22 lipca 2010

"Imperium aniołów" Bernard Werber

Zderzenie z prozą Bernarda Werbera skutkuje niemalże natychmiastowym opuszczeniem czytelniczej ścieżki powszechności i podróżą po coraz to ciekawszych rejonach naszej wyobraźni. Imperium aniołów stanowi żywy dowód na to, że dobra literatura fantastyczna nie zawsze musi zahaczać o struktury powieści stricte przygodowej czy przygodowo-kryminalnej, by odnieść sukces.

Zacznijmy jednak do początku. Sięgając po kolejną odsłonę wędrówki Bernarda Werbera po zaświatach czułem lekki niepokój. Mając w pamięci wpadkę autora przy historii o tanatonautach wyczekiwałem momentu, w którym niewłaściwie umiejscowiony punkt kulminacyjny ponownie odbierze mi przyjemność czytania, a cała misternie tkana fabuła runie jak domek z kart. O taki finał było bardzo łatwo. Zarówno wydawca, jak i sam pisarz, już na wstępie informowali odbiorców, że będzie to kolejna odsłona zaświatów. Czy moje obawy potwierdziły się? Tak. Po lekturze Imperium... doszedłem do następującego wniosku: Bernard Werber lubi popełniać błędy. Najgorsze jest jednak to, że nie są to drobne potknięcia. W Tanatonautach zgrzeszył ujawniając sedno książki w jej połowie. Z kolei Imperium aniołów choć promowane jako kolejna odyseja po zaświatach nie spełnia podstawowych założeń. Odniosłem wręcz wrażenie, że głównym motywem powieści nie są dążenia niebiańskich duszyczek do zrobienia kolejnego kroku ku nieznanemu, ale perypetie młodych ludzi z różnych klas społecznych. Między wątkami można dopatrzeć się zależności, obopólnego oddziaływania, ale według mnie nić ta jest zbyt cienka. Czytelnik mający po raz pierwszy kontakt z twórczością Bernarda Werbera może poczuć się wręcz oszukany. Ktoś kto ma ochotę na powieść obyczajową sięga po powieść obyczajową, nie science fiction z domieszką mistycyzmu. Kończąc myśl, Imperium aniołów jako odyseja po zaświatach zawodzi. Owszem, francuski pisarz zabiera nas w podróż po świecie aniołów, ale nie robi tego w sposób przekonujący.

Idźmy dalej. Bernard Werber nie byłby sobą, gdyby fabuła powieści oscylowała tylko i wyłącznie wokół jednej płaszczyzny. Podobnie zatem jak w pierwszej części cyklu mamy do czynienia ze światem materialnym oraz światem dusz. Michael Pinson i jego przyjaciele są bohaterami pierwszoplanowymi, ale mamy również okazję śledzić losy ich podopiecznych, czyli ludzi. "Zadziwiający obraz ludzkiego życia widziany oczyma młodego anioła!". W tym jednym zdaniu zawiera się cała prawda o bohaterach powieści. Z miejsca można ich bowiem podzielić na dwie grupy: pozaziemską i ziemską. Po przebrnięciu przez kilkanaście stron Imperium aniołów i zrobieniu jeszcze jednego kroku można przypiąć im łatki "obserwujący" i "obserwowani". I to by było na tyle jeżeli chodzi o coś więcej na ich temat. Czytelnicy znający prozę Bernarda Werbera nie będą zaskoczeni. Przyzwyczaił on bowiem adresatów swoich powieści do powierzchownego opisywania nie tylko świata, w którym funkcjonują postaci, ale także samych bohaterów. Zarówno aniołowie – te zaszczytne role przypadają byłym tanatonautom, między innymi Michaelowi Pinsonowi i Raoulowi Razorbakowi – jak i zwykli ludzie zostali sprowadzeni do poziomu marionetek. Świat ludzki, zaświaty, aniołowi i ich podopieczni to przekaźniki umożliwiające przekazanie czytelnikowi odautorskiego spojrzenia na kwestie związane z istotą życia doczesnego i wiecznego.

Co jeszcze może razić czytelnika? Przede wszystkim brak należytego zobrazowania prezentowanych miejsc wydarzeń. Jako fan wątków typowo obyczajowych odczuwałem lekki dyskomfort musząc poruszać się w próżni scenograficznej. Wierzę, że takie a nie inne podejście pisarza wynikało z chęci większego uduchowienia powieści. Być może autor wyszedł z założenia, że jeżeli Imperium aniołów ma prezentować zaświaty, wplątywać w nie elementy nauki, filozofii i intuicji, to nie można splamić fabuły tak przyziemnymi elementami jak typowo rzemieślnicza charakterystyka miejsca wydarzeń. Podejście według mnie dziwne, zwłaszcza gdy dwie trzecie książki to opis życia ludzkiego.

Oceniając Imperium aniołów przez pryzmat Tanatonautów muszę jednak powiedzieć, że druga część cyklu o zaświatach prezentuje się zdecydowanie okazalej. Autor nie nudzi, akcja jest szybsza, atmosfera pełna napięcia towarzyszy nam do ostatniej strony. Przymknijmy oko na tekturowość miejsca wydarzeń oraz marionetkowość bohaterów, skupmy się na snutych przez autora rozważaniach na temat Raju, aniołów i postawionych przed nimi zadań, a otrzymamy porządną dawkę dobrej literatury. Oczywiście potknięcia autora, o których wcześniej wspominam, rażą. W jakim stopniu? Wszystko zależy do indywidualnych preferencji czytelnika. Jeżeli o mnie chodzi, nie zawiodłem się. Chciałem kontynuować wędrówkę po zaświatach i w pewnym stopniu udało mi się. Miała ona jednak inny wymiar. W Tanatonautach mieliśmy do czynienia z suchym przedstawieniem faktem. Imperium aniołów to podróż mistyczna, filozoficzne ukazanie całego przedsięwzięcia.

Podsumowując, Imperium aniołów jest książką wartą uwagi. Czy można sięgnąć po nią nie zapoznawszy się wcześniej z historią tanatonautów? Nie. Jeżeli ktoś nie znał Michaela Pinsona za jego życia, nie powinien poznawać go jako anioła. Zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w najbardziej fascynującej odysei w historii ludzkości, ale od początku, nie od środka.


06 lipca 2010

"Sklepik z marzeniami' Stephen King

„Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga na pierwszy rzut oka może odpychać. Przez dłuższy czas nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, omijałem szerokim łukiem, a wszystko za sprawą uprzedzeń. Choć głoszę wszem i wobec, że nie należy oceniać książki po okładce, to tym razem sam złamałem tę zasadę. Odstawiłem powieść na dalszy tor tylko dlatego, że przypominała kioskowe wydania romansów, a wydawca zachęcał do spotkania z demonem nawiedzającym przeciętne miasteczko z jeszcze bardziej przeciętnymi Amerykanami. Koniec końców przeczytałem wspomnianą powieść i muszę powiedzieć, że zostałem przyjemnie zaskoczony.

„Sklepik z marzeniami” to książka z jasnym i powszechnie znanym morałem: nic nie ma za darmo. Z kolei Castle Rock to typowe amerykańskie miasteczko, gdzie rządzi klasa średnia, a największym zmartwieniem polityków są sprzeczki z lokalnym szeryfem i jego zastępcami. Każdy zna każdego, wie do jakiego uczęszcza kościoła i co robił w miniony piątek. Krótko mówiąc, Castle Rock to inaczej spokój i porządek. Jeżeli ktoś ma komuś coś za złe, to mówi mu to prosto w twarz, od czasu do czasu macha pięścią przed oczyma, ewentualnie popycha na stolik, rozlewając kilka kufli z życiodajnym płynem. Ta sielanka zostaje jednak brutalnie przerwana wraz z przybyciem do miasteczka pana Lelanda Gaunta. Sympatycznego staruszka, któremu przyświeca tylko jeden cel: uszczęśliwiać innych. Kogo konkretnie? Odwołując się do słów Krzysztofa Sokołowskiego, w tak „banalnym miasteczku” nie może zabraknąć równie banalnych bohaterów. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że Stephen King nikogo w tym aspekcie nie zaskoczył i podejrzewam, że w przyszłości będzie podobnie. Po raz kolejny mamy do czynienia z wieloma postaciami. Każda z nich jest należycie scharakteryzowana, momentami nudna, czasami śmieszna, a niekiedy po prostu banalna. Oczywiście żadna nie zasługuje na miano postaci pierwszoplanowej. Od czasu do czasu autor wywyższa szeryfa Alana Pangborna, ale patrząc na powieść jako na całość, także i on nie posiada cech głównego bohatera.

Swego czasu miałem przyjemność czytać „Miasteczko Salem”. Wiem, że pewnym osobom owa książka może „nie leżeć”, niemniej u mnie wywołała gęsią skórkę. Było w niej wszystko, począwszy od odpowiedniego klimatu, poprzez prawdziwego wampira, a skończywszy na dobrze skrojonych postaciach. Dając szansę Sklepikowi z marzeniami wychodziłem z prostego założenia: skoro nawet najbanalniejszy motyw w rękach Stephena Kinga może zamienić się w złoto, to dlaczego mam nie zaryzykować? Wiedziałem, że historia demona nawiedzającego senne amerykańskie miasteczko może, ale nie musi, powtórzyć sukces opowieści o dzieciach nocy. Wystarczyło kilka nocy, aby się przekonać. Tak jak wspomniałem na początku, wynik był zadowalający.

Krzysztof Sokołowski w felietonie „Kto tu jest potworem, a kto doktorem?” Czyli: 1/3 Kinga zastanawia się nad skutecznością straszenia takimi banałami jak demon sprzedający marzenia. Czy w dzisiejszym świecie pił i pociągów pełnych mięsa zlęknie się ktoś staruszka czyhającego niczym Faust na dusze naiwnych? Pytanie to wymaga jak najbardziej indywidualnego podejścia do omawianej książki. Innymi słowy, trzeba zastanowić się, czego po niej oczekujemy. Załóżmy, że „Sklepik z marzeniami” trafia do maniaka horrorów, ale równocześnie osoby nie znającej prozy Stephena Kinga. Jakie może odnieść wrażenie po przebrnięciu przez początkowe rozdziały? „Przepraszam, ale to nie jest powieść grozy”. I taki odbiorca będzie miał pełną słuszność. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki pisarza z Maine, przy lekturze których czułem autentyczny strach. Sięgając po Sklepik z marzeniami musimy mieć świadomość, że oto bierzemy do ręki powieść obyczajową z elementami horroru, nic ponadto. Jak bardzo ważne jest właściwe podejście do książki, nikomu chyba nie muszę tłumaczyć. Dzięki niemu czytelnik ma szansę uniknąć niepotrzebnego rozczarowania.

Zatem, czy warto poświęcić czas historii mieszkańców Castle Rock? Z pewnością tak. Choć pobieżna ocena powieści może nie być przychylna, to jednak zapewniam wszystkich, że warto. Kilka dni temu Roman Ochocki napisał, że na dobrą książkę składa się między innymi bogate tło świata wykreowanego przez pisarza. W Sklepiku z marzeniami tła na pewno nie brakuje. Stephen King w charakterystycznym dla siebie stylu rozbudowuje rzeczywistość literacką do monstrualnych rozmiarów. Szczegółowo zaprezentowane postacie, drobiazgowe ukazanie relacji panujących pomiędzy nimi, czy malowniczo ukazany klimat miasteczka Castle Rock, to czynniki sprawiające, że od książki ciężko się oderwać. A jeżeli ktoś miałby ochotę na odrobinę strachu, to polecam dokładne przejrzenie się bohaterom historii. Banalni może i są, ale obsesje towarzyszące im w życiu już na takie nie wyglądają. Mało jest ludzi, którzy dla kilku złotych potrafią skatować staruszkę, albo dla zabawy powybijać szyby na przystankach autobusowych? Nie. Jest ich bardzo dużo. Żyją w banalnym Wrocławiu, banalnie spędzając czas. Swój sukces Stephen King nie zawdzięcza opowieściom o potworach wyskakujących z szafy, ale tekstom o nas samych. Krzysztof Sokołowski napisał: „Hulający po zamkniętym na cztery spusty wysokogórskim hotelu upiór nie jest straszny, straszne jest to, że jest w Jacku coś, co domaga się uwolnienia. Telekineza Carrie, pirokineza Charlie, groza wszelkich kolejnych wcieleń Randala Flagga nie straszą, naprawdę zaczynamy się bać tego, co nam odsłaniają w nas samych. Im bardziej jesteśmy banalni, tym większa jest prawdziwa groza tego, na co nas stać”*.

Nazwałbym „Sklepik z marzeniami” powieścią idealną, gdyby nie pewna prawidłowość. Stephen King ma skłonność do rozwlekania fabuł. Choć nadmiernie rozbudowane rzeczywistości mogą pociągać, weźmy chociażby prozę Tolkiena, o tyle prezentowanie ich w sposób usypiający może przysporzyć nawet świetnemu tekstowi tylko kłopotów. Wszystkim czytelnikom sięgającym po „Sklepik z marzeniami” przypominam: drzewo cierpliwości jest cierpkie, lecz owoce jego to miód i cukier.

Podsumowując, miasteczko Castle Rock w moim prywatnym rankingu ma spore szanse pobić wampirze Salem. Książka omijana szerokim łukiem, powieść z banalnym motywem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Stephen King po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z największych współczesnych pisarzy. Spełnienie wyobrażeń o dobrej książce? Może. Wiem jednak jedno: ceną za zrealizowane marzenia jest zaprzedanie duszy diabłu i tego się trzymajmy.


* K. Sokołowski "Kto tu jest potworem, a kto doktorem? Czyli 1/3 Kinga"; w: "Czas Fantastyki", Nr 1 (22) 2010; s.13.