18 marca 2010

"Sekret Genezis" Tom Knox

„Błyskotliwy thriller z rytualnymi morderstwami i tajemnicami historii w tle”. Tymi słowami kusi wydawca potencjalnego odbiorcę książki Toma Knoxa „Sekret Genezis” - i muszę powiedzieć, że w moim przypadku zdały one marketingowy egzamin. Obrzędowe zbrodnie, grzebanie w przeszłości, archeologiczna zagadka? To jest to, co pasjonaci historii cenią najbardziej, a zwłaszcza ci lubujący się w klimatach kryminalno-sensacyjnych.

Na pierwszym bądź drugim roku studiów pożyczyłem od przyszłej żony „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Do dnia dzisiejszego powieść ta jest jedną z najszybciej przeczytanych przeze mnie książek. Wszystko za sprawą dynamicznej akcji, sympatycznych bohaterów, zagadki czekającej na odkrycie a także dość kontrowersyjnym spostrzeżeniom na temat początków chrześcijaństwa. Owa mieszanka była na tyle wybuchowa, że w świecie literackim bardzo długo wrzało od rewelacji opisanych przez autora. Do czego zmierzam? Prawdę powiedziawszy spodziewałem się czegoś podobnego po książce Toma Knoxa. Nie ataku hordy religijnych fanatyków, ale jakiegoś chociażby wrzenia wywołanego archeologicznymi spekulacjami. Może jeszcze się doczekam. W końcu autor sam pisze: „Sekret Genezis” jest fikcją literacką. Jednak większość pojawiających się tu religijnych, historycznych i archeologicznych informacji opiera się na faktach i jest zgodna z prawdą.

Powieść trzyma w napięciu do samego końca. Przeczytawszy zaledwie kilkanaście stron zostajemy rzuceni na pożarcie brutalnemu mordercy, a także tajemnicy piasków południowo-wschodniej Turcji. Początkowo możemy odnieść wrażenie, że oto mamy do czynienia z przeciętną literaturą przygodową z pseudo historycznymi wstawkami. Francusko-niemieckie wykopaliska, cenne znalezisko, zachłanny przestępca i nowe wcielenie Indy’ego. Nic bardziej mylnego. Z rozdziału na rozdział powieść przybiera coraz wyraźniej barwy thrilleru, horroru z krwi i kości, którego autor nie boi się szokować opisami makabrycznych zbrodni. Morderstw dokonywanych przez psychopatę ogarniętego manią naśladowania okrucieństw Inków, Azteków, Wikingów i wszystkich pozostałych dawnych społeczeństw rozsmakowanych w zadawaniu wyrafinowanego cierpienia.

Miejsce akcji powieści nie jest oderwane od rzeczywistości. Z łatwością możemy odnaleźć się w angielskich, francuskich czy też tureckich realiach. Niemniej świat zewnętrzny nie żyje swoim życiem. Podporządkowany jest głównemu wątkowi „Sekretu Genezis”. Kwestie polityczne i gospodarcze zostały potraktowane marginalnie, a Tom Knox trochę więcej miejsca poświęca jedynie społeczeństwom czy też antagonizmom panującym pomiędzy wybranymi narodami.

Jeżeli miałbym wskazać słabe punkty powieści, to powiedziałbym, że są nimi bohaterowie, a w szczególności postać Roberta Luttrella. Nie przypadła mi ona do gustu nie dlatego, że momentami przypomina kiepskie połączenie Indiany Jonesa i H. Poirota. Osobiście uważam, że jest mdła. Jak na zagranicznego korespondenta, który wykazuje ponadprzeciętne zamiłowanie do bycia w centrum wydarzeń, zdecydowanie za dużo w nim taniej ckliwości i rozmyślań nad ciepłem domowych pieleszy. Jakby tego było mało, czytelnik przynajmniej ze dwadzieścia razy jest informowany o tym, jak Rob Luttrella kocha córkę, jak za nią tęskni, pragnie ją głaskać i rozpieszczać. Rozumiem, że postać może mieć wewnętrzne dylematy, ale co za dużo, to niezdrowo.

Podsumowując, powieść „Sekret Genezis” to bardzo dobry thriller. Jak każda powieść miewa wzloty i upadki, ale ogólne wrażenie pozostawia bardzo dobre. Jeżeli w przyszłości natknę się na kolejną książkę Toma Knoxa, na pewno nie przejdę obok niej obojętnie.


16 marca 2010

"Pięć tygodni w balonie" Juliusz Verne


Twórczość Juliusza Verne’a była prawdopodobnie omawiana setki razy. Spoglądano na nią z każdej możliwej perspektywy, analizowano w odniesieniu do wielu trendów współczesnej literatury. W związku z tym ciśnie się na usta pytanie: co jeszcze można powiedzieć o jednym z ojców fantastyki naukowej? Śmiem przypuszczać, że Juliusza Verne’a zna większość odbiorców fantastyki. A jeżeli ktoś nie miał styczności z jego powieściami to na pewno słyszał o kapitanie Nemo, Phileasie Foggu, bądź wyprawie do wnętrza Ziemi, która swoją drogą całkiem niedawno została po raz kolejny zekranizowana. Ten wspomniany francuski pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął przede wszystkim książkami o tematyce podróżniczo-przygodowej, które w wielu przypadkach opatrzone były popularno-naukowymi przypisami. Będąc małym smykiem zaczytywałem się w historiach przez niego opisywanych, a i dzisiaj zdarza mi się po nie sięgać. Można by długo rozprawiać o fenomenie Juliusza Verne’a. Nie jest to jednak czas i miejsce na to. Jeżeli jednak ktoś zadałby mi pytanie: “co sprawia, że książki francuskiego pisarza tak dobrze się czyta?”, odpowiedziałbym bez wahania: wartka akcja, sympatyczni bohaterowie, interesujące scenerie wydarzeń.

14 marca 2010

"Struktura" Michał Protasiuk

Podejmując pracę w banku nie spodziewałem się wielkich zmian w moim życiu. Ot, kolejny przystanek na drodze zawodowej, prawdopodobnie jeden z wielu. Inaczej patrzyła na ową „finansową nobilitację” rodzina, święcie przekonana, że od tej pory będę chodził w markowych ciuchach, jadał w drogich restauracjach, bujał się wypasionymi brykami. Dość szybko wyprowadziłem ich z błędu. Praca w wielkiej korporacji nie jest usłana różami.

Mniej więcej takie przesłanie bije ze „Struktury”, której autor zabiera czytelnika w podróż po tajemnicach InnCorpu, warszawskiej firmy, będącej żywym przykładem realności hasła „od pucybuta do milionera”. W trakcie pierwszego spaceru jej korytarzami dochodzimy do wniosku, że oto mamy do czynienia z kolejną korporacją, nie wyróżniającą się niczym niezwykłym z setki innych przedsiębiorstw. Opaleni, zawsze uśmiechnięci kierownicy w świetnie skrojonych garniturach, długonogie sekretarki w czerwonych szpilkach, pracownicy za wszelką cenę chcący udowodnić swoją wartość oraz wszędobylski zapach propagandowej „szczęśliwej rodziny”. To wszystko polane bezustanną walką o jak najlepsze wyniki, terminy i masę innych czynników wpływających na wielkość portfela członków zarządu.

„Korporacyjne było tu wszystko: przestronny westybul i podświetlana fontanna w jego środku. Uśmiech recepcjonistki, szczegółowo regulowany wewnętrzną procedurą, i dotykowy monitor, na którym długie paznokcie wybrały nazwisko Pawła Masłowskiego. Miękka kanapa i duży wybór biznesowych dzienników rozsypanych w symetryczny wachlarz na szklanym stoliku”

Pierwsze wrażenie nie daje jednak pełnego obrazu InnCorpu. Rzeczywisty wizerunek firmy odkrywamy stopniowo, wespół z bohaterami powieści, którzy o niczym innym nie marzą jak tylko poznać prawdę.
Patrząc na postaci stworzone przez Michała Protasiuka nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto mam przed sobą dwójkę detektywów ze słynnego archiwum. Z jeden strony Maciej Stąpor, twardo stąpający po ziemi spec od przetwarzania danych, a z drugiej Natasza, piękność zafascynowana urban legends oraz radiowymi szumami. We dwójkę starają się zerwać zasłonę tajemnicy, odsłonić prawdziwe oblicze wszechwładnej korporacji. Oczywiście bardzo upraszczam. Zarówno Maciej jak i Natasza żyją własnym życiem, bez oglądania się na Foxa czy Scully. Czym jest „Struktura”? Na to pytanie będą chcieli znaleźć odpowiedź.

W „Strukturze” wyróżniłbym dwa główne, przenikające się wątki.
Pierwszy, nazwijmy go „przyziemnym”, dotyczy korporacyjności i wszystkiego co z tym hasłem ma związek. Działania HRu, techniki negocjacyjne, podejście przełożonych do podwładnych, system kija i marchewki, mit awansu - to wszystko czeka na pragnących zagłębić się w świat wielkich szczęśliwych rodzin biznesu. Oprócz tego autor umożliwia nie tylko poznanie mechanizmu kierującego wielkimi firmami, ale także podgląd życia ich pracowników. Drugi wątek stanowią próby poznania prawdy przez głównych bohaterów powieści. Jak wspomniałem, oba tematy zachodzą na siebie, wzajemnie się uzupełniają. Jeden odpowiada za nastrojowość powieści i jej spiskowy klimat, a drugi za jej tempo oraz dynamikę wydarzeń.

Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie niedalekiej przyszłości. Ze zrozumiałych względów nie jest to miasto zza naszego okna. Świat poszedł naprzód: pojawiły się w pełni skomputeryzowane samochody, wszystkowiedzący „asystenci”, kosmici i drapacze chmur rodem co najmniej z Chicago. Stolica Polski zwiększyła swoje znaczenie na arenie międzynarodowej. Pracownicy wojska i służb wywiadowczych zaczęli upodabniać się do prawdziwie męskich kowbojów z Ameryki. Political fiction? Sądzę, że to za duże słowo, niemniej jednak gdyby troszeczkę bardziej rozbudować wątek polityczno-gospodarczy, to czemu by nie?

Podsumowując, „Struktura” to książka na dobrym poziomie. Michał Protasiuk po raz kolejny udowadnia, że zna się na pisaniu. Wiarygodne kreacje bohaterów, dynamiczna akcja oraz przystępny język wypowiedzi złożyły się na powieść intrygującą, trzymającą w napięciu od początku do końca. Jacek Dukaj o książce napisał: „W Polsce podobna SF dla myślących stanowi wielką rzadkość”. Zgadzam się z nim w pełnej rozciągłości.