04 sierpnia 2010

"Rogi" Joe Hill

Kilkanaście lat temu podczas szkolnej wycieczki do Zakopanego doświadczyłem pierwszego, prawdziwego kaca. Byli znajomi, znajome, procenty i impreza do białego rana. Pamiętam, że właśnie wtedy także po raz pierwszy usłyszałem Kurta Cobaina. Tak sobie myślę, że ten wyjazd w góry stanowi pewną granicę, jeżeli o chodzi moje podejście do wielu spraw. Koszule w kratę, glany, piwo i silna chęć posiadania gitary. „Człowieku, ależ się uchachaliśmy”*. Dlaczego o tym piszę? Zdjęcie Joe Hilla na tylnej okładce powieści „Rogi” przywołało wspomnienia. Nie mówiąc już o tym, że jego debiutancka książka nosi tytuł Heart-Shaped Box. Na szczęście wróciłem do domu w jednym kawałku i bez żadnych narośli na głowie.

Od 2007 roku uważnie śledzę dokonania Joe Hilla. Oczekiwania względem jego najnowszej powieści były duże. W dość krótkim czasie zdobył kilkanaście nagród, jego proza zyskuje coraz więcej zwolenników, a co najważniejsze jest synem Stephena Kinga. Takie rekomendacje – szczególnie ostatnia – zobowiązują. Właśnie za ich sprawą „Rogi” opuściły krąg premier przechodzących bez echa. Sporo osób czekało na tę powieść i nie ma w tym nic dziwnego. Każda kolejna książka Joe Hilla wzbudza emocje. Zarówno jego fanów, jak i fanów Stephena Kinga, ciekawi talent przyszłej – być może – gwiazdy literatury grozy.

Czy Joe Hill poszedł w ślady ojca? Trudno jednoznacznie ocenić na podstawie obecnego dorobku pisarza. Patrząc przez pryzmat „Rogów” jestem jednak dobrej myśli. „Carrie”, która w 1974 roku zawojowała świat była według mnie dużo gorsza. Miała klimat, ale postaci i sceneria wydarzeń pozostawiały wiele do życzenia. W „Rogach” ten problem nie występuje. Joe Hill szybko zrozumiał, że jego ojciec zawdzięcza sukces w większym stopniu stylowi – językowi charakterystycznemu dla powieści obyczajowych – niż historiom o wampirach. Ową prawdę trafnie podsumował Jerzy Szyłak pisząc: „Język, którym pisze on (S. King) swoje powieści jest żywy i potoczny, zaś w sposób, w jaki konstruowana jest relacja, sprzyja obcowaniu z tekstem ze względu na jego literackie walory, wobec których podjęty temat stanowi wartość drugorzędną”**. Ważna lekcja, bo dzięki niej nazwisko „Hill” nie będzie kojarzone z literacką tandetą. O inny obrót sprawy było bardzo łatwo. We współczesnym horrorze można wyróżnić co najmniej dwie główne ścieżki rozwoju. Jedną z nich jest bombardowanie odbiorców okropieństwami fizycznymi (szaleństwo zapoczątkowane przez Georga Romeo w 1968 roku), druga skupia się na przekształcaniu dawnych straszydeł (np. wampiry, wilkołaki) w romantyczne maskotki. Prawdopodobnie z tego powodu literatura grozy zaczyna być kojarzona z paranormal romance. Wracając do tematu. Joe Hill uniknął obu wspomnianych ścieżek. Na pierwszy rzut oka „Rogi” to banalna historia miłosna, z przeciętnymi bohaterami i jeszcze przeciętniejszym miasteczkiem w tle. Ot, kolejny zapychacz rynku. Nic bardziej mylnego. Nie jest to ckliwie romansidło.

Ignatiusa Perrisha – głównego bohatera – poznajemy, gdy jest bardzo mocno skacowany. Do tego stopnia, że ma zwidy. Spogląda w lustro i widzi na głowie rogi. Szybko okazuje się, że jest to największy kac w jego życiu, bo rogi w ogóle nie chcą zniknąć. Pomimo kilkunastokrotnego mrugania oczami narośle nadal tkwią na głowie. Na dodatek ich właściciel zaczyna słyszeć myśli ludzi, poznawać sekrety i wspomnienia. I tak właśnie zaczyna się rogowa historia. Czy Ignatius Perrish zaakceptował swoje nowe „ja”? Tak. Uświadomił sobie, że dzięki temu może odnaleźć mordercę swojej dziewczyny. W chwili, gdy ta prawda do niego dotarła, w książce zaczyna robić się piekielnie gorąco.

Mógłbym napisać, że „Rogi” to opowieść o facecie, który straciwszy miłość w wyniku brutalnego morderstwa sam postanawia wymierzyć sprawiedliwość. Jednak gdybym na tym poprzestał, prawdopodobnie tylko znikoma ilość czytelników sięgnęłaby po książkę. W końcu ile można czytać o tym samym? Joe Hill nie idzie na łatwiznę. Nie serwuje kolejnej historii o tragicznej miłości pomiędzy piękną dziewczyną i trochę brzydszym mężczyzną. Wspomniany motyw stanowi jedynie wprowadzenie do wątku poświęconego ludzkim duszom. Wiem jak banalnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Według mnie autor poprzez powieść "Rogi" przekonuje, że w każdym z nas siedzi diabeł. To, że człowiek jest zdolny do najróżniejszych okropieństw, jest prawdą powszechnie znaną. Stephen King sięgał po nią wielokrotnie w swojej twórczości (np. „Mali ludzie w żółtych płaszczach”, „Pod kopułą”, „Sklepik z marzeniami”, „Carrie”). Joe Hill idzie w jego ślady i robi to w wielkim stylu. „Rogi” dzięki wątkowi oscylującemu wokół tajemniczego morderstwa trzymają w napięciu. Rzetelne przedstawienie relacji międzyludzkich czy opisy małomiasteczkowego środowiska zaspokoją nawet najwybredniejszych fanów literatury obyczajowej. Miłośnicy horrorów także nie będą zawiedzeni. Piekielna atmosfera unosi się do ostatnich stron książki.

Podsumowując, z historią Ignatiusa Perrisha wypadałoby się zapoznać. Joe Hill po raz kolejny udowadnia, że posiada talent i z książki na książkę będzie stanowił coraz większą konkurencję dla swojego ojca.


* S. King Serca Atlantydów; w: Serca Atlantydów; Warszawa 2009; s.267
** J. Szyłak Oblicza horroru; w: Magia i miecz; Nr 5 (10) 1994: s.11