16 czerwca 2010

"Narzędzia piekła" Imogen Robertson

Dobra książka to taka, po którą sięgasz wielokrotnie. Do której wracasz pomimo upływu lat i za każdym razem bawisz się wyśmienicie. Świat prezentowany przez autora nadal cię urzeka, bohaterowie pociągają, akcja wciąga. Taką książką dla mnie są „Wichrowe wzgórza”, a równać się z nią może jedynie jej filmowa adaptacja i Ralph Fiennes w roli Heathcliffa. Kiedy usłyszałem, że „Narzędzia piekła” to rewelacyjny debiut z tajemnicą rodem z powieści Emily Jane Brontë musiałem je przeczytać.

Akcja powieści rozgrywa się w Anglii pod koniec XVIII wieku. Sprawiedliwie trzeba przyznać, że autorka bardzo profesjonalnie podeszła do zagadnienia i nie popadając w przesadę umiejętnie zaprezentowała klimat tamtych czasów. Czytelnik, patrząc na świat oczyma bohaterów, przede wszystkim nie będzie czuł się wyobcowany, zawieszony w próżni. Atmosfera charakterystyczna dla tamtejszych salonów, londyńskich kawiarni czy wytwornych wiejskich posiadłości nie tylko urzeka, ale i sprawia, że rzeczywistość staje się bliższa odbiorcy. Niemalże na wyciągnięcie ręki.

Bohaterami historii opowiedzianej przez Imogen Robertson są Harriet Westerman oraz Gabriel Crowther. Ona wpływowa i dość niesforna właścicielka ziemska, on – ekscentryczny uczony-patolog. Razem tworzą intrygujący duet. Są osiemnastowiecznymi detektywami, których odmienne podejście do życia okazuje się nad wyraz pomocne podczas rozwiązywania tajemnicy sprzed lat. Trzeba jednak zauważyć, że o ile autorce udało się w przekonujący sposób opisać Anglię XVIII wieku, o tyle kreacja postaci nastarczyła już pewnych kłopotów. Trudno nie wyczuć marionetkowości postaci, sztuczności dialogów, czy podobieństw głównych bohaterów do innych literackich detektywów. W gruncie rzeczy to te same postacie z kryminałów, które wałęsają się po współczesnych miastach. Z drugiej strony ktoś mógłby zapytać: czego się spodziewaliście? „Narzędzia piekła” to thriller historyczny z zagadką w tle. Kryminał osadzony w realiach osiemnastowiecznych, ale ciągle kryminał. Z wyrazistymi bohaterami, jednoznacznie postawionymi po jasnej bądź ciemnej stronie.

„Narzędzia piekła” choć tak dobrze ocenione przez brytyjskich krytyków nie wywołały u mnie głębszych doznań. Na szczęście poświęcając czas Imogen Robertson nie oczekiwałem niezapomnianych przeżyć, ale miłej i przyjemnej lektury na kilka godzin. I nie zawiodłem się. Historia wciąga, sprawia, że z sympatycznym bohaterom ciężko powiedzieć „do widzenia, do jutra”. Jak już jednak wspomniałem powieść zawdzięcza powodzenie nie kreacji postaci, ale tajemniczej historii osadzonej w intrygującej rzeczywistości. Wielowarstwowa intryga, nastrój rodem z „Wichrowych wzgórz”, sensacyjny thriller, to są główne przyczyny sukcesu powieści. I dla nich warto poświęcić wolne chwile. Kubek gorącego kakao, wygodny fotel, płomienie świecy tańczące na ścianach. „Narzędzia piekła” to odpowiednia książka na dzisiejszą pogodę za oknem.

Podsumowując, Imogen Robertson jako debiutantka zaprezentowała się godnie. Scharakteryzowała Anglię XVIII wieku niezwykle sugestywnie. Jej opisy nie mają posmaku encyklopedycznych notek, lecz tchną prawdziwym życiem. Umiejętne odzwierciedlenie atmosfery otaczającej bohaterów to niezwykle ważny element powieści, zwłaszcza jeżeli mamy do czynienia z fabułą osadzoną w tak nastrojowych realiach. Na utykających miejscami bohaterów nie zwracałabym większej uwagi. Wartka akcja zrekompensuje wszelkie, drobne potknięcia autorki.


01 czerwca 2010

"Uciekinier" Stephen King

Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego dnia spotkali godnego siebie przeciwnika. Scenariusz przypadł mi do gustu i to nie tylko dlatego, że już wtedy szalałem na punkcie Rambo. Motyw samotnego rycerza wymierzającego sprawiedliwość zawsze mnie fascynował. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok historii Richarda Stuarta.

„Uciekinier” to kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Tym razem autor zabiera czytelnika w podróż do przyszłości, do Stanów Zjednoczonych funkcjonujących pod wodzą potężnej Korporacji Gier. Choć na pierwszy rzut oka świat zaprezentowany w powieści może uchodzić za odmienny od naszego, jest to odczucie mylące. Pewne cechy charakterystyczne dla XX wieku są w nim nadal aktualne. Kapitalizm, slumsy, pogarszająca się kondycja środowiska naturalnego, wyzysk niższych warstw społecznych. Novum przyszłości polega natomiast na całkowitym podporządkowaniu życia gospodarczego i politycznego kraju chciwej korporacji. Z góry jednak zaznaczam, że Stephen King skupia się tylko i wyłącznie na przedstawieniu swojej ojczyzny. To co znajduje się poza nią owiane jest tajemnicą i tylko między wersami można przeczytać, że Francja nadal istnieje. Czy także jest ogarnięta szałem na punkcie teleturniejów? Trudno powiedzieć. Książka jednak nie traci przez to na atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Czytelnik całą uwagę poświęca alegorycznej wizji Stanów Zjednoczonych.

Głównym bohaterem powieści jest Richard Stuart. Trzydziestokilkuletni ojciec rodziny, który chcąc uratować bliskich od powolnej, bolesnej śmierci godzi się wziąć udział w programie telewizyjnym „Uciekinier”. Zasady owego show są proste: przez 30 dni jesteś obiektem polowania. Jeżeli przeżyjesz, zgarniasz górę pieniędzy, jeżeli nie, pakują cię do czarnego worka. Emocje zapewnione.

Stephen King w powieści „Uciekinier” maluje świat całkowicie wyzbyty z zasad moralnych. Panującą w nim atmosferę można opisać jednym zdaniem: człowiek człowiekowi wilkiem. A wszystko przez potężną Korporację Gier, która nie poprzestaje na zdobyciu pełnej władzy polityczno-gospodarczej ale pragnie przejąć kontrolę nad wszystkimi sferami społeczeństwa. Mieć realny wpływ nie tylko na tak banalne sprawy jak awanse, ale także decydować o życiu osobistym obywateli. Dosłownie: uzależnić społeczeństwo od siebie w stopniu maksymalnym. W jaki sposób? Kierując uwagę społeczeństwa na tematy drugorzędne poprzez organizowanie brutalnych widowisk. W tym właśnie celu Stephen King rozdmuchuje do monstrualnych rozmiarów zafascynowanie Amerykanów wszelkiego rodzaju teleturniejami, grami, można by jeszcze długo wymieniać. Daje jasno do zrozumienia, że świat z Uciekiniera nie jest w gruncie rzeczy tak bardzo oddalony od znanej odbiorcy rzeczywistości. Już dziś można oglądać programy, których bohaterowie dla sławy i pieniędzy są w stanie poświęcić stosunki z rodziną, zerwać przyjaźnie, czy nawet prowokować do zamieszek. Czyż walka na ekranie, publiczne obrzucanie błotem nie sprawia, że przed telewizorem zasiadają tłumy widzów? A gdy jeszcze poleje się krew? Idealna zabawa. Kilkadziesiąt lat i będziemy świadkami powrotu do walk gladiatorów. Oczywiście będą one rozgrywane w nowych realiach. Miecze to przeżytek, w ruch pójdą prawdziwe zabawki. Jakie? O tym można się przekonać czytając „Uciekiniera”.

Muszę jednak uprzedzić, że historia Richarda Stuarta nie jest najbardziej wciągającą powieścią pod słońcem. Powiedziałbym, że pod tym względem brakuje dla niej miejsca nawet w drugiej lidze. Choć w gruncie rzeczy fabuła „Uciekiniera” opiera się na motywie pościgu, to nie ma on wydźwięku sensacyjnego. Stephen King dużo miejsca poświęca rozważaniom na temat samej natury teleturniejów i ich wpływu na społeczeństwo. Dlatego, jeżeli ktoś oczekiwał powieści sensacyjnej, może się rozczarować.

Czytelnik sięgając po „Uciekiniera” powinien przede wszystkim być przygotowanym na powieść o społeczeństwie zniewolonym, agresywnym, odreagowującym podczas oglądania brutalnych widowisk. Na powieść o zwierzynie, która okazuje się sprytniejsza od myśliwego. Opowieść o świecie, w którym aby przetrwać, nie wystarczy jedynie nie wychylać się, trzeba także aktywnie uczestniczyć w grze.