24 grudnia 2010

"Umierająca Ziemia. Oczy nadświata" Jack Vance

Jack Vance? Zupełnie obcy mi pisarz, który nie tak dawno odżył dzięki wydawnictwu Solaris. Podkreślę to jeszcze raz, głośno i wyraźnie: Wojciech Sedeńko i spółka odwalają kawał dobrej roboty. Gdyby nie inicjatywy podejmowane przez wspomniane wydawnictwo, młode pokolenie czytelników nie miałoby możliwości poznania cyklu „Umierająca Ziemia”. Z kolei na osoby zorientowane w temacie czekałyby problemy natury stricte technicznej, gdyż o egzemplarz pierwszego wydania zbioru opowiadań „Umierająca Ziemia” z 1960 roku bardzo trudno. Dlatego zanim przejdziemy dalej, warto zapytać: ilu jeszcze autorów wypadałoby przypomnieć? W dobie wydawania pisarzy będących „na topie” zapewne wielu. Mam tylko nadzieję, że ich liczba będzie systematycznie malała.

Pierwszy kontakt z cyklem „Umierająca Ziemia” zaowocował spostrzeżeniem, że oto mamy przed sobą nasz rodzimy świat, który poszedł naprzód. Jak wygląda taka Ziemia? Jest to planeta po przejściach: zniszczony glob zamieszkały przez zdegenerowane jednostki, którym prześwieca czerwone, powoli gasnące Słońce. Oczywiście to wielkie uproszczenie. Zdarzają się wyjątki, miejsca, gdzie życie upływa przy dźwiękach muzyki i w strugach wina. Jak już jednak powiedziałem, są to wyjątki. Prawda jest taka, że Ziemia wraz z rodzajem ludzkim powoli, ale stale i nieprzerwanie chyli się ku upadkowi.

Co kierowało autorem, kiedy kreował taki a nie inny świat? Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę czasy, w których Jack Vance tworzył pierwsze części cyklu. Są to lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte dwudziestego wieku, społeczny okres niepewności i strachu. Zimna wojna w pełni, przywódcy dwóch wielkich mocarstw ciągle knują, spiskują i szykują się do wielkiego rozstrzygnięcia. W „Umierającej Ziemi. Oczach Nadświata” nie będziemy świadkami konfliktu zbrojnego – który z uwagi na specyfikę świata przedstawionego należy traktować jako metaforę – i nie odnajdziemy przyczyn „umierania Ziemi”, ale napotkamy przesłanki sugerujące, że jest to nasza planeta. O czym mówię?

Omawiany świat to świat, w którym niejako nakładają się na siebie dwie rzeczywistości. Z jednej strony mamy do czynienia z magami, dzielnymi wojownikami i zamkami, a z drugiej z laboratoriami, gdzie próbuje się wyhodować ludzką istotę oraz ze starymi latającymi maszynami do złudzenia przypominającymi dzisiejsze samoloty. Taka budowa świata przedstawionego nie zmienia jednak niczego, jeżeli chodzi o powody „umierania Ziemi”, gdyż są one uniwersalne, występujące we wszystkich kulturach.

Poznając świat „Umierającej Ziemi”, nie sposób nie zadać sobie pytania o gatunek fantastyki, z jakim przyszło nam obcować. Wspomniałem, że w zbiorze dochodzi do przenikania dwóch światów. Czytelnik będzie miał do czynienia nie tylko z czarodziejskimi amuletami, potężnymi zaklęciami i chroniącymi przed nimi runami. Spotka także magów próbujących stworzyć ludzką istotę oraz muskularnych wojowników i piękne damy podróżujących drogą powietrzną. Na pierwszy rzut oka elementy charakterystyczne dla fantasy będą się mieszały z elementami typowymi dla science fiction, ale jest to błędne wyobrażenie. W „Umierającej Ziemi. Oczach Nadświata” pojawiają się przedmioty/maszyny odbiegające od standardowych wyobrażeń fantasy, ale nie pełnią one funkcji, jakie z definicji narzuca im fantastyka naukowa. Borys Strugacki powiedział: „Dlaczego działa czarodziejska różdżka? A cholera ją wie. Działa i tyle. Na tym polega bajka. A kiedy pojawia się czarodziejska różdżka, która kieruje strumieniem neuronów – wtedy zaczyna się fantastyka”. Myślę, że owe zdania najlepiej tłumaczą istotę rzeczy. „Umierająca Ziemia. Oczy nadświata” to ewidentnie zbiór opowiadań fantasy. Pseudosamoloty i nawiązania do inżynierii genetycznej pełnią wyłącznie rolę dodatków i nie są przez autora omawiane od strony naukowej. Pisarz wykorzystuje je do zobrazowania kontrastu; za ich pomocą udowadnia, że kiedyś istniała lepsza, pełna życia Ziemia.

Osoby zainteresowane omawianą książką muszą pamiętać o jeszcze jednej kwestii. Biorąc do ręki wspominany zbiór opowiadań będą obcować zarówno z krótszymi jak i dłuższymi historiami, które jednak nie stworzą jednej długiej opowieści, choć miejsce wydarzeń będzie wspólne, podobnie jak i niektórzy bohaterowie. Co za tym idzie? Czytelnicy przyzwyczajeni do rozwlekłych, budowanych skrupulatnie krain fantasy mogą poczuć się zawiedzeni, ponieważ istotną cechą tekstów z cyklu Umierająca Ziemia jest ich prosty i bezpośredni przekaz. Ktoś może powiedzieć, że są to cechy charakterystyczne dla opowiadań. Owszem, ale chodzi oto, że czytelnik, nawet połączywszy wszystkie informacje z poszczególnych historii, nie skonstruuje pełnego obrazu świata przedstawionego. Poznamy jego zarysy, ale nie poznamy w sposób szczegółowy mechanizmów rządzących chylącą się ku upadkowi planetą. Zamiast tego otrzymamy dynamiczną akcję z bohaterami przywodzącymi na myśl delikatniejszą wersję Conana oraz nieskomplikowane questy do wykonania.

Reasumując, „Umierająca Ziemia. Oczy nadświata” to znakomity przykład literatury przygodowej utrzymanej w konwencji starego dobrego fantasy Roberta Jordana, czy Davida Eddingsa. Sięgając po niego należy jednak pamiętać, że nie jest to powieść, a opowiadania, które, jak wiadomo, rządzą się swoimi prawami.


17 grudnia 2010

"To" Stephen King

Zacznijmy od tych wspaniałych dni, kiedy wszystko było proste, pozbawione posmaku dorosłości, zaczarowane, a wilk zawsze był zły. Od czasów, gdy strach miał tylko wielkie oczy. Pytanie, czy tylko oczy?
Podobno motyw dzieciństwa należy do grupy tematów najłatwiejszych, jeżeli chodzi o literacką rzeczywistość. Zali to prawda? Nie wiem, nie jestem specem od warsztatu pisarskiego. Niemniej hołduję następującej zasadzie: pisarz przed przystąpieniem do pracy powinien znać temat oraz umieć w prosty sposób o nim opowiedzieć. A czyż z owego zadania można się lepiej wywiązać, niż opierając przygotowania o własne wspomnienia? Doświadczenie jest tym czymś, co pozwala najgłębiej zbadać dany temat. Poznać od podszewki. Patrząc na To nie sposób nie odnieść wrażenia, że Stephen King do konfrontacji z duchami z dzieciństwa i wymagającymi czytelnikami przygotował się bardzo solidnie.

W Derry zalęgło się zło – bezimienne i przerażające

Stephen King ponownie przenosi nas do Derry*, z pozoru spokojnego miasteczka, gdzie każdy żyje własnym życiem. Dla osób niewtajemniczonych wyjaśnię, iż jest to typ miasta banalnego do granic możliwości: przeciętni mieszkańcy „robiący swoje” z jeszcze bardziej przeciętnymi sąsiadami. Innymi słowy: Derry to barwny obraz amerykańskiej prowincji.

W czerwcu 1958 roku członkowie Klubu Frajerów – jąkała Bill Denbrough, nieposkromiony gaduła Richard Tozier, samotnik Ben Hanscom, chorowity Eddie Kaspbark, Żyd Stan Uris, czarnoskóry Mike Hanlon oraz dorastająca w patologicznej rodzinie Bev Marsh – rzucają wyzwanie istocie, którą podejrzewają o morderstwa dzieci. Wyzwanie trudniejsze tym bardziej, że tajemniczego mordercę nie jest łatwo wytropić, gdyż każdy postrzega go na swój sposób**, natomiast dla dorosłych jest niewidoczny zupełnie. Oczywiście nasi bohaterowie podchodzą do zadania z zapałem typowym dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia. I oczywiście z konfrontacji wychodzą zwycięsko, tak przynajmniej im się wydaje do 1985 roku. Wtedy bowiem To ponownie wkracza w ich życie.

Stephen King uczynił z To doskonały przykład książki łączącej horror z literaturą obyczajową, gdzie niemalże na równi z wątkiem grozy postawił tematykę społeczną. Każdego z bohaterów poznajemy z dwóch stron: thrillerowej oraz społeczno-obyczajowej. Dlatego też w powieści oprócz scen mających wzbudzać przerażenie, odnajdziemy momenty poświęcone między innymi problematyce dorastania, przemianom wewnętrznym towarzyszącym dojrzewaniu oraz stereotypom obecnym w prowincjonalnym miasteczkach. Należy jednak pamiętać – zwracam się do osób sięgających pierwszy raz po książkę pisarza z Maine – że To jest nadal horrorem, ze wszystkimi tego stanu rzeczy konsekwencjami, plusami i minusami.


Wszystkiemu winna papierowa łódeczka

Miłośnicy rozbudowanych fabuł nie będą zawiedzeni. Pod tym względem To prezentuje się wręcz imponująco. Historia walki dzieci/dorosłych ze straszydłami z dzieciństwa została bowiem opowiedziana na ponad tysiącu stu stronach. Pisarz posługując się retrospekcją, dzieląc powieść zarówno na odrębne, jak i wspólne historie postaci, znalazł miejsce i czas na prezentację niemalże każdej cząsteczki świata przedstawionego. Jak drobnej cząsteczki? Spotykając głównych aktorów derry’owego spektaklu poznajemy każdy element ich życia, dzieje ich rodzin, przyjaciół, znajomych. Historię wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli styczność z bohaterami To. Czytając o Derry, nie wykręcimy się od spaceru po wszystkich jego ulicach, parkach, szkołach, bibliotekach, bagnach, dawnych murzyńskich klubach i innych miejscach, bez których moglibyśmy się odbyć.

Oczywiście znajdą się osoby nieprzepadające za zbyt szczegółowo rozbudowaną fabułą. Niezależnie jednak od indywidualnych upodobań, każdy przyzna: Stephen King przeszedł samego siebie. Nie od dziś wiadomo, że twórca Mrocznej Wieży bardzo ceni klasyczne motywy powieści grozy. Lubi je wykorzystywać, wzbogacać, modyfikować. To jest doskonałym tego przykładem. Straszydło z dzieciństwa, przed którym chowaliśmy się pod kołdrę, w rękach mistrza nabrało całkiem nowego, kosmicznego kształtu. Niemniej źródeł inspiracji mistrza horroru należy poszukiwać przede wszystkim w doświadczeniach z dzieciństwa. Czyż nie zdarzyło się wam przestraszyć skrzypiących drzwi? Czy wasza wyobraźnia nie wariowała po obejrzeniu Piątku Trzynastego? Śmiem twierdzić, że mając osiem, dziewięć lat drżeliście jak osika. Podobnie sądzi Stephen King i właśnie na owej wiedzy opiera akcję powieści.

W To każdy odnajdzie kawałek dzieciństwa. Fascynacja horrorami, pociąg do niebezpiecznych i zakazanych miejsc, wyścigi rowerów, puszczanie łódek z gazet, ucieczki przed młodocianymi przestępcami – to wszystko stanowi nieodłączną część procesu dorastania. Stephen King pisząc rozumiał rzecz doskonale i wyłuskał bardzo, bardzo dużo podobnych „smaczków”. Co więcej, dołożył także coś od siebie: „Nasze nowe mieszkanie na drugim piętrze mieściło się przy West Broad Street. Przecznicę dalej, nieopodal marketu Teddy’ego i naprzeciwko Materiałów Budowlanych Burretsa, rozciągała się rozległa dzika gęstwina. Po jednej stronie było wysypisko śmieci, środkiem biegły tory kolejowe. To jedno z tych miejsc, do których wciąż powracam w wyobraźni; raz po raz pojawia się w moich książkach i opowiadaniach pod różnymi nazwami. Dzieciaki w To nazywały je Barrens; my natomiast – dżunglą”***.

Podsumowując, Stephen King bazując na prawach rządzących dzieciństwem każdego człowieka, wykorzystując wspomnienia własne i innych oraz strasząc nie tylko potworami, stworzył niezwykle wciągającą historię. Czy przerażającą? Na to każdy musi odpowiedzieć sam.


* Derry jest także miejscem wydarzeń historii opowiedzianych w powieści Bezsenność i Łowca snów.
** Tajemnicze „To” przybiera najczęściej postać Pennywise’a, Tańczącego Klauna.
*** S. King Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika; Prószyński i S-ka; Warszawa 2008, s.26-27.



08 grudnia 2010

"Relacja z pierwszej ręki" Janusz A. Zajdel

Pisanie o ludziach zasłużonych dla szeroko rozumianej fantastyki nastręcza problemów. Czyż o wielkich tego gatunku nie powiedziano wszystkiego, co można było powiedzieć? W Polsce również nie brakuje pisarzy, których dokonania omawiano, modyfikowano i opisywano wielokrotnie. Wśród nich jest Janusz Zajdel, jeden z ojców science fiction oraz prekursor fantastyki socjologicznej, którego niniejszy zbiór tekstów postaram się zaprezentować. Dlaczego? Pozwólcie, że na to pytanie odpowie małżonka autora, Jadwiga Zajdel: „Bibliografia, którą sporządziłam, zawiera ponad osiemdziesiąt opowiadań. Od dawna niewznawiane, są warte przypomnienia – szczególnie młodszemu pokoleniu czytelników”.*

Odbiorcom fantastyki Janusz Zajdel kojarzy się głównie z Nagrodą Fandomu Polskiego, której od 1986 roku użycza swojego imienia i nazwiska, a która została mu rok wcześniej pośmiertnie przyznana za powieść „Paradyzja”. Dziś mało kto potrafi wymienić dorobek twórczy Zajdla, nie mówiąc o rzeczowym wypowiadaniu się odnośnie tematyki jego tekstów. „Relacja z pierwszej ręki” jest właśnie przeznaczona dla takiego odbiorcy. Osób mających dosyć kolorowo okładkowej literatury, osób chcących na nowo odkrywać klasyków polskiej fantastyki.

Żona pisarza dokonując wyboru trzydziestu trzech** utworów z pewnością nie kierowała się żadnym kryterium zagadnieniowym. Inaczej mówiąc, podstawową cechą „Relacji z pierwszej ręki” jest różnorodność tematyczna. Według mnie taka forma prezentacji twórczości Janusza Zajdla jest rozwiązaniem idealnym. Gwarantuje bowiem dotarcie do maksymalnie szerokiego grona odbiorców, a właśnie to wydaje się być głównym motywem wznowienia opowiadań wspomnianego pisarza. Na blisko pięciuset trzydziestu stronach zostały zebrane najlepsze teksty pisarza z poszczególnych okresów jego kariery pisarskiej. Każdy znajdzie coś dla siebie; zarówno czytelnicy chcący odnowić znajomość z Januszem Zajdlem, jak i osoby po raz pierwszy sięgające po jego teksty.

Pod względem tematycznym zbiór prezentuje się znakomicie. Nie brakuje opowieści wpisujących się w klasyczną science fiction (np. „Bunt”, „Blisko Słońca”, „Uranografia”, „Diabelski młyn”, „Jad Mantezji”, „Towarzysz podróży”, „Metoda doktora Quina”) oraz tekstów, których tematyka koncentruje się wokół problemów socjologiczno-politycznych (np. „Ekstrapolowany koniec świata”, „Skorpion”, „Wyższe racje”, „Chrzest bojowy”, „869113325″, „Dowód”). Oczywiście nie istnieje realna granica dzieląca wspominany zbiór na dwie, odrębne części. Nie istnieje, bo i sztuczne podziały nie były potrzebne. Należy pamiętać, że taki tematyczny miszmasz jeszcze wyraźniej uwypukla to, o czym Janusz Zajdel pisał wielokrotnie; mianowicie złożoność procesów społecznych i wzajemnie się ich przenikanie. Czyż śledząc myśli pisarza nie odnosimy wrażenia, że jest on dobrym duchem rodzaju ludzkiego? Nieustannie – łącząc pracę zawodową z działalnością pisarza – przestrzegał ludzkość przed naukowym zaślepieniem, czy też przed bezrozumną uległością wobec błędnych wartości. Opowiadając historie o podróżach międzygwiezdnych, relacjonując kontakty rodzaju ludzkiego z obcymi cywilizacjami oraz krytykując systemy totalitarne starał się wyjść naprzeciw aktualnym oczekiwaniom czytelników. Historia pokazała, że tematyka podejmowana przez Janusza Zajdla trafiła na bardzo podatny grunt. Jako wspomniany prekursor fantastyki socjologicznej stał się inspiracją dla szeregu początkujących wówczas pisarzy.

„Relacja z pierwszej ręki” jest zbiorem wartym uwagi, ale i momentami zbiorem wymagającym skupienia. O ile pewne teksty – mam tu na myśli utwory zawierające aluzje dotyczące ówczesnej sytuacji w Polsce – nie sprawiają kłopotu, o tyle występują i takie, w których pojawia się dość sporo technicznej terminologii. Nigdy nie byłem orłem z matematyki, nie mówiąc o fizyce, więc czytanie o zwarciach hiperprzestrzennych czy izolowanym obszarze antyczasu sprawiało niejakie problemy. Niemniej owe utrudnienia są do zniesienia i nie wpływają znacząco na odbiór książki.

Do sięgnięcia po „Relację z pierwszej ręki” zachęcałbym głównie przedstawicieli młodego pokolenia, osoby, które nie miały okazji zapoznać się z twórczością Janusza Zajdla. Ten zbiór jest skonstruowany jakby specjalnie dla was. Żona pisarza wybrała teksty najlepsze z najlepszych, które z pewnością zachęcą do bliższego poznania twórczością wspomnianego pisarza.


* J. A. Zajdel Relacja z pierwszej ręki, superNOWA, Warszawa 2010, s.5.
** Jadwiga Zajdel wybrała teksty z następujących zbiorów opowiadań: Jad Mantezji z 1965 r. (Studnia, Egipski kot, Jad Mantezji), Przejście przez lustro z 1975 r. (Bunt, Dyżur, Blisko Słońca, Diabelski młyn, Towarzysz podróży, Skorpion, Metoda doktora Quina, Sami), Iluzyt z 1976 r. (Dokąd jedzie ten tramwaj?, 869113325, Prognozja, Poczucie winy, Iluzyt, Ten piękny dzień, Wszystkowiedzący, Gra w zielone, Dowód), Ogon diabła z 1982 r. (Uranografia, Ogon diabła, Felicitas, Raport z piwnicy, Psy Agenora, …et in pulverem reverteris, Relacja z pierwszej ręki), List pożegnalny z 1989 r. (Chrzest bojowy, Satelita) oraz z teki pośmiertnej autora (Wyższe racje, Adaptacje, Wyjątkowo trudny teren, Ekstrapolowany koniec świata).


04 grudnia 2010

"Mroczna Wieża. Narodziny rewolwerowca" Stephen King

„Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim”. Każdy miłośnik pióra Stephena Kinga bez trudu rozpozna ów cytat. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że pochodzi on z sagi Mroczna Wieża, którą autor uważa za swoje opus magnum. W tym miejscu nie zamierzam jednak rozpisywać się nad epicką wersją przygód ostatniego rewolwerowca. Skupię się nad czymś, na co polskim fanom pisarza z Maine przyszło czekać trzy lata. 24 września 2010 roku nakładem wydawnictwa Albatros ukazał się komiks „Narodziny rewolwerowca”.

„Jest ikoną, legendą i najlepszym przyjacielem, chwalić Boga, i waszym najgorszym wrogiem.”*

Roland Deschain z rodu Elda, ostatni z wielkiego klanu rewolwerowców, człowiek podążający ścieżką przeznaczenia ku Mrocznej Wieży. Czym dokładnie jest ta wieża? W wielkim skrócie, ale naprawdę wielkim można powiedzieć, że jest to miejsce będące punktem przecinania wszystkich rzeczywistości. Miejscem, gdzie zarówno czas, jak i przestrzeń nie mają znaczenia. I tu pozwolę sobie na drobną dygresję. Warto dodać, że osoby nie zaznajomione ze wspomnianą sagą nie będą czuły się wyalienowane biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”. Komiks wypada zaliczyć do uniwersum Mrocznej Wieży, ale równie dobrze może uchodzić za odrębną powieść graficzną. To jest jego wielki plus. Fakt, że mogą po niego sięgnąć także ci, którzy nie znają pierwowzoru.

Wracając do tematu. Rolanda poznajemy w momencie, gdy rzuca wyzwanie swojemu nauczycielowi sztuk walki, Cortowi. Z pojedynku wychodzi zwycięsko i tym samym kończy wiek dziecięcy, stając się pełnoprawnym mężczyzną. Wątek ten nie jest jednak osią główną komiksu, lecz wstępem do historii o okolicznościach spotkania rewolwerowca z Susan Delgado, wielką miłością Rolanda. Poznaje ją, gdy wraz z dwoma przyjaciółmi, Cuthbertem Allgoodem i Alainem Johnsem, przybywa do Hambry. Miasteczka, którego mieszkańcy – jak podejrzewa Stephen Deschain, ojciec głównego bohatera – udzielają wsparcia buntownikowi i rewolucjoniście, Farsonowi. Oczywiście zadanie okazuje się trudniejsze, niż się początkowo wydawało. Młodzi rewolwerowcy muszą wykazać się nie tylko przebiegłością, ale i umiejętnością szybkiego ładowania broni. Wartka, dynamiczna akcja to niewątpliwie wielka zaleta komiksu.

„Człowiek w czarni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał za nim.”**

Roland Deschain ściga człowieka w czerni już od blisko 40 lat***. Jego przygody zostały uwiecznione w postaci siedmiotomowego cyklu powieści oraz na kartach komiksu. Od niedawna wiadomo także, że saga opisująca drogę wspomnianego rewolwerowca do Mrocznej Wieży zostanie przeniesiona na ekran. Studio Universal Pictures oraz telewizja NBC – producenci przedsięwzięcia – zapowiedzieli trzy części filmowe (pierwsza część planowana jest na 2012 rok) i serial telewizyjny. Jak widać zainteresowanie uniwersum Mrocznej Wieży pomimo upływu lat nie słabnie, a liczba fanów Rolanda wzrasta z roku na rok.

Nie brakuje ich także w Polsce. „Narodziny rewolwerowca” są właśnie ukłonem w ich stronę. Choć na graficzne przygody Rolanda musieli oni czekać trzy lata, śmiem twierdzić, że było warto. Albatros podszedł do zadania profesjonalnie, a trzeba zauważyć, że inwestycja w komiksy w Polsce to nadal przedsięwzięcie dość ryzykowne. Zwłaszcza, gdy wydawnictwo postanawia wydać powieść graficzną według iście zagranicznych standardów, co automatycznie znajduje odbicie w cenie. O czym mówię? Przede wszystkim o bardzo dobrym wykonaniu technicznym. Komiks wydany został z zachowaniem tej samej zawartości, co wersje amerykańskie, oryginalnego loga serii i na porządnym papierze. Dodatkowo oprócz historii właściwej znajdziemy w nim szkice głównych postaci, mapki miejsc, w których rozgrywa się akcja oraz projekty okładek wydań amerykańskich. Mówiąc krótko: polska edycja „Narodzin rewolwerowca” jest najwyższych lotów. Wydawnictwo Albatros zasłużyło na słowa uznania.

Oczywiście wielkie brawa należą się także – a może raczej „przede wszystkim”? – twórcom komiksu, czyli głównie scenarzyście Peterowi Davidowi, nadzorującemu fabułę Robinowi Furthowi oraz rysownikom: Jaeowi Lee i Richardowi Isanove. Na mnie osobiście ogromne wrażenie zrobiła kolorystyka. Nie jestem specem od grafiki, ale uważam, że największą zaletą komiksu jest umiejętne wymieszanie cieni z żywymi kolorami. Jeżeli dodamy do tego realizm postaci otrzymamy sceny idealnie oddające styl pisarski Stephena Kinga oraz atmosferę jego powieści. O czym mówię? O zamiłowaniu pisarza z Maine do szczegółów i ukazywania świata takim, jaki jest naprawdę. Uwierzcie mi, że biorąc do ręki „Narodziny rewolwerowca”, nie posądzicie twórców komiksu o zbyt liczne odstępstwa od epickiej wersji przygód Rolanda Deschaina oraz próbę zakamuflowania „brzydoty” świata, w którym rozgrywa się akcja.

***

Nie będę polecał niniejszego komiksu każdemu. W naszym kraju ta forma przekazu nadal jest traktowania jako coś gorszego, często niewartego uwagi ludzi poważnych. Niemniej wierzę, że osoby, które zdecydują się poświęcić cenny czas „Narodzinom rewolwerowca”, nie będą zawiedzione. Co więcej, po lekturze nie tylko pokiwają głowami i powiedzą „było dobre”, ale przekażą znajomym i przyjaciołom, że warto od czasu do czasu zapomnieć o czymś takim jak książka.


* P. David, R. Furth, J. Lee, R. Isanove Narodziny rewolwerowca; Albatros, Warszawa 2010; s.10.
** Tamże; s.9.
*** Stephen King zaczął pracę nad powieścią rozpoczynającą sagę Mroczna Wieża w 1970 roku.