl brukowce, lekkie czasopisma dla kobiet i mężczyzn, które – wypełnione zdjęciami ślicznych celebrytek (celebrytów) – nie oferują niczego wartościowego. Takie wrażenie jest jednak całkowicie mylące. Po przeczytaniu powieści otwarcie przyznaję, że z twórczością pani Tatiany Polakowej warto się zapoznać. Zwłaszcza, że w kryminałach jej autorstwa od czasu do czasu można natknąć się na złośliwie uwagi odnośnie brutalności życia w Rosji czy na cyniczne spostrzeżenia skierowane w stronę postkomunistycznego systemu władzy.

Akcja powieści ma miejsce w Rosji, dokładnie w jednym z jej mniejszych miast. Z fabuły można wywnioskować, że wydarzenia rozgrywają się już po rozpadzie Związku Radzieckiego. Być może w przyszłości, ale na tyle bliskiej, że pewne sposoby sprawowania rządów z czasów komunistycznych nadal cieszą się dużą popularnością. Należy jednak zaznaczyć, że świat, w którym funkcjonują postaci, nie jest opisany zbyt profesjonalnie. Autorka zaniedbała ten element książki, postawiła na prostotę, co nie do końca może się podobać odbiorcy. Czytelnik towarzyszący bohaterom może odnieść wrażenie, że od wspominanych kawiarni, banków czy mieszkań bije zapach sztuczności, dziecięcej naiwności. Od razu przed oczyma stają wioski potimkinowskie bądź sceny z „Misia” Stanisława Barei.

Pierwsze skrzypce w powieści gra Olga Riazancewa. Można pomyśleć, że to nowe wcielenie Paris Hilton. Wrażenie potęguje szata graficzna powieści wspomniana powyżej. Z reguły nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale w tym przypadku górę wzięły pierwotne instynkty, które w żaden sposób nie mogły zrozumieć amoralnych aspektów takiego postępowania. Główną bohaterkę bez zastanowienia zaklasyfikowałem do grupy głupiutkich panienek, które myślą, że wszystko mogą tylko dlatego, że mają portfele bez dna oraz włosy koloru blond. Po przebrnięciu przez kilkadziesiąt stron tekstu zostałem zmuszony zweryfikować osąd. Postać okazała się osobą intrygującą, o swobodnym trybie bycia i ponad przeciętnym zamiłowaniu do wścibiania nosa w nie swoje sprawy. Patrząc na schemat powieści preferowany przez Tatianę Polakową Olga wydaje się idealnie odnajdywać w wyznaczonej jej roli. Na pierwszy rzut oka przypomina smarkulę, której nikt nie nauczył jeszcze, gdzie jest jej miejsce, jednak w gruncie rzeczy to bardzo twarda dziewczyna. Odnajdująca się nie tylko w galeriach handlowych i na przyjęciach towarzyskich, ale także podczas ostrej strzelaniny na przedmieściach. Autorka nie zapomniała wyposażyć bohaterki w całą paletę uczuć oraz magnetyzujący seksapil. Zapewne dlatego nie dostrzegamy w niej jedynie kolejnego wcielenia „cholernego twardziela” w spódnicy pokroju chociażby Owena Yeatsa, ale także kobietę, która niejednemu mężczyźnie mogłaby wywrócić świat do góry nogami.

Oczywiście można doszukiwać się podobieństw pomiędzy Olgą a innymi bohaterami kryminałów i może rzeczywiście postać wścibskiej pani detektyw nie jest szalenie oryginalna. Patrząc również pod tym kątem na fabułę, możemy dojść do podobnego wniosku. Nie zmieni to jednak mojego nastawienia do omawianej powieści. „Karaoke dla damy z pieskiem” zaliczyłbym do pierwszej klasy książek o charakterze rozrywkowym. Niezwykle wciągająca akcja, dialogi przepełnione czarnym humorem oraz intrygująca zagadka – to wszystko daje w rezultacie dobrą powieść, godną polecenia czytelnikowi w każdym wieku.


15 lutego 2010

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson

Pisanie recenzji książki zahaczającej o tematykę spoza wiedzy ogólnej, jest o tyle trudne, że recenzent – nawet jeżeli popełni błąd merytoryczny – nie potrafi go wychwycić. Dzieje się tak dlatego, że kolokwialnie mówiąc: człowiek jest tylko człowiekiem. Przeważnie to osoby trzecie wskazują mu miejsca, gdzie za bardzo popuścił wodze fantazji. Problem występuje najczęściej przy omawianiu pozycji ściśle naukowych; w mniejszym stopniu w obrębie szeroko pojętej literatury popularnej.

Początkowo powieść Stiega Larssona mnie przerażała. No dobrze, może nie tyle „przerażała”, ile odpychała medialnym szumem, który wokół niej narastał. Wszędzie krążyły plotki, że książka jest więcej niż dobra, że jest przykładem ponadprzeciętnego kryminału. Na domiar złego wypowiedzi spotęgowane były oklepanym sloganem „światowy bestseller”. I kiedy już miałem sięgnąć po tę pozycję, w jednym z tekstów na temat pierwszego tomu „Millennium” przeczytałem: „thriller ekonomiczny”. Przyznam, że te dwa słowa ostudziły mój zapał. Ot, strach humanisty, dla którego wszelakie wątki z tak obcej dziedziny, jak ekonomia, stanowiły jedynie drogę do literackiego bełkotu. Jednak presja otoczenia okazała się silniejsza.

Autorem powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” jest Stieg Larsson – szwedzki dziennikarz, zmarły na atak serca w 2004 roku. Nie dożył spektakularnego sukcesu swojego dzieła. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie z pewnością spełniłyby jego oczekiwania. Źródło przepisu na sukces?

Szwecja bez Szwecji

Akcja powieści rozgrywa się w przeważającej mierze na niewielkiej wysepce Hedeby. Od czasu do czasu odwiedzamy też Sztokholm, miasto medialnych walk, wielkich przedsiębiorstw i jeszcze większych możliwości. To by było na tyle, jeżeli chodzi o szwedzkie klimaty. Autor nie zabiera czytelnika w podróż po ojczyźnie Abby. Szwecja niczym nie różni się od innych państw europejskich.

Larsson zdecydowanie większą uwagę skupia na prezentacji szwedzkiego społeczeństwa. W trakcie lektury odniosłem wrażenie, że kryminalna zagadka, choć niewątpliwie intrygująca, stanowi jedynie tło, na którym autor postanowił zobrazować coś o wiele głębszego: sytuację szwedzkich kobiet oraz wpływ zdegenerowanych kapitalistów na gospodarkę. Stieg Larsson stał za kobietami, to fakt. Jego życiowa partnerka, Eva Gabrielsson, wspomina: „Był zdeklarowanym feministą. Mawiał, że jego praca z kobietami była zawsze lepsza jakościowo. Twierdził, iż kobiety są bardziej otwarte na nowe idee i nie dążą do osiągnięcia pozycji za wszelką cenę. Stieg wiedział, do czego są zdolne, i często czuł się osobiście dotknięty ich krzywdą. Dyskryminacja i przemoc wobec kobiet były dla niego niepojęte i barbarzyńskie. Robił wszystko, co mógł, dla kobiet w swoim otoczeniu, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym”.

Zapewne dlatego powieść obfituje w przykłady niegodziwości mężczyzn w stosunku do kobiet. Każdą część opatrzono mottem mającym zilustrować sytuację kobiet w Szwecji. Nic więc dziwnego, że zarówno pisarz, jak i wykreowana przez niego bohaterka, stali się ikonami radykalnego ruchu feministycznego, którego przedstawicielki niejednokrotnie porównywały mężczyzn do bestii znęcających się nad ofiarami. Hasło „Kobiety, które nienawidzą mężczyzn” nie przyjęło się w szwedzkim społeczeństwie, a ruch „Feministyczna Inicjatywa” otrzymała jedynie około 1,5 % głosów wyborców.* Dlaczego?

Choć pisarz ukazał pozycję szwedzkich kobiet tak, a nie inaczej, to jednak wielu ekspertów nie zgadza się z przedstawionym obrazem. Pära Ström w książce „Ucisk mężczyzn i imperium kobiet” otwarcie nawet stwierdza, że to mężczyźni mogą się czuć w Szwecji uciskani. Szczegółowo przytaczając prawa szwedzkiej płci pięknej, dowodzi: „Feminizm prowadzi wojnę płci, symulując tylko, że toczy batalię o równość. W rzeczywistości nie chodzi mu o nią, lecz o zdobycie przywilejów dla własnej grupy.”** Jak jest w rzeczywistości? Na to pytanie potrafią odpowiedzieć jedynie kobiety. Skandynawię postrzega się jako region, w którym idea równości szans została zrealizowana w bardzo dużym stopniu.

Drugim aspektem, któremu pisarz poświęcił najwięcej miejsca, jest świat wielkich kapitalistów. Stieg Larsson, komunista z przekonania, propagował pogląd, że państwo dobrobytu „psuje się od głowy”. Właśnie w czasie premiery filmu M”ężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” rozgorzała w Szwecji debata na temat przedsiębiorców, magnatów podsycających chciwością kryzys gospodarczy. Jednak, o ile sytuację kobiet Larsson przedstawia skrajnie, o tyle do problemu kapitalizmu podchodzi bardzo profesjonalnie. Przedstawia dwie strony medalu. Nie zapomina o istnieniu „dobrych kapitalistów”, dzięki którym szwedzka gospodarka mogła się właściwie rozwinąć; o ich pomocy w budowie nowoczesnego państwa.

Kontrastowy duet

Pierwszoplanową postacią powieści jest Mikael Blomkvist. Dziennikarz i wydawca magazynu „Millennium”, które w kręgu szwedzkich mediów jest postrzegane w kategoriach organu prasowego drugiej kategorii, nie funkcjonującego według powszechnie ustalonych, twardych zasad kapitalizmu. Nierzetelnego outsidera starającego się wszelkimi możliwymi sposobami przykuć uwagę czytelników. Wszystko za sprawą wspomnianego bohatera, który z powodu opublikowania niewłaściwego artykułu, o niewłaściwej osobie, pada ofiarą sprytnie przygotowanej mistyfikacji. Atakowany przez kolegów po fachu, postanawia na jakiś czas wycofać się z życia publicznego, odpocząć. W takich okolicznościach poznajemy Mikaela Blomkvista.

Od pierwszego spotkania wiadomo, że nie jest to osoba pokroju „cholernego twardziela” w stylu Philipa Marlowe’a, ale duży chłopiec naiwnie wierzący, że dobrymi uczynkami i szlachetnymi ideami można naprawiać świat. Mikael Blomkvist, redaktor z powołania otwarcie toczący wojnę ze szwedzkimi dziennikarzami, którzy w „ciągu dwudziestu lat przekształcili się w grupę niekompetentnych chłopców na posyłki”.  Co chciał osiągnąć Stieg Larsson, serwując czytelnikom bohatera o chłopięcym wyglądzie, ujmującym stylu bycia, a jednocześnie zażartości w walce godnej ostatniego samuraja? Jeżeli zabieg ów miał na celu zwiększyć sympatię do postaci to pisarzowi należą się wielkie brawa, bo zakończył się pełnym sukcesem. Także reżyser Niels Arden Oplev nie zapomniał nadać swojej wersji Mikaela Blomkvista chłopięcego uroku; świetna rola Michaela Nyqvista.

Kalle Blomkvist powinien być znany każdemu, kto choć trochę wykazuje zainteresowanie kryminałami. Postać, powołana do życia w 1946 roku przez Astrid Lindgren jest jednym z najmłodszych detektywów, jakich można spotkać w literaturze. Jak dużo Stieg Larsson czerpał z twórczości rodaczki? Pełną odpowiedź znał to pytanie jedynie autor „Millennium”. Faktem jest jednak, że obaj bohaterowie nie są doświadczonymi, sarkastycznymi detektywami. I jeden i drugi do pomocy otrzymuje sprawną ekipę gotowych na wszystko przyjaciół. Zarówno dla Mikaela, jak i Kalle’a, liczą się przede wszystkim takie zasady, jak przyjaźń, lojalność, przyzwoitość, czy gra fair-play. W powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” główny bohater kilkakrotnie przytacza książki Astrid Lindgren. Także identyczne nazwiska głównych postaci dają do myślenia.

Kończąc wątek należy zaznaczyć, że Stieg Larsson nie pozostawia żadnych złudzeń jeżeli chodzi o podział na jasne i ciemne charaktery w powieści. Mikaela Blomkvista wykreował na człowieka o złotych zasadach moralnych, prawie zawsze podejmującego decyzje zgodnie z własnym sumieniem. Dodatkowo ulokował go – z jednym wyjątkiem – w grupie osób o podobnych cechach. Można bardzo długo dyskutować nad plusami i minusami tak jednoznacznego podziału na dobrych i złych bohaterów. Debatować, czy taka konstrukcja fabuły nie prowadzi do zniwelowania elementu zaskoczenia; z góry wiadomo jaki będzie finał rywalizacji. Z drugiej strony wiele kryminałów opiera się na podobnych schematach wcale na tym nie traci.

Uzupełnieniem Mikaela jest Lisabeth Salander. Zadziorna dziewczyna lubiąca tatuaże, kolczyki, ostry seks oraz swoje kawasaki. Ponadto jedna z najlepszych hakerek we Szwecji, a być może również na świecie. Postać bez zahamowań; nieskrępowana zasadami rządzącymi społeczeństwem. Łamiąca konwenanse, mająca problemy z władzą, lekarzami i ogólnie wszystkimi, którzy chcą z buciorami wejść w jej życie. Czy taka osoba nadaje się na partnera w prowadzeniu śledztwa? Ktoś mógłby powiedzieć: „Z tak aspołeczną jednostką współpraca jest niemożliwa; nie ma miejsca za zaufanie”. Przed lekturą „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” uznałbym takie rozumowanie za logiczne. Panienka z osą na szyi, patrząca wrogo na każdy twój ruch, nie zachęca do nawiązywania bliższej znajomości. Jak widać, już przy pierwszym spotkaniu z Lisabeth Kalander, mamy do czynienia ze stereotypem. Podświadomie zakładamy – ukształtowani przez system zasad obowiązujący w strefie naszej rodzimej kultury – że osoba odbiegająca zachowaniem oraz wyglądem od powszechnie przyjętych wzorców, nie jest w stanie należycie wypełniać pewnej funkcji. Nic bardziej mylnego. Bohaterka nie daje się zaszufladkować, udowadnia swoją wartość, walczy z kulturowymi zabobonami.

Stieg Larsson postawił przede wszystkim na kontrast. Naprzeciw poukładanego moralnie dziennikarza idealisty aspołeczną hakerkę. Co chciał osiągnąć? Pokazać, że w kraju, gdzie za sam wygląd policjant wali pałką po głowie, można łamać narzucone bariery? Dwójka jakże odmiennych bohaterów świetnie się dogaduje. Udowadnia niesprawiedliwość powierzchownych, zakorzenionych stereotypów. Lisabeth i Mikael razem tworzą duet, który na długo zapada w pamięć.

Bohaterowie, tajemnicza historia, szwedzka społeczna rzeczywistość to wszystko złożyło się na bardzo intrygujący kryminał. Powieść puchnie od atmosfery pełnej napięcia. Ponadto Stieg Larsson bardzo umiejętnie wyważył samą akcję. Fabuła książki nie przypomina szalonej gonitwy za rozwiązaniem. Historia rodu Vangerów jest opowiedziana rzeczowo, z profesjonalizmem i zaangażowaniem w detale. Svante Weyer, szwedzki wydawca, tak pisze o autorze cyklu Millenium: „Był świetnym stylistą, wspaniałym konstruktorem akcji, a jego książki są znakomicie osadzone w realiach społecznych. Mógł pisać wszystko”.


* Tomasz Walat "Mężczyzna, który kochał kobiety" „Polityka” 2009 nr 15 (2700) s.110-111
** Anna Nowacka-Isaksson "Maskulizm czy feminizm" http://www.rp.pl/artykul/113242.html



06 lutego 2010

"Hotel Transylvania" Charles Quinn Yarbro

W styczniowym numerze Nowej Fantastyki (nr 1 2010) możemy przeczytać: „Od jakiegoś czasu nastolatkowie wszystkich krajów połączyli się w zastępującej potteromanię mrokomanii”. Trudno nie przyznać racji autorce tych słów; pani Annie Krajewskiej. Wystarczy odwiedzić najbliższą księgarnię i pospacerować pomiędzy książkami. Na regałach poświęconych literaturze fantastycznej dostrzeżemy, że oprócz wiecznie popularnego, tradycyjnego fantasy coraz częściej przybywa pozycji, w których bohaterowie albo chłepczą krew, albo uciekają przed istotami wypełnionymi tym życiodajnym napojem. Nie będę rozwodził się nad zagadnieniem czy to dobrze czy źle, bo nie czas i miejsce na to. Wszystko jednak wskazuje, że popyt na tego typu literaturę będzie się przez jakiś czas jeszcze utrzymywał.

Powieścią dobrze wpasowującą się w przytoczone powyżej klimaty jest Hotel Transylvania autorstwa Chelsea Quinn Yarbro. Jako historyk z wykształcenia, zamiłowania a także osoba dająca się od czasu do czasu porwać przez fantastyczne alternatywy, nie mogłem przegapić okazji sprawdzenia, jak dzieci nocy odnajdują się we Francji z przełomu XVII i XVIII wieku. Nie zmienia to faktu, iż do „mrocznych lektur” podchodzę z dużą rezerwą. Na samą bowiem myśl o tym, że będę zmuszony śledzić losy namiętnej, trudnej miłości przedstawicieli dwóch różnych ras moje ciało gwałtownie się buntuje. Nie jest to obawa o styl pisarza – bo ten może być bez zarzutu – a raczej o fabułę, której konstrukcja w tego typu dziełach często przypomina budowę cepa. Dla Hotelu Transylvania zrobiłem wyjątek, gdyż usłyszałem o nim dużo ciepłych opinii; zwłaszcza o jego tajemniczym właścicielu.

Choć akcja powieści rozgrywa się w kraju, który produkuje trzysta gatunków sera, to jednak "Francja" jest z pewnością za dużym słowem. Śmiem przypuszczać, że autorka, tworząc scenerię dla wydarzeń mających miejsce w powieści, nie poświęciła tej czynności zbyt wiele czasu. Na dobrą sprawę świat zewnętrzny został ograniczony do dwóch, trzech posiadłości, kilku lasów i jednej ulicy. Czy to źle? Z mojego punktu widzenia – owszem. Chciałem zachłysnąć się Francją, poczuć jej aromat, a otrzymałem widowisko, gdzie za scenę mógł równie dobrze robić Meksyk czy Hiszpania. Kraj znad Sekwany dostrzegałem jedynie w nazwiskach oraz wspominanym mimochodem królu Ludwiku XV. Wydawca obiecuje podróż po "znakomicie odmalowanej stolicy Francji połowy XVIII wieku". Niestety, wszystko kończy się na tych wielkich słowach. Pisarka nie oddaje atmosfery Paryża. Bale, przyjęcia, wystawne spotkania stanowiły niewątpliwie bardzo ważny element życia ówczesnych sfer wyższych, ale nie tylko paryskich. Autorka także w trakcie obrazowania owych zabaw ograniczyła się do minimum. Prezentacja strojów, stosunków społecznych, etykiety czy wagi honoru w kontaktach międzyludzkich z pewnością pozostawiają wiele do życzenia; zwłaszcza dla kogoś, kto zakładał wędrówkę po tajemniczym Paryżu hrabiego Saint-Germain.

Nazwisko głównego bohatera to niewątpliwie bardzo silny magnes marketingowy. Nie trzeba być historykiem, żeby wiedzieć, że Chelsea Quinn Yarbro powołując do życia swego wampira inspirowała się prawdziwym hrabim de Saint-Germain, którego osoba nadal pobudza wyobraźnię twórców (Umberto Eco, Zbigniew Nienacki, Neil Gaiman) na całym świecie. Nazywany "Cudownym Człowiekiem", szlachcic, dworzanin, wynalazca, wirtuoz, malarz, poeta, okultysta, alchemik – i tak bez końca. Do dnia dzisiejszego wielu ludzi uważa się za jego potomków bądź za niego samego; chociażby jeden z kochanków Dalidy. Osobiście porównałbym go do hrabiego Monte Christo. Można dostrzec pomiędzy nimi pewne podobieństwa, wziąwszy pod uwagę czy to styl bycia czy siłę charakteru. Wydaje mi się, że autorka tworząc swojego hrabiego Saint-Germain wzorowała się właśnie na bohaterze Aleksandra Dumasa. Otaczająca postać atmosfera tajemniczości jeszcze bardziej potęguje owe odczucia.

Kreację wspomnianego bohatera nazwałbym najmocniejszym punktem Hotelu Transylvania. Powieść będąca historią miłości wystawioną na liczne niebezpieczeństwa nie tryska oryginalnością. Co gorsze, autorka zamiast przybliżyć odbiorcy obraz związków damsko-męskich w Paryżu połowy XVIII wieku, bez przerwy stara się utrzymać wszechogarniającą aurę erotyzmu. Na usilnego można przypiąć książce etykietkę z napisem "romans".

Chelsea Quinn Yarbro kolejną Anną Rice? Nie jestem do końca przekonany. Doprawdy, nie wiem dlaczego Hotel Transylvania otrzymał tak wiele pochlebnych opinii. A już zupełnie zachodzę w głowę, z jakiego powodu wydawca nazywa powieść horrorem. Hrabia Saint-Germain w wykonaniu amerykańskiej autorki równie dobrze mógłby być kosmitą i nikt nie zauważyłby różnicy. Jeżeli ktoś ma ochotę pomęczyć się przed zaśnięciem to gorąco polecam.