31 grudnia 2011

"The Mangler" (1995) "The Mangler Reborn" (2005)



O maglownicy chłepczącej ludzką krew świat usłyszał w grudniu 1972 roku, a wszystko za sprawą magazynu Cavalier, który opublikował opowiadanie niejakiego Stephena Kinga. Nie mam bladego pojęcia, czy historia o nawiedzonej maszynie podbiła wówczas serca czytelników, ale faktem pozostaje, że redaktorzy Cavaliera po teksty początkującego pisarza sięgali jeszcze kilkakrotnie. Oficjalnie historię krwiożerczej maglownicy opublikowano w zbiorze Night Shift z 1978 roku. Wspomniany zbiór jest moim ulubionym w dorobku pisarza. Zawiera całe mnóstwo świetnych tekstów (Jerusalem's Lot, Graveyard Shift, The Boogeyman, Children of the Corn, The Ledge), po które machina filmowa sięgała wielokrotnie. W marcu 1995 roku na ekranach zagościła kinowa wersja opowiadania, która doczekała się kilku kontynuacji (The Mangler 2, The Mangler Reborn).

Za wspomnianą The Mangler zabrał się Tobe Hooper, reżyser znany z takich filmów, jak chociażby Poltergeist czy The Texas Chain Saw Massacre. Facet z prozą Kinga miał już wcześniej do czyniania (serial telewizyjny Salem's Lot) i ekranizując ją wyszedł z podniesionym czołem. Sięgając po historię detektywa Johna Huntona spodziewałem się, jeżeli nie większego, to na pewno podobnego sukcesu. Co dostałem? Klapę i kicz. Oba te słowa idealnie podsumowują to, czego byłem świadkiem. Oceniając film można skrytykować niemalże wszystko. Poczynając od marnego aktorstwa, a kończąc na efektach specjalnych, których „specjalność” przejawiała się poprzez totalną beznadzieję. Po produkcjach z lat dziewięćdziesiątych oczekuję czegoś więcej, niż prostej animacji rysunkowej. Filmu nie ratuje gra samego Roberta Englunda, pamiętnego Freddy'ego z filmu Wesa Cravena. Filmu nie ratuje kingowy motyw. Z klapy Tobe Hoopera zapamiętam obraz tytułowej maglownicy. Nie, nie demona ją zamieszkującego, ale samo urządzenie. Maszynę, która ludzi magluje i prasuje z równą łatwiścią, co pościel.

30 grudnia 2011

"The Haunted Palace" (1963)



The Shunned House Howarda Lovecrafta, The Haunting of Hill House Shirley Jackson, Hell House Richarda Mathesona. Przykłady najpopularniejszych opowieści o starych, nawiedzonych posiadłościach. Cechą charakterystyczną tych powieści była ponura narracja, poczucie wszechobecnej grozy, szaleństwo bohaterów, niekiedy ich śmierć. Zdarzało się jednak i tak, że owe zamczyska, pałace były jedynie miejscem mrocznych wydarzeń (The Castle of Otranto Horacego Walpole'a, The Rats in the Walls Howarda Lovecrafta). Tłem, na którym rozgrywały się historie nie mniej straszne od opowieści z duchami.

The Haunted Palace to moje drugie spotkanie z kinem Rogera Cormana. Ten amerykański reżyser, znamy między innymi z ekranizacji prozy Edgara Alana Poe (The Pit and the Pendulum, The Premature Burial, Tales of Terror, The Raven, The Masque of the Red Death, The Tomb of Ligeia), blisko dwa miesiące temu oczarował mnie kinową opowieścią o księciu Prospero i nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że od tamtej pory przeszukuję internet w poszukiwaniu filmów spod jego ręki. W latach 1961-1964, współpracując między innymi z Richardem Mathesonem, podjął się przeniesienia na ekran wybranych utworów Poego. Efektem pracy z tamtego okresu jest właśnie The Haunted Palace. Co ciekawe, film ma o dużo więcej wspólnego z prozą Howarda Lovecrafta, niż Poego. Roboczy tytuł filmu brzmiał The Strange Case of Charles Dexter Ward, czym bezpośrednio nawiązywał do jednego z opowiadań Samotnika z Providence (The Case of Charles Dexter Ward). Jednakże, jak to w show biznesie bywa, pieniądz jest najważniejszy. Tytuł zmieniono na 'bardziej chwytliwy' oraz dodano nazwisko Poego, chcąc tym samym nawiązać do innych filmów powstałych w okresie tzw. Poe-manii Cormana.

17 grudnia 2011

"Obywatel, który się zawiesił" Rafał Kosik

Zachwalać prozy Rafała Kosika nie zamierzam. Doskonale radzi sobie ona i bez mojej pomocy. Wystarczy zerknąć na szereg nagród przyznanych autorowi w ciągu ostatnich lat*. Tak, wiem. Trudno o bardziej kontrowersyjny miernik wielkości pisarza, ale lepszy taki niż żaden. Nie sądzę, aby spece z Powergraphu zgłębili tajniki marketingu idealnego i tym samym przekonali wszystkich i każdego z osobna, jakim to Kosik wielkim pisarzem jest, gdyby nie dysponował on talentem. Owszem, reklama może zdziałać cuda, ale bez literackiej smykałki, Kosik nie miałby czego szukać w pisarskim show-biznesie.

Obywatel, który się zawiesił, tekst opublikowany pierwotnie na łamach Nowej Fantastyki**, to historia zmagań, a właściwie ich finał, tytułowego obywatela z biurokratyczną machiną. Łukasz Wroński, ów sfrustrowany bohater, niczym nie różni się od przeciętnego Polaka. Niczym, poza jednym. Szefując dobrze prosperującej firmie, handlującej roślinami doniczkowymi, dochodzi do wniosku, że wszystko, co robi, nie ma większego sensu. A to przez system, wszechobecną biurokrację i setki bezsensownych papierów zabijających radość z prowadzenia własnego interesu. Motyw walki jednostki z systemem, jego biurokratyzmem nie formą społeczno-gospodarczą, zafascynował nie tylko autora niniejszego tekstu. Stephen King w powieści Ostatni bastion Barta Dawesa*** ukazał człowieka, któremu bezduszni urzędnicy odebrali wszystko, co kochał. Czy Kosik przeniósł amerykańską historię na grunt polski? Nie. Mimo pewnych podobieństw – samotność głównych bohaterów, wątek militarny – Kosik poszedł krok naprzód. Ukazał nie tylko walkę jednostki z systemem, ale również zdemaskował absurdalność, niektórych przepisów administracyjnych.

07 grudnia 2011

"Night of the Living Dead" (1968)


Night of the Living Dead. Nie tak dawno obraz George'a Romero obchodził czterdzieste trzecie urodziny. Minęło blisko pół wieku od czasu wprowadzenia do kultury masowej postaci zombie, a mimo to motyw zmarłych powstających z grobów nadal zachwyca. Uniwersum The Walking Dead Roberta Kirkmana, beletrystyka, kontynuacje i przeróbki kinowych nieumarłych, saga Resident Evil, to tylko bardziej znane przykłady wykorzystania spuścizny wspomnianego reżysera. Ich rosnąca popularność pokazuje, jak wielkim wydarzeniem w popkulturze było pojawienie się żywych trupów. Oczywiście, nieumarłych łaknących krwi można było spotkać wcześniej. Wypadałoby chociażby wspomnieć powieść Richarda Mathesona I am Legend z 1954 roku, czy film Johna Gillinga z 1966 roku – The Plague of the Zombies. Niemniej, dopiero Romero zrealizował pomysł umarłego wstającego z grobu celem pałaszowania ludzkiego mięsa. U Mathesona zombie przypomina bardziej wampira, natomiast Gilling zapożyczył go z mitologii voodoo.

Podczas pracy nad Night of the Living Dead Romero przyznał, że inspiracją była dla niego powieść Richarda Mathesona. Zapożyczenia widać na każdym kroku. W obliczu plagi nieumarłych prosty kierowca ciężarówki, Ben (Duane Jones), wraz z grupką przypadkowo spotkanych osób barykaduje się w jednym z opuszczonych domów, aby walczyć o przetrwanie. Zombie zastąpiły wampiry, postać głównego bohatera, choć tak samo dociekliwa, jak doktor Neville, pozbyła się wewnętrznych rozterek, ale w gruncie rzeczy mamy do czynienia z tą samą historią. Romero otwarcie mówił o źródłach swojego pomysłu, Matheson otwarcie krytykował interpretację amerykańskiego reżysera. Owe „spory” nie przeszkodziły jednak karierze filmu, który doczekał się remake'ów, sequeli i prequeli. W 2001 roku obraz Romero znalazł się na dziewięćdziesiątym trzecim miejscu listy stu najlepszych amerykańskich thrillerów wszech czasów. Zwyciężyła Psycho Alfreda Hitchcocka.

"Critters" (1986)


Istnieje granica ludzkiej wyobraźni? Nie sądzę, gdyż o ile pamięć mnie nie myli jest to równocześnie granica ludzkiej głupoty, a ta jak wiadomo jest wielkością nieskończoną. Świadectw jej obecności jest doprawdy bardzo wiele, wystarczy tylko uważnie rozejrzeć się wokół siebie. Ostatnio, leżąc opatuleni kocem i uganiając się za filmem na kolację, natrafiliśmy na Attack of the Killer Tomatoes!. Pomimo licznych argumentów przemawiających na korzyść niesfornych pomidorów nie przekonałem do nich żony. Szkoda. Niemniej, obiecałem jej, że do tematu pomidorów wrócimy. I wróciliśmy. Podczas niedzielnego śniadania.

Jeżeli zaś chodzi o sobotni wieczór to przegrałem bitwę, ale nie wojnę. Koniec końców obejrzeliśmy – choć w przypadku Oli to może za mocne słowo – przygody małych czarnych włochatych kuleczek; krwiożerczych of course. Krytowie rządzą! Zapewne będzie Wam trudno w to uwierzyć, ale mając lat kilka naprawdę bałem się tych kosmicznych drani. Ich maniery podczas jedzenia przyprawiały mnie o mdłości. Ich niepohamowany apetyt sprawiał, że często zasłaniałem oczy rękoma. Krytersi tak po prostu i zwyczajnie wywoływały u mnie gęsią skórkę, a seans kończyłem przed sceną finałową. Nie mogłem ryzykować. W mojej szafie mieściło się już nadto potworów i dla Krytów nie było w niej miejsca. Jak jednak pokazało życie, ciągnie wilka do lasu. W wieku dwudziestu siedmiu lat dorobiłem się kolejnej szafy.

03 grudnia 2011

"Dallas '63" Stephen King

Władcy są śmiertelni...

Władcy są śmiertelni, jak mawiał Tacyt i... miał rację. Historia zna wiele zamachów o podłożu politycznym, których zaistnienie zmieniło bieg wydarzeń nie tylko poszczególnych narodów, ale całego świata. Wystarczy wspomnieć zabójstwo cara Aleksandra II, zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, czy wreszcie pamiętne Dallas roku 1963, aby zrozumieć, jak często dzieje ludzkości były zależne od decyzji pojedynczych osób. Świetnie podsumował to Al Templeton, pomysłodawca uratowania trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jedna z głównych postaci powieści „Dallas ’63”, mówiąc: „Historia to rzeka, a momenty przełomowe to zdarzenia, które powodują zmianę jej biegu”*.

A skoro jesteśmy przy Johnie Kennedym to sądzę, że warto nadać jego tragicznemu przejazdowi więcej światła. Kennedy, choć miał świadomość panujących w Teksasie nieprzychylnych jemu nastrojów („udajemy się dziś do krajów szaleńców”**), lekceważył je. W trakcie przygotowań do wizyty w Dallas zrezygnował między innymi z kuloodpornej osłony na samochód oraz agentów ochrony. Twierdził, że chciał, aby wszyscy doskonale go widzieli, a zwłaszcza jego piękną żonę. Na sugestie związane z potencjalnym snajperem nie reagował. Wyznawał prostą, żołnierską zasadę: nie trafi cię żadna kula, chyba, że ta, która jest ci pisana. Zdaje się, że ową prawdę znał i Lee Harvey Oswald, były marines, który – według Komisji Warrena – zastrzelił go 22 listopada 1963 roku.

Prawdziwa czekolada, prawdziwy krem***

Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to jeden z najciekawszych okresów wieku dwudziestego. Choć może nie jest to najlepsze określenie. „Jedne z najbarwniejszych” brzmi zdecydowanie lepiej. To właśnie z uwagi na ten okres, tak bardzo oczekiwałem premiery kolejnej powieści Stephena Kinga. Moja małżonka po lekturze „Sklepiku z marzeniami” nazwała Kinga świetnym pisarzem mainstreamowym. Patrząc na to, co wyczyniał w tej powieści, a także kilku innych, nie sposób nie przyznać jej racji. Kto, jak kto, ale King potrafi zauroczyć opisami amerykańskich miasteczek, prowincjonalną kulturą, codziennym życiem ich mieszkańców, życiem upstrzonym mniejszymi lub większymi problemami. Lektura nowel wydanych w zbiorze „Serca Atlantydów"**** potwierdziła, że równie dobrze radzi sobie z opisami amerykańskiej popkultury. Zatem: dlaczego tak niecierpliwie wyczekiwałem powieści „Dallas ‘63”? No cóż, liczyłem na kolejną znakomitą opowieść rozgrywającą się w czasach Elvisa. I nie zawiodłem się.

Bohaterem powieści jest Jake Epping, nauczyciel angielskiego jakżeby inaczej, który ni z tego, ni z owego dostaje szansę uratowania Kennedy’ego. Za sprawą portalu ukrytego w jednym z barów przenosi się do roku 1958 roku, by wcielić się w George’a Ambersona i udając kolesia od nieruchomości, rozpocząć pięcioletnie przygotowania do wizyty w Dallas. Za sprawą portalu ukrytego w jednym z barów? Wiem, jak to brzmi, i jako miłośnik fantastyki naukowej boleję nad prostotą takiego rozwiązania, ale to prawda. King, chcąc ograniczyć ilość potencjalnych błędów, poszedł zwyczajnie na skróty. Dzięki temu powieść pozbawiona jest technologicznych zawiłości, a pisarz mógł skupić się na tym, co wychodzi mu najlepiej. Na budowaniu wciągających obyczajowych opowieści osadzonych w czasach, które King zdaje się kochać najbardziej.

Choć tytuł powieści wskazuje na coś innego, autor przenosi bohatera do roku 1958 zamiast 1963. I bardzo dobrze. Dało mu to czas, aby nie tylko dokładnie, momentami aż do przesady, zaprezentować postać George’a Ambersona, ale również wiernie odtworzyć atmosferę przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Plymounth fury sunący po szosach, prawdziwe piwo korzenne i taneczny mix Boogie Shoes K.C. and the Sunshine Band*****. Innymi słowy lektura „Dallas ‘63” to podróż w czasy Elvisa, Chucka Berry’ego******, JFK i rock nad rolla. I wiecie co? Uchachałem się przy niej niesamowicie*******.

Jeśli jest miłość, blizny po ospie są tak ładne jak dołki w policzkach********

Jak pisałem, powodem, dla którego Jake Epping ląduje w przeszłości, jest chęć uratowania Kennedy’ego. Fabuła kluczy wokół tego pomysłu. Autor przygotowuje bohatera, jak również czytelnika, do wielkiego finału, poprzez poprawne i realistyczne ukazanie społeczno-politycznych nastrojów przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Jednakże to nie zamach, a jeszcze mniej zmiany dla świata wynikające z uratowania trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych, są w tekście najważniejsze.

Miłość. A konkretnie miłość George’a Ambersona i ślicznej Sadie gra w powieści pierwsze skrzypce. „Dallas ‘63” prawdziwie urzeka pod tym względem i według mnie próżno szukać tak romantycznej historii w innych tekstach autora. Herbert Wells ukazał narodziny związku pomiędzy mężczyzną z przeszłości, a kobietą z przyszłości, tj. samotnego naukowca z Elojką, Weeną. U Kinga ma miejsce sytuacja odwrotna, choć uczuciowo bardzo podobna. King, wzorem innych zjawisk, także i miłość dwojga ludzi z różnych światów opisuje niezwykle drobiazgowo. W powieści mamy pełno wodolejstwa – zarówno uczuciowego, jak i politycznego – ale do tego autor zdążył nas przyzwyczaić. Na szczęście. Od czasu do czasu ziewać przy lekturze mogą osoby nieznające stylu Kinga, ale wierzę, że należą one do zdecydowanej mniejszości.

***

„Dallas ‘63” to porządny kawałek literatury, z którego powinni być zadowoleni nie tylko fani autora. Intrygująca, romantyczna, a miejscami zabawna fabuła, po mistrzowsku zaprezentowani bohaterowie i arcyciekawa rzeczywistość połowy XX wieku to tylko nieliczne zalety niniejszej powieści. Dodatkowo wielką atrakcję, tym razem zwłaszcza dla znawców twórczości Kinga, powinny stanowić nawiązania pisarza do innych powieści jego autorstwa.


* S. King „Dallas ‘63”; Prószyński i S-ka; Warszawa 2011; s.64.
** Cyt.za. H. Brogan „John Fitzgerald Kennedy”; Zakład Narodowy im. Ossolińskich; Wrocław 2003; s.236. – „udajemy się dziś do kraju szaleńców”, miał powiedzieć Kennedy do swojej żony w sypialni w Fort Worth przeglądając poranne wydania drukowanych w Dallas gazet, pełnych złowieszczych pogróżek i jadowitych komentarzy.
*** S. King „Dallas ‘63”; Prószyński i S-ka; Warszawa 2011; s.163.
**** W skład zbioru, wydanego w 1999 roku, weszły nowele: „Mali ludzie w żółtych płaszczach” (1960), „Serca Atlantydów” (1966), „Ślepy Willie” (1983), „Dlaczego jesteśmy w Wietnamie” (1999), „Zapadają niebiańskie mroki nocy” (1999).
***** K.C. nad the Sunshine Band – amerykańska grupa muzyczna wykonująca R&B, pop rock, funk, dance i disco. Założona w 1973 roku w Miami. Grupa jest znana z takich singli jak That’s the Way (I Like It) i (Shake, Shake, Shake) Shake Your Booty. W skład grupy wchodzą: Harry Wayne Casey (wokalista), Maria De Crescenzo (wokalistka), Charlotte McKinnon (wokalistka), Fermin Goytisolo (perkusista), Rusty Hamilton III (klawiszowiec, Jeffery Reeves (gitarzysta), Steve Lashley (basista), John Reid (trębacz), Kenny Hamilton (saksofonista), Rick Benadetto (trębacz) i Tim Pitchford (puzonista). Formacja nagrała pierwszy longplay Do It Good w 1974 roku.
****** Chuck Berry – amerykański muzyk, kompozytor piosenek, wokalista, gitarzysta, indywidualność sceniczna. Jest powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych pionierów rock and rolla. W 2003 pojawił się na szóstym miejscu listy stu największych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone.
******* Trawestacja słów Stephena Kinga, będących niejako podsumowaniem szalonych lat opisanych w noweli „Serca Atlantydów”. Wersja oryginalna: „1966: Człowieku, ależ się uchachaliśmy”.
******** Przysłowie japońskie zamieszczone przed pierwszym rozdziałem powieści „Dallas ‘63”.



27 listopada 2011

"Ludojad" Clifford D. Simak


Ludojad (Orge) to kolejny przykład prozy Clifforda D. Simaka, w którym przedstawiciele cywilizacji pozaziemskiej przybierają kształt roślin. W odróżnieniu jednak od opowiadania Śmierć w domu (A death in the house) miejscem wydarzeń nie jest Ziemia, ale jedna z milionów obcych planet. A przynajmniej tak głosi wersja oficjalna. Autor celowo nie zdradza miejsca wydarzeń, ale im lepiej je poznajemy tym coraz bardziej zaczyna przypominać ono wariację naszej rodzinnej planety. Tak prawdopodobnie wyglądałaby Ziemia, gdyby ewolucja poszła inną drogą, i zamiast rozwijać świat zwierzęcy, poprzestała na organizmach eukariotycznych i samożywnych.

Postacią grającą pierwsze skrzypce jest Done Mackenzie, przedstawiciel Galaktycznej Kompanii Handlowej, którego głównym zadaniem jest rejestrowanie muzyki komponowanej przez drzewa rosnące w słynnej Grającej Dolinie. Owe dźwięki stanowią prawdziwą kopalnię złota w świecie biznesu, gdyż ich działanie na człowieka jest zbliżone do stanu wywoływanego przez narkotyki. Międzygatunkowa współpraca przebiega wzorowo, aż do czasu pojawienia się Encyklopedii, istoty przypominającej rośliny bulwiaste, istoty pragnącej poszerzać swoją wiedzę. Poszerzać bez względu na koszty.

26 listopada 2011

"Imperium mrówek" Bernard Werber


Rzeczywistość widziana oczyma mrówki musi wyglądać fascynująco. Wystarczy uzmysłowić sobie ogrom informacji przetwarzanych przez mrówcze zmysły. Ziemia emanująca milionami zapachów, tajemnice czające się za każdym drzewem, niebezpieczeństwa czekające na co bardziej nieostrożne istoty. Teraz wszystkie te wrażenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bernard Werber w powieści Imperium mrówek zabiera czytelnika w podróż do mrówczego świata. Świata istot potężnych, a zarazem tak maleńkich, że często ledwo dostrzegalnych.

Moje pierwsze spotkanie z pisarzem z Tuluzy miało miejsce podczas lektury książki Tanatonauci. O ile wspomniana powieść pod względem fabuły w finalnym rozrachunku nie wypadła najkorzystniej, o tyle język wypowiedzi Bernarda Werbera pozostawił bardzo korzystne wrażenia. Na tyle pozytywne, że postanowiłem sięgnąć po Imperium mrówek, tj. pierwszą część trylogii Mrówki, która dość szybko zyskała uznanie w oczach czytelników nie tylko z Francji. W Polsce możemy cieszyć się twórczością Bernarda Werbera dzięki wydawnictwu Sonia Draga.

20 listopada 2011

"Zrodzony z męża i niewiasty" Richard Matheson


Peter Watts nazywa rodziców, nie tylko tych świeżo upieczonych, zidiociałymi obywatelami, ludźmi wpatrzonymi we własne dziecko i nic poza tym. Dla takich jak oni, ich latorośle są najważniejszymi stworzeniami pod słońcem, świata bez nich nie widzą. Ma rację? W pewnym sensie na pewno, lecz wierzę też, że facet nie generalizuje, bo w przeciwnym razie pomyliłby się wielce. Rodzice są tak różni, jak różni bywają ich dzieci. Bywają źli? Owszem.

Nikomu nie życzę rodziców rodem z opowiadania Zrodzony z męża i niewiasty. Udających świętoszków, urządzających popołudniowe herbatki a wolnej chwili maltretujących potomka z powodu jego inności. Tak, właśnie. Maltretujących i znęcających się. Bydlaki. Nie można inaczej powiedzieć o kimś, kto przykuwa łańcuchem ośmioletnie dziecko do ściany, okłada je kijem i brzydzi się go niczym robaka. Czy tego należy spodziewać się w opowiadaniu? Tak, tego oraz trwogi, lęku, współczucia.

16 listopada 2011

"Potępieni" Chuck Palahniuk


Niektórzy ostrzegają przed ocenianiem książki po okładce. Mają rację. W owej praktyce ciężko znaleźć oznaki zdrowego rozsądku. Niemniej, niepomny przestróg, po najnowszą powieść Chucka Palahniuka sięgnąłem właśnie z powodu jej szaty graficznej i zachęcającego blurbu. Trawestując słowa wydawcy, byłem ciekaw, na ile amerykański pisarz faktycznie poszedł śladami Dantego i Dostojewskiego. Ciekaw, jak do tak poważnego zagadnienia, za które uchodzi temat winy i odkupienia, podszedł pisarz znany z języka ciętego i dowcipnego.

Podobnie jak i pozostałe książki Palahniuka wydane przez Niebieską Studnię, tak i tę skrywa okładka autorstwa Pawła Jońcy. Okładka prosta, psychodeliczna, idealnie obrazująca to, z czym spotkamy się podczas lektury Potępionych. Autor Podziemnego kręgu – sztandarowa powieść Palahniuka – przyzwyczaił czytelników do bezkompromisowego wywlekania własnych spostrzeżeń odnośnie natury ludzkiej oraz kruchości świata doczesnego. Pod tym względem Potępieni nie odbiegają od poprzednich książek w dorobku pisarza, momentami mogą nawet uchodzić za ich kalkę. Widoczne są chociażby nawiązania do wspomnianego Podziemnego kręgu. Dostrzec możemy odautorską pogardę dla ciągłego zabiegania o coraz to „lepiej płatne i najbardziej prestiżowe posady”*, pogardę dla ludzkiego przywiązania do bogactw i osiągnięć, do domostw i bliskich.** Oczywiście owa pogarda została podana w sposób bardzo bezpośredni, momentami wręcz niesmaczny. Jak napisał jeden z Internautów: „Książka zaskakuje, bawi i brzydzi”.*** Od siebie dodam, że książka atakuje. Palahniuk wieszczy wieczne potępienie niemalże wszystkim, z hipokrytami i bałwochwalcami konsumpcjonizmu na czele. Szczególnie mocno oberwało się gwiazdom i gwiazdeczkom szklanego ekranu, które dla bycia w blasku jupiterów są gotowe zrobić niemalże wszystko; z adopcją-pokazówką na czele. Jak wspomniałem, powieść to także temat winy i odkupienia, który, w moim odczuciu, został jedynie zarysowany i wykorzystany jako pretekst do uwypuklenia okropności Piekła. Mimo szumnych zapowiedzi Potępieni to nie Zbrodnia i kara Dostojewskiego. Palahniuk nie rozwodzi się nad powodami takiego a nie innego postępowania ludzi, nie analizuje procesów zachodzących na linii wina-kara, ale krótko i dobitnie mówi: postępujesz źle, będziesz potępiony. Dla autora Potępionych nie ma bowiem ludzi bez winy. Nawet najmniejsze przewinienie jest skrzętnie odnotowywane w piekielnych rejestrach. I każdemu prędzej, czy później zostanie wystawiony rachunek.

11 listopada 2011

"Jest Legendą"


Ustalmy jedno: nie znam twórczości Richarda Mathesona. Przygodę z jego pisarstwem rozpocząłem stosunkowo niedawno, na fali sukcesu filmu „Jestem Legendą” Francisa Lawrence'a oraz pod wpływem powieści Stephena Kinga, „Komórka”. Zaintrygowany postacią dr. Roberta Neville'a postanowiłem poznać ją bliżej, ujrzeć bohatera takim, jakim widział go Matheson, a nie wspomniany reżyser. Sięgnięcie po historię osamotnionego mężczyzny, walczącego nie tyle z niezbyt sympatycznymi krwiopijcami, ile z samym sobą, zaowocowało kilkoma godzinami świetnej literatury i pragnieniem poznania pozostałych tekstów Mathesona. Niestety: nie zawsze chcieć oznacza móc. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn książki Mathesona były i są nadal ewidentnie ignorowane przez polskich wydawców. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych mogliśmy przeczytać „Jestem Legendą” oraz „Gdzieś w czasie”, ale na tym koniec. Biorąc pod uwagę powyższe, inicjatywę Sine Qua Non, tj. zainwestowanie w antologię poświęconą pisarstwu Richarda Mathesona, uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń wydawniczych bieżącego roku. Być może dzięki temu twórczość Mathesona zdobędzie nowych fanów. Być może sukces antologii przekona wydawnictwo do podejmowania kolejnych odważnych przedsięwzięć związanych z tekstami tego amerykańskiego pisarza.

08 listopada 2011

Piękna i Bestia


Wypadałoby zacząć od Pięknej. W 2009 roku nikomu nieznana dziennikarka, Kathryn Stockett, ukończyła, po pięciu latach pracy, książkę. Zanim ją wydała zapukała do drzwi blisko sześćdziesięciu agentów, by koniec końców znaleźć szczęśliwca. Dlaczego szczęśliwca? Cóż, powieść z miejsca stała się bestsellerem. The Help Tate Taylora to wariancja właśnie na temat powieści Stockett. Przenosimy się do lat sześćdziesiątych XX wieku by być świadkami panującej, wszem i wobec, niesprawiedliwości rasowej. Obserwujemy poniżenia „czarnych”, ich szykanowanie, wykorzystywanie i bicie. I gdy tak sobie siedzimy, zajadając popcorn, na scenie pojawia się Ta Jedyna Sprawiedliwa, czyli śliczna Emma Stone. Służące Kontratakują, fabuła nabiera rumieńców. Historia Kathryn Stockett została podana w formie stonowanej, ale trafiającej do widza. Po piętnastu minutach miałem ochotę udusić główną Wiedźmę ekranu; wyć i drapać widząc głupiutkie damulki popisujące i wdzięczące się na przyjęciach... Na szczęście – dla filmu i widza – The Help to także momenty bawiące, pouczające i takie, które sprawiają, że oczka zaczynają kleić się od łez. W rolach Pokrzywdzonych wystąpiły Viola Davis (Gordon z Solaris Soderbergha) oraz Octavia Spencer (mała, rezolutna, zadziorna) i zagrały świetnie. Czekam na Oscary.

05 listopada 2011

"W 80 dni dookoła świata" Juliusz Verne

(autorem tekstu jest Aleksandra Skalska, moja żona)


Władysław Kopaliński w „Słowniku symboli” podaje, że mgła jest emblematem rzeczy nieokreślonych, zaciemnionych, zamazanych kształtów i zarysów. Mgła ogranicza widzenie, ale również dezorientuje każdego, kto znalazł się w jej zasięgu. Taki właśnie jest główny bohater powieści „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a, Phileas – nomen omen - Fogg*. Postać enigmatyczna i jednocześnie mało wyrazista, można wręcz powiedzieć: nudna. Istota z pozoru doskonale znana, przewidywalna, a jednak poprzez podejmowane decyzje zaskakująca, a nawet szokująca. Wyrusza w niezwykłą podróż, w której również porusza się jak we mgle. Chociaż ma jasno wytyczony cel i dokładny z pozoru plan, niejednokrotnie nie wie, co czeka przed nim i musi poruszać się po omacku.

Pan Fogg, członek Londyńskiego klubu Reforma, archetyp nieskazitelnego angielskiego dżentelmena w cylindrze i rękawiczkach. „Opanowany, flegmatyczny, o przejrzystym, badawczym spojrzeniu […]. W każdym momencie swojego życia wydawał się ten dżentelmen tak cudownie zrównoważony, tak doskonale funkcjonujący, jak chronometr […]. Pan Fogg nigdy nie postawił ani jednego zbędnego kroku, wybierając zawsze najkrótszą drogę. Nigdy nie błądził wzrokiem po suficie nigdy nie pozwalał sobie na żadne zbędne gesty. Nikt nie widział go podnieconego ani zaniepokojonego i choć trudno byłoby znaleźć człowieka mniej skłonnego do pośpiechu niż on, zawsze i wszędzie przebywał o właściwej porze”**. Jak to możliwe, że taki człowiek stał się bohaterem jednej z najpopularniejszych powieści wszech czasów, należącej do kanonu literatury światowej? W dodatku literatury przygodowej, z definicji zakładającej dostarczenie czytelnikowi rozrywki płynącej z niesamowitych, zabawnych oraz złowrogich przygód?

31 października 2011

"Śmierć w domu" Clifford D. Simak


Śmierć w domu (A death in the house) to opowiadanie Clifforda Simaka, opublikowane po raz pierwszy w Galaxy Science Fiction w październiku 1959 roku. W ogóle, przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to okres bardzo płodny w twórczości pisarza-farmera. Mam tu na myśli głównie krótką formę wypowiedzi. To wówczas powstaje wiele ciekawych tekstów, które później wypełniły takie zbiory, jak Strangers in the Universe (1956), The world of Clifford D. Simak (1960) oraz Ali the Traps of Earth (1962). Z niniejszym tekstem zapoznałem się czytając zbiór opowiadań, zatytułowany Ludojad (1994).

Śmierć w domu to historia spotkania człowieka – w tym przypadku: Mose'a Abramsa, farmera – z przybyszem z kosmosu. Brzmi znajomo? Dla fanów Simaka na pewno. Podobny motyw możemy odnaleźć chociażby w Sąsiedzie czy Wielkim frontowym podwórzu. Zaczyna się całkiem zwyczajnie... tzn. zwyczajnie dla prozy Simaka, czyli od pochwały spokojnego, wiejskiego życia. Stary Mose to rolnik, któremu nie jest obce zaganianie krów z pastwiska, krzątanina wokół żywego inwentarza czy wieczorne poszukiwanie jaj w kurniku. Do tego jest to człowiek samotny, spokojnie zmierzający ku nieuniknionemu, kultywujący dawne zasady, tj. uczciwość, religijność, sprawiedliwość. Gdyby rozbudować tę postać – archetyp amerykańskiego farmera – mogłaby zasilić szeregi bohaterów powieści Cormaca McCarthy'ego. Mose Abrams to osoba odwykła od kontaktu z innymi, żyjąca własnym życiem i stroniąca od nowinek współczesnego świata (patrz: nie korzystająca z dobrodziejstw elektryczności; z trudem akceptująca maszynę zwaną telefonem). Osoba, mogąca uchodzić za dziwaka i gruboskórnego odludka. Pozory jednak mylą. Stary Mos to symbol małomiasteczkowego farmera, trochę szorstkiego, ale ciągle wierzącego w dobre, amerykańskie zasady.

28 października 2011

O Mathesonie ciąg dalszy


Premiera He is Legend: An Anthology Celebrating Richard Matheson za nami. Antologii bogatej w świetne teksty oraz pomysły literackie, będące inspiracją dla wielu współczesnych pisarzy. Antologii, w moim odczuciu, spełniającej swoje główne zadanie, tj. rozbudzającej nadzieje na lepsze czasy dla mathenowskich tekstów w Polsce. Nie zmienia to jednak faktu, że czuję literacki niedosyt. Bądź, co bądź nadzieją nie zaspokoję czytelniczego głodu. Rodzi się zatem pytanie: co dalej? Dzięki Sine Qua Non dostaliśmy przedsmak tego, co nas czeka, jeżeli zdecydujemy się zawrzeń z Mathesonem bliższą znajomość. Podano nam przystawkę, lecz bez dania głównego. Dlaczego? W trakcie rozmowy z jednym z redaktorów antologii usłyszałem, że wszystko rozbija się o pieniądze. Jak zwykle... Otóż danie główne musimy przygotować sami. Jeżeli He is Legend przyniesie oczekiwane korzyści materialne, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że na oryginalnych Mathesonów nie przyjdzie nam długo czekać. Innymi słowy: od nas – konsumentów – zależy przyszłość Mathesonów w Polsce. Wychwalane przeze mnie wydawnictwo podniesie rzuconą mu rękawicę i podejmie się opublikowania tekstów Richarda Mathesona, ale tylko za godziwym wynagrodzeniem. Nie zrozumcie mnie źle: nie ganię Sine Qua Non za taką postawę, gdyż jest to postawa świadcząca o zdrowym podejściu do interesów. Będzie zapotrzebowanie na utwory Mathesona, będą one dostępne na rynku.

20 października 2011

"15 blizn" red. Sonia Miniewicz

Książki opatrzone takimi nazwiskami jak Masterton, Ketchum, Darda czy Cichowlas przyciągają czytelników, gdyż bądź co bądź są to nazwiska poczytnych i ogólnie znanych autorów. Co za tym idzie, wydaje się, że takowe antologie nie powinny mieć problemu ze zdobyciem sporego grona odbiorców. Koniec końców, większość osób sympatyzujących z opowiadaniami grozy nie pozostanie obojętna wobec tekstów z kręgu ich zainteresowań, zwłaszcza tekstów dotąd w Polsce niepublikowanych. Należy jednak uważać. Nie zawsze sławne osobistości gwarantują przyjemną lekturę.

„15 blizn” to kolejna antologia grozy wydana przez wydawnictwo Replika i jak to bywa z niemal wszystkimi zbiorami, można w niej znaleźć zarówno teksty bardzo dobre, jak i bardzo słabe. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to, co jedni uznają za wartościowe, inni mogą okrzyknąć czystym bełkotem, ale tak było zawsze i nikt tego nie zmieni. W mojej ocenie „15 blizn” to przede wszystkim antologia „niesmaczna” – jeżeli wolno użyć mi, takiego określenia – zbiór, którego zdecydowana większość tekstów zamiast jeżyć czytelnikowi włos na głowie, jedynie obrzydza lekturę.

Ktoś może zapytać: a czego oczekiwałeś sięgając po książkę zatytułowaną „15 blizn”? W porządku, zgadzam się, że antologia całą sobą informuje odbiorcę, z jakim horrorem będzie miał on do czynienia. Trup młodej dziewczyny na okładce, do tego trup pokryty bliznami i szwami, ma prawo sugerować i de facto to właśnie czyni, że oto czytelnik bierze do ręki opowiadania, które niekoniecznie skierowane są do osób o słabych nerwach. Z drugiej strony, patrząc na współczesny horror, dochodzę do wniosku, że odbiorcy właśnie tego potrzebują. Nie tak dawno Marcin Pluskota pisał o cieszącym się coraz większym powodzeniem w kinie, podgatunku horroru, tzw. torture porn. Podgatunku sprowadzającym się do bombardowania widza wymyślnymi torturami, od łamania kołem po obcinanie i zgniatanie ludzkich kończyn. Zatem, jeżeli kręcą kogoś takie klimaty, oglądał on „Piłę”, „Sadystę”, a na „Hostelu” zajadał się popcornem, patrząc, jak forsiaści kolesie nękają niejakiego Paxtona, to antologia „15 blizn” jest dla niego*. Spotka w niej zarówno oprawców („Amator”, „Terapeuta”, „Zasiedlenie”, „Spójrz na to z drugiej strony”), jak i demony z piekła rodem („Korzeń wszelkiego zła”). Na szczęście dla mnie wspomniane opowiadania nie wywołują tak silnych emocji jak filmy. Ich lektura nie była przyjemnością, jednak dobrnąłem do końca.

Jasne strony antologii? Owszem, są. Sięgając po „15 blizn” zamiast scen ociekających krwią oczekiwałem opowiadań, które owszem opierają się na motywie przemocy, ale budując nastrój wzorują się na tekstach charakterystycznych dla przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Z tego co pamiętam, najwięksi pisarze horrorów i thrillerów nie uciekali się do tanich sztuczek, czytaj: przykuwania uwagi czytelnika coraz bardziej wymyślnymi morderstwami. Lovecraft, Jackson czy też King stawiali na klimat, na nastrojową opowieść i tego typu literatury spodziewałem po najnowszej antologii wydawnictwa Replika. To wszystko odnalazłem zaledwie w kilku tekstach i to dla nich warto poświęcić czas. Słowa pochwały należą się Ramseyowi Campbellowi za intrygujące i wciągające opowiadanie „Tuż za tobą”. Historia nauczyciela prześladowanego przez ducha to prawdziwy majstersztyk, jeżeli chodzi o opowieści z dreszczykiem. Brytyjski pisarz umiejętnie buduje napięcie – wyników nie powstydziłby się sam Hitchcock – nie popadając jednocześnie w absurd. Równie wiele dobrego mogę powiedzieć o tekście Jacka Ketchuma, „Opowieść z Owczej Łąki”. Prawdę powiedziawszy zupełnie nie tego się spodziewałem. Ketchum, który w pewnym momencie został oskarżony przez krytyków o propagowanie pełnej przemocy pornografii, tym razem zwalnia tempo, koncentrując się na bohaterze i jego nienawiści do świata. Stroup to – jak wyznaje sam autor – pijak, mizantrop i nihilista, a więc postać, której nie sposób nie polubić. „Opowieść z Owczej Łąki” to numer jeden antologii. Nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił także Joe Hilla („Twitterowanie z Cyrku Umarłych”), który kupił mnie oryginalnym pomysłem i jego dość nietypowym przedstawieniem. Z kolei z polskich autorów wyróżniłbym jedynie Aleksandrę Zielińską i „Ostatnie kuszenie Ewy Betulew”, które odebrałem jako ciekawą opowieść o karze i sprawiedliwości.

Podsumowując, do antologii „15 blizn” zachęcałbym w pierwszej kolejności czytelników, dla których spotkanie z psychopatami pragnącymi zadawać ból to nie pierwszyzna. Takowe osoby z pewnością w wielu opowiadaniach odnajdą coś dla siebie. Wszystkim pozostałym zainteresowanym oznajmiam: czytacie na własną odpowiedzialność.


* M. Pluskota „Tortura Non Stop”; w: „Lśnienie. Kultura grozy”; Nr 01 2009; s.6-10.


Katedra

09 października 2011

Filmowy Richard Matheson


Lektura He is Legend: An Anthology Celebrating Richard Matheson, zachęciła mnie do ponownego obejrzenia filmów nakręconych w oparciu o teksty tego amerykańskiego pisarza. Na pierwszy ogień poszedł Pojedynek na szosie Stevena Spielberga. Zabrzmi to dziwnie, ale to ciężarówkę – masywną, brudną i złowrogą – zapamiętam najbardziej. Nie roztrzęsionego Dennisa Weavera i nie kierowcę podnieconego jazdą z szaleńczą prędkością 90 km/h, ale właśnie brązowe auto z napisem FLAMMABLE. W 1973 roku King napisał opowiadanie Trucks, lecz jego czterokołowi bohaterowie nawet w połowie nie emanują tak morderczą i wyrafinowaną wściekłością, jak ciężarówka duetu Spielberg, Matheson. Czyżby dlatego, że ciężarówką Mathesona kierował mimo wszystko człowiek? Psychopata, który być może kilkanaście lat później wcielił się w postać autostopowicza? Wszystko możliwe. Koniec końców, nasz drogowy pirat stracił środek lokomocji.

02 października 2011

"Genezis" Bernard Beckett


W powieści Becketta, punktem wyjścia do rozważań o naturze ewolucji w początkach trzeciego tysiąclecia jest wybuch Trzeciej Wojny Światowej oraz działania niejakiego Platona - milionera zafascynowanego poglądami jednego ze starożytnych uczonych. Głosząc hasła bezpieczeństwa, równowagi i porządku społecznego, powołuje on do życia - odizolowany od wojny i chorób - twór polityczny zwany Republiką. Twór noszący znamiona platońskiej dyktatury filozofów.

Genezis Becketta nie stanowi kolejnego obrazu antyutopii w literaturze, nie należy tej powieści pod tym kątem rozpatrywać, a przynajmniej nie tylko. Autor bowiem nie skupia się na analizie platońskich dogmatów samych w sobie, ale poszukuje czynników zewnętrznych, odpowiedzialnych za nieumiejętne kierowanie projektem starożytnego filozofa. Jak łatwo się domyślić, najsłabszym ogniwem okazuje się człowiek.

27 września 2011

"Podróż do wnętrza Ziemi" Juliusz Verne

(autorem tekstu jest Aleksandra Skalska, moja żona)


“[…] Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi
Plwajmy na tą skorupą i zstąpmy do głębi…”*

Drogi Czytelniku, zakładam, że czytałeś przynajmniej opracowania lektur szkolnych, i wiesz, że słowa Wysockiego z siódmej sceny III części Dziadów są metaforycznym wizerunkiem narodu polskiego, uśpionego, aprobującego poczynania caratu, narodu czekającego jednak na dogodny moment, aby dać upust wewnętrznemu, żarliwemu patriotyzmowi. Nie martw się jednak, nie będę tu rozprawiać o Powstaniu Listopadowym, martyrologii narodowej, ani o polskich romantykach. Spójrz tylko ze mną na ten cytat u góry. Spójrz przewrotnie, choćby nas mieli uznać za bluźnierców, szargających się na narodowe świętości.

27 sierpnia 2011

"Rakietowe szlaki" (tom I) red. Lech Jęczmyk, Wojtek Sedeńko

W przedmowie niniejszej antologii (Lecz Jęczmyk Na wstecznym biegu) czytamy: „Dlaczego postanowiliśmy z Wojtkiem Sedeńką i Solarisem wydać wybór starej science fiction z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? (...) uznaliśmy, że świat zaludnili zupełnie nowi ludzie, i byłoby żal, gdyby ominęła ich przyjemność lektury tych historii”*. Krótko i na temat. Czy wystarczająco na tyle, aby rzeczywiście zachęcić do lektury wszystkich „zupełnie nowych ludzi”? Na pewno nie. Obawiam się, że większość młodego pokolenia nawet nie zerknie na Rakietowe szlaki, gdyż kolokwialnie mówiąc: to nie ich klimaty. Epoka literatury science fiction, mającej stricte naukowy charakter, dobiega końca. Dziś na topie jest zupełnie inny rodzaj science fiction, jej forma przeintelektualizowana, której daleko do fantastyki naukowej z drugiej połowy ubiegłego stulecia. Po antologię Lecha Jęczmyka sięgnie zapewne pokolenie starsze oraz nieliczni przedstawiciele młodego, którzy tęsknią za klasykami pokroju powieści Aldissa. Mam nadzieję, że się mylę.

Na Rakietowe szlaki przyszło nam czekać dwa lata, ale było warto. Redaktor Jęczmyk, podsumowując ów dwuletni okres wysiłków, miał stuprocentową rację mówiąc, że zbiór ten to kawał dobrej literatury. Dobrej zarówno pod względem językowym – z Różą dla Eklezjastesa i Skalpelem Occama na pierwszym miejscu – jak i tematycznym. Wszystkich napaleńców od razu jednak ostrzegam, że cały czas rozmawiamy o tekstach pisarzy drugiej połowy dwudziestego wieku, tekstach oscylujących wokół motywów klasycznych, oddalonych od chociażby popularnego ostatnio steampunku czy cyberpunku. Rakietowe szlaki to przede wszystkim opowiadania mające odświeżyć współczesnemu odbiorcy ułamek literackiej historii pierwszego kontaktu z przedstawicielami innych gatunków, ale nie tylko. W zbiorze nie zabraknie tekstów poświęconych zagadnieniom czasoprzestrzeni (Powolne ptaki, Człowiek ze swoim czasem), fantastyki socjologicznej (Profesor opuszcza scenę, Ci, którzy odchodzą z Omelas) oraz tematów około fantastycznych, co nie znaczy jednak, że mniej ciekawych (Tajemniczy dom). Mnogość poruszanych w tekstach zagadnień, motywów powinna zadowolić nawet najwybredniejszych, o ile będą pamiętać o celu, jaki przyświecał wydaniu Rakietowych szlaków made in Solaris. Klasyka przede wszystkim.

Klasyka klasyką, ale Rakietowe szlaki spółki Sedeńko-Jęczmyk naprawdę robią wrażenie. I nie mówię tylko o wybranych do zbioru tekstach – gdy spojrzycie na spis treści zrozumiecie, że nie potrzebują one reklamy – ale o sposobie w jaki zostały zaprezentowane. Opowiadania zostały dobrane na zasadzie kontrastu. Oczywiście są to tylko spekulacje, ale sądzę, że aby dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców twórcy niniejszej antologii kierowali się prostą i idealną w tym wypadku zasadą: dla każdego coś miłego. Tak więc uspokajam wszystkich, którzy słowo „klasyka” kojarzą z prostymi i mało ciekawymi tematami. Dzięki wspomnianej już zasadzie, obok opowiadań wymagających od czytelnika choćby odrobiny zastanowienia znalazły się i typowe teksty rozrywkowe, lekkie i przyjemne w lekturze. Mówiąc o pierwszej grupie, mam na myśli przede wszystkim Porwanie w powietrzu Johna Varleya, będące ukłonem w stronę genetyczno-biologicznych fascynacji autora, Skalpel Occama Theodore’a Strugeona oraz krótki, ale jakże treściwy tekst Ursuli Le Guin (Ci, którzy odchodzą z Omelas). Do tego worka wrzuciłbym również Ubranie na miarę Jamesa White’a, będące na pierwszy rzut oka żartobliwą, ale w gruncie rzeczy bardzo dojrzałą – ukazującą nie wielkie, ale maleńkie trudności podczas spotkanie dwóch odmiennych kultur – wizją kontaktu ludzkości z cywilizacją pozaziemską oraz opowiadanie Briana Aldissa Człowiek ze swoim czasem, które w mojej ocenie jest najlepszym utworem w antologii.

Idźmy dalej. „Stara, dobra science fiction (...) bawi, śmieszy, porywa, wciąż zaskakuje”**, zgadza się? Zgadza. Nie chcąc nudzić czytelników, fantastyka naukowa powinna od czasu do czasu uciec od zbędnego momentami intelektualizowania, oderwać od cyfrowego mędrkowania i przybrać postać najczystszej rozrywki, oczywiście rozrywki inteligentnej. Ideałem pod tym względem są dla mnie Dzienniki gwiazdowe Stanisława Lema, do których często wracam i będę wracał, gdyż śmiem twierdzić, że dzisiejsza science fiction nie jest w stanie ich zastąpić. Mając w pamięci powyższe, tym bardziej ucieszyłem się, widząc w Rakietowych szlakach opowiadania, których głównym zadaniem było właśnie wywołanie u czytelnika uśmiechu na twarzy. Szczególne wrażenie wywarła na mnie opowieść o wieśniakach mutantach, czyli rodzince Hogbenów autorstwa Henry’ego Kuttnera oraz utwór Williama Tenna Bernie Faust. Oczywiście w innych opowiadaniach również nie brakuje elementów humoru (np. Kontrolex, To niemożliwe), ale dwa wyżej przytoczone teksty najlepiej udowadniają, że dobra science fiction potrafi nie tylko zmuszać do myślenia, lecz także bawić.

Redaktor Rakietowych szlaków pisze: „Fenomen science fiction jako odrębnego rodzaju literatury i filmu, więcej swoistej popkultury z własnymi nagrodami, zjazdami i wielkimi mistrzami prawdopodobnie dobiega końca”***. Prawda, współczesnej science fiction coraz dalej do jej korzeni. Od czasu do czasu pojawiają się na horyzoncie pisarze, którzy próbują do niej nawiązywać, ale trudno mówić o jakiejś większej fali. Dlatego tak ważna jest promocja klasyki, przypominanie autorów tworzących w czasach pełnego rozkwitu czystej fantastyki naukowej. I dlatego też tak ważne jest, aby takich antologii jak Rakietowe szlaki powstawało jak najwięcej.


* Rakietowe szlaki 1, red. Lech Jęczmyk, Stawiguda 2011, s.7.
** Tamże, s. tylna okładka.
*** Tamże, s.11.


25 sierpnia 2011

"Dzienniki gwiazdowe. Podróż siódma" Stanisław Lem


Nie przepadam za współczesną fantastyką. Nie znaczy to jednak, że jej nie czytam. Będąc przyciśniętym do muru rezerwuję miesięcznie kilkadziesiąt godzin dla wydawniczych nowości, ale robię to niechętnie. Oczywiście, zdarzają się teksty, które podnoszą u mnie poziom endorfin, ale ma to miejsce bardzo rzadko, co jest po części także i moją winą. Zdecydowanie za mało czasu poświęcam wyszukiwaniu „wartościowych pisarzy” – „wartościowych” w moim rozumieniu – i zbyt szybko daję za wygraną. Być może szukając skrupulatniej odkryłbym niezliczone pokłady świetnej literatury. Być może... Na szczęście bądź nieszczęście, zależy jak na to spojrzeć, nie zwykłem marnować czasu i sił na gdybanie. Wolę spacer i piwko ze znajomymi. Wolę wrócić do klasyków, a poszukiwania wiatru w polu pozostawić innym.

Słyszałem, że bohaterowie żyją wiecznie. Slogan wyświechtany, ale bliski prawdy. Od wydania pierwszych relacji z podróży Ijona Tichego minie niebawem sześćdziesiąt lat, a ów sławny podróżnik i człowiek czynu wciąż inspiruje. Zajrzyjmy chociażby za naszą zachodnią granicę. W marcu 2007 roku miała miejsce premiera serialu Ijon Tichy: Raumpilot, którego cztery odcinki oparte zostały bezpośrednio na prozie Stanisława Lema. Choć niemieckiej adaptacji ułamka Dzienników gwiazdowych daleko do „wielkości” to jednak wspominam ją bardzo miło i cieszę się, że powstała. My także moglibyśmy coś nakręcić, ale chyba jeszcze nie doszliśmy do siebie po ekranizacji prozy Sapkowskiego. Czyżbyśmy obawiali się spieprzenia historii o kolejnym wielkim bohaterze?

24 sierpnia 2011

"Dwa lata wakacji" Juliusz Verne

(autorem tekstu jest Aleksandra Skalska, moja żona)


Czy będąc dzieckiem, nie marzyliście o przeżyciu przygody na bezludnej wyspie? Czy oglądając filmy lub czytając książki o rozmaitych Robinsonach, wyspach pełnych skarbów, nie chcieliście doświadczyć losu rozbitka próbującego przetrwać na egzotycznym lądzie? Choć los rozbitków, pozbawionych wielu niezbędnych do życia przedmiotów, wydawał się nie do pozazdroszczenia, to chęć przeżycia przygody i sprawdzenia się w ekstremalnej sytuacji była silniejsza. Do tej pory pamiętam, jak z podwórkowymi kolegami chroniliśmy się w podbalkonowych jaskiniach, polowaliśmy dzidami z patyków na wyimaginowane króliki i tygrysy oraz gotowaliśmy zupę z babki i trawy.

To pragnienie spełniło się dla piętnastu młodych chłopców z Auckland w Nowej Zelandii w powieści Juliusza Verne’a „Dwa lata wakacji”. Książka została opublikowana we Francji w 1888 r. w serii „Niezwykłe podróże” w dwóch tomach. Tom pierwszy wydano 18 czerwca 1888 r., drugi – 8 listopada 1888 r. Pierwsze polskie tłumaczenie, dokonane przez Izabelę Rogozińską, ukazało się dopiero w 1956 r. Nowy, pełny przekład Janusza Kaszy ukazał się w 2009 r. w serii „Podróże z Verne’em” wydawnictwa „Zielona Sowa”.

01 sierpnia 2011

"Ręka mistrza" Stephen King

Co skłania nas do sięgania po książki Stephena Kinga? Odpowiedź jest prosta: w dużym stopniu nazwisko. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat skromnie zarabiający nauczyciel języka angielskiego uczynił ze swojego nazwiska prawdziwą kopalnię złota. Dzięki samozaparciu, ciężkiej rzemieślniczej pracy oraz kształtowanemu przez lata stylowi wypowiedzi uczynił z „Kinga” markę tak silną, że prawdopodobnie do końca życia kwestie finansowe nie będą spędzały mu snu z powiek. I bardzo dobrze. Zawsze byłem zdania, że jeżeli ktoś jest dobry w tym co robi, to powinien za to otrzymywać godziwą zapłatę. King jest pisarzem dobrym i płodnym, zatem jego interes się kręci.

Patrząc na ilość wznowień powieści i opowiadań Stephena Kinga na rynku polskim stwierdzam, że Polacy także dokładają starań, aby kingowy biznes przynosił zyski. Oczywiście nie wszyscy wyczekują z zapartym tchem na kolejne teksty mistrza, ale zdarzają się pasjonaci, którzy poza Kingiem świata nie widzą, bądź widzą zaledwie niewielką jego część. Książką do premiery której odliczałem dni i godziny była „Ręka mistrza”. Powiem jedno: było warto.

Powiew przeszłości

Od jakiegoś czasu krążą opinie, że literacka forma Stephena Kinga spada. Nigdy nie poświęcałem tym rewelacjom większej uwagi, ale między Bogiem a prawdą większą sympatią darzę teksty pisarza z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niż te bardziej współczesne. Nie ma co ukrywać. To pierwsze autorskie kroki pisarza z Bangor przyciągnęły moją uwagę jako czytelnika i tak naprawdę to właśnie one z uwagi na novum, jakie wprowadziły do literatury grozy, sprawiły, że mój kontakt z Kingiem jest od kilkunastu lat stały i nieprzerwany. Takie tytuły jak „Nocna zmiana”, „Lśnienie”, „Wielki marsz”, „Cmętarz zwieżąt” czy „To” postrzegam jako wzorzec kingowej doskonałości, do którego powinny dążyć wszystkie inne teksty Stephena Kinga.

W mojej ocenie „Ręka mistrza” jest pierwszym tekstem od wielu lat, któremu do kingowego wzorca jest najbliżej. Dlaczego? Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie; na sukces powieści złożyło się wiele czynników. Począwszy od świetnie zarysowanych głównych postaci, o których opowiem za chwilę, a skończywszy na motywie przewodnim.

Wspomniałem już, że w twórczość Stephena Kinga cenię za jej wkład w rozwój powieści grozy. Jednak odświeżenie pomysłów klasyków horroru, dostosowanie tych pomysłów do wymogów powieści współczesnej i oczekiwań czytelników z końca dwudziestego wieku to nie wszystko. Sięgając po „Rękę mistrza” należy spodziewać się powieści łączącej klasyczny motyw grozy – charakterystyczny chociażby dla prozy Lovecrafta – z pisarstwem przywodzącym na myśl twórców epoki pozytywizmu. Z pisarstwem autorów dziewiętnastowiecznych, którzy przystępując do pracy nad tekstem kreowali świat rzeczywisty w sposób rzetelny, oparty na empirycznej metodzie poznawczej. Świętością dla tych autorów było między innymi dokładne prezentowanie postaci – z uwzględnieniem ich zewnętrznej i emocjonalnej natury, której Kingowi także nie sposób odmówić.

Podsumowując ten wątek, „Ręka mistrza” powiewem wielkiej przeszłości. Po niezbyt ciepło przyjętej powieści „Blaze” z 2007 roku, czytelnicy otrzymali historię najwyższych lotów. Powieść mogącą bez obaw stanąć do walki z takimi tytułami jak „Bastion” czy „To”.

Doświadczeni przez Kinga

Proza Kinga jest bardzo bogata w bohaterów wartych zapamiętania; żeby wymienić tylko Jacka Torrance’a, Rolanda Deschaina czy Andy Dufresne’a. Prawa gatunku, w którym specjalizuje się King, są jednak nieubłagane i większość postaci przez niego kreowanych to jednostki ciężko doświadczane przez życie. Od czasu do czasu pojawi się wyjątek, ale jak każdy wyjątek potwierdza on tylko regułę.

Postacią numer jeden w „Ręce mistrza” jest amerykańskie dziecko sukcesu, właściciel dobrze prosperującej firmy budowlanej „Freemantle Company”. Edgar Freemantle – bo o nim mowa – ma kochającą żonę, cudowne dzieci, piękny dom i świetlaną przyszłość przed sobą. Jest przykładem twardego faceta, który rozkręcając własny biznes nie dał pożreć się starym wilkom branży budowlanej i wyszedł na swoje. Niestety tuż przed pięćdziesiątką przydarzył się Edgarowi dość poważny wypadek – jego „wypasiony na maksa dodge ram”* miał bliskie spotkanie z dwunastopiętrowym dźwigiem, w wyniku którego doszło do uszkodzonia mózgu, kilku połamanych żeber, konieczności życia bez prawej ręki, rozwodu z żoną i konieczności szukania nowego lokum. Cóż, nic nie trwa wiecznie, a już na pewno nie szczęście kingowych postaci.

Nowe życie Edgara rozpoczyna się na Florydzie, konkretnie na wyspie Duma Key – malowniczym skrawku lądu podzielonym pomiędzy pofałdowaną wydmami plażę i gęstwinę bujnej roślinności. To właśnie na niej doświadczony przez los budowlaniec odkrywa w sobie nowe zamiłowanie; mianowicie zaczyna malować. Początkowo nieśmiało, później z coraz większą pewnością siebie, rosnącą wprost proporcjonalnie do wzrastającego napięcia w książce. Wkrótce okazuje się, że malarski talent Edgara Freemantle’a to coś więcej niż bazgroły rekonwalescenta.

Inną postacią, bez której urok książki z pewnością nie byłby taki sam, jest prawnik – tajemnicza persona wyspy – Jerome Wireman. Gdzie tkwi siła postaci Wiremana? Nie wiem. Moją uwagę przykuł inteligencją, poczuciem humoru oraz pogodą ducha, która nie umarła w nim wraz ze śmiercią jego żony i córeczki. Tak, Jerome to kolejny bohater doświadczony przez Kinga. Wireman bardzo szybko dogaduje się z Edgarem, dla którego staje się kimś w rodzaju przewodnika po Duma Key. Przyjacielem na dobre i złe, przyjacielem nie zważającym na zło zamieszkujące wyspę.

Zarówno Edgar Freemantle, jak i Jerome Wireman to postacie ciężko potraktowane przez los, przeznaczenie czy jakkolwiek nazwać to, co pokierowało ich życiem. Pisząc ich historię, King szczególny nacisk położył na wewnętrzne przeżycia bohaterów, na targające nimi rozterki i na uczucia. To właśnie z uwagi na duchową sferę książki warto po nią sięgnąć.

„Rękę mistrza” mógłbym polecić każdemu. Jednak w pierwszej kolejności polecam osobom, które z twórczością Stephena Kinga nie mieli wcześniej do czynienia. Niniejsza powieść przekona Was, że horror to nie tylko głupiutkie straszydła wyskakujące z szaf, lecz również emocjonalna podróż. Czytelnicy, którzy z Kingiem mieli styczność już wcześniej, też nie będą zawiedzeni. Historia Edgara Freemantle’a to prawdziwa uczta, King w najlepszym wydaniu.


* S. King Ręka mistrza; Prószyński i S-ka; Warszawa 2008; s.11.




31 lipca 2011

"Drugie przekroczenie Styksu" Ian MacLeod


Drugie przekroczenie Styksu (Recrossing the Styx) to jedno z ostatnich opowiadań Iana MacLeoda, opublikowane po raz pierwszy w Fantasy & Science Fiction na przełomie lipca i sierpnia 2010 r. Zapoznałem się z nim niecały miesiąc temu dzięki wydawnictwu Powergraph oraz w wiosennemu numerowi polskiej edycji wspomnianego czasopisma. Zapoznałem i przekonałem, że warto czekać na Wake Up and Dream. Dlaczego?

Autorów łączących fantastykę z innymi gatunkami darzę szczególną sympatią, gdyż poprzez swoją twórczość próbują wprowadzić fantastykę na salony literatury współczesnej, przełamać stereotypy i pokazać, że fantasy/science fiction to nie tylko teksty dla młodych. Czy swoim pisarstwem nie wykazują się więc literacką odwagą? Koniec końców walczą z zaszufladkowaniem. Zrywają z utartymi szlakami, dążą do czegoś nowego. Gatunkiem, z którym dzisiejszej fantastyce chyba najbardziej po drodze jest kryminał a przykładem ich dobrej symbiozy jest właśnie Drugie przekroczenie Styksu MacLeoda.

30 lipca 2011

"Blade runner" Philip K. Dick


Zrecenzować powieść należącą do klasyki science fiction nie jest zadaniem prostym. Dodatkowo poprzeczka podnosi się, jeżeli przyjmiemy, że o książce napisano dosłownie wszystko, co można było o niej powiedzieć. Będąc, zatem świadomym istnienia terminu „plagiat” ograniczę wypowiedź do kilkuzdaniowego zobrazowania, czym dla mnie było spotkanie ze światem Ricka Deckarda.

Swego czasu Maciej Parowski wspominał ważną dla science fiction literacko-kinową przemianę robota niegroźnego, „wykonującego ruchy mechaniczne, kanciaste”* w antropomorficznego buntownika działającego przeciw ludzkości. Wskazywał na swoistą ewolucję zasadności istnienia stworzonych przez człowieka istot żyjących według praw Isaaca Asimova. Czy ktoś jeszcze pamięta, że „robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy”? Po sukcesach postaci Terminatora widzimy, że pokojowa koegzystencja człowieka i jego mechanicznego potomka nie mogła trwać wiecznie. Potencjał filozoficzny oraz komercyjny robota człekokształtnego musiał prędzej czy później zostać dostrzeżony. Czy zatem Philip K. Dick powieścią Do androids dream of electric sheep? zapoczątkował wspomniane przekształcenia? Na pewno był jednym z pierwszych. Pojawiające się w literaturze, fantastycznej i nie tylko, pytania odnośnie tożsamości człowieka oraz praw rządzących jego światem stale potrzebowały nowego odnośnika. Świeżego czynnika, dzięki któremu potencjalni odbiorcy przestaliby poruszać się w próżni i mogli w prosty sposób zobrazować istotę konfliktu człowieka z samym sobą. Czy napiętnowany i do tego zaborczy robot nie mógł okazać się strzałem w dziesiątkę? Maciej Parowski nazywa roboty synami zbuntowanymi przeciwko swojemu ojcu. Fabuła Blade runnera idealnie wpasowuje się w przytoczony motyw. Roboty Dicka zostają powołane do istnienia w celu zapewnienia człowiekowi pomocy. Pobożne plany szybko okazują się jednak początkiem buntu maszyn.
Ludzkość przeżywa trudne momenty w okresie po nuklearnym. Autor przenosi nas do świata gdzie pozycja społeczna uzależniona jest od posiadania żywego zwierzęcia, a wdychanie szkodliwego pyłu powoduje narodziny ludzi gorszego typu. W takich warunkach Dick stara się ukazać przyczyny koegzystencji ludzi i maszyn. W tym celu sięga do historii Anglii, skąd czerpie hasła nawołujące do osiedlenia się w nowym, lepszym świecie. Człowiek przyszłości codziennie bombardowany jest afiszami wzywającymi do emigracji i życia w Nowej Ameryce, głównym osiedlu Stanów Zjednoczonych na Marsie. Zachętą do opuszczenia rodzinnej planety ma być prezent w postaci niewolnika wyprodukowanego przez wpływową Korporację Rosen.

"Brygady duchów" John Scalzi


Dzieląc się spostrzeżeniami odnośnie Wojny starego człowieka napisałem: „Old man’s war mógłbym polecić każdemu. W pierwszej jednak kolejności polecam miłośnikom fantasy. Ta książka przekona Was do fantastyki naukowej. Pokaże, że science fiction może być przystępne dla każdego, nie tylko dla matematycznych orłów”. Od ukazania się recenzji minęły dwa tygodnie, które utwierdziły mnie, że dobrze postąpiłem kierując wspomnianą powieść przede wszystkim do takiej, a nie innej grupy odbiorców. Mam wrażenie, że John Scalzi napisał Wojnę starego człowieka właśnie dla nich. Nie chcąc zrazić fanów fantasy użył nieskomplikowanego języka wypowiedzi, stworzył bohatera, którego po prostu nie da się nie lubić oraz zaserwował dynamiczną akcję. Napisał powieść prostą w odbiorze, dostępną dla przeciętnego śmiertelnika, a dokonał tego (oczywiście!) wzorując się na twórczości swoich poprzedników.

Pewne osoby, nazwijmy je starymi wyjadaczami bądź miłośnikami fantastyki naukowej, nie podzielają mojego punktu widzenia. Według nich pan Scalzi nie zasługuje na uwagę, bo „nie stworzył niczego oryginalnego, sporo za to zapożyczając z klasyki sf”. Zgadzam się tylko i wyłącznie z drugą częścią wcześniejszego zdania. John Scalzi jest winny. Faktycznie nie stworzył niczego nowego. Ba! On sam przyznaje się, że garściami czerpał z ojców science fiction. Pytanie: i co z tego? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wojna starego człowieka i Brygady duchów mogą być oryginalne, dla osób nie znających twórczości mistrzów pokroju Roberta Heinleina czy Petera Hamiltona. Mam tu na myśli głównie czytelników dopiero zaczynających przygodę z fantastyką naukową, a więc tych, do których według mnie powieść została skierowana. Osoby, które w pierwszej kolejności powinny sięgnąć po prozę Johna Scalziego, ponieważ jest ona łatwa w odbiorze i trafi do nich o wiele pewniej niż pisarze „tworzący naprawdę świetną hard sf”.

"Słońce Słońc" Karl Schroeder

Sięganie po autora debiutującego powieścią na polskim rynku czytelniczym zawsze niesie ze sobą ryzyko. A jeżeli pisarstwo Pana X nie będzie tym, na co czekaliśmy przez ostatnie tygodnie? W końcu opowiadanie rządzi się innymi prawami niż książka. Medialny szum zrobił swoje i zapowiada się dobrych czterysta stron tekstu, lecz między Bogiem a prawdą nikt nie może być niczego pewien. Nawet najlepiej rozreklamowana historia może okazać się literackim bełkotem, za który – gdybyśmy wiedzieli – nie zapłacilibyśmy złamanego grosza. Szczęśliwie dla czytelników i wydawcy powyższy scenariusz nie dotyczy pierwszej księgi Virgi. Przy lekturze Słońca Słońc Karla Schroedera bawiłem się znakomicie i tym samym mam cichą nadzieję, że Andrzej Jakubiec nie poprzestanie na jednym, ale pokusi się także o kolejne teksty kanadyjskiego pisarza.

Nie tak dawno przeczytałem, że przewaga fantasy nad science fiction wynika po części z faktu kreowania przez spadkobierców Tolkiena światów o wiele atrakcyjniejszych dla czytelnika niż rzeczywistość fantastyczno-naukowa. Czy autor wypowiedzi miał rację pisząc te słowa? Choć prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku, to jednak nie ukrywajmy: przeciętny czytelnik częściej sięga po fantasy niż science fiction, gdyż jest ono zwyczajnie przystępniejsze w odbiorze. Książki ukazujące się pod szyldem fantastyki naukowej cieszą się dużo mniejszym powodzeniem. Mając na uwadze powyższe, siłą rzeczy martwiłem się o powieść Karla Schroedera. Bądź co bądź okładka wyraźnie sugeruje potencjalnemu odbiorcy, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Takie mniej więcej myśli zaprzątały mą głowę przed lekturą Słońca Słońc.

"Nierównowaga sił" Charles Stross


Pierwszych kilkanaście wersów opowiadania przypomniało mi, że tak naprawdę nic nie wiemy. Chodzi mi oczywiście o człowieka. Kiedy wzlecieliśmy w kosmos, kiedy stanęliśmy na Księżycu, kiedy po raz pierwszy zwróciliśmy uwagę na Marsa świętowaliśmy, wiwatowaliśmy i naśladowaliśmy „malowane ptaki”. Te wszystkie filmy o ziszczeniu naszych marzeń, prezentujące nas jako największe stadium ewolucji. Po prostu super, udało nam się.

Charles Stross tłucze nasz sen o wielkości. Nie pisze o ludzkości przez duże L, ale ukazuje ją jako jedną z wielu innych „marionetek” w rękach sił nadrzędnych. Sprowadza człowieka do roli figurki na kosmicznej szachownicy. Pamiętacie bodajże ostatnią scenę Facetów w czerni? Dziwna istota bawiąca się naszą galaktyką, świecącą kulką. Jesteśmy ziarenkami piasku, niczym więcej. Prawda, że niezbyt optymistyczne przesłanie? Można siedzieć i ględzić o tym, że to oczywista oczywistość, fakt znany każdemu. Owszem, ale czy to znaczy, że pisanie o tym opowiadań jest błędem? Stratą czasu? Świetnie się czułem, uśmiechałem pod wąsem na myśl o „pseudotermitów” (przed oczami stanęła mi ostatnia przygoda Indy’ego) rzeźbiących łyżeczki z drzewa żółwiowego.

"Możemy cię zbudować" Philip K. Dick

Opisać rzeczywistość powołaną do życia przez Philipa K. Dicka to zadanie trudne. Jeden z polskich autorów przekonywał, że pisarz nie zawsze musi mieć coś do przekazania. Może pisać dla samego aktu pisania, dla czystej rozrywki, która jakby się zastanowić, także niesie pewne wartości. Przyglądając się prozie Dicka trudno jednak nie odnieść wrażenia, że za każdym razem poprzez kartki powieści, opowiadań autor pragnie zaaplikować odbiorcy dawkę swojego spojrzenia na człowieka i świat przez niego zamieszkiwany. Ten jeden z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy science fiction XX wieku wielokrotnie pobudzał w czytelnikach szeroki wachlarz uczuć, od zaciekawienia poprzez euforię aż do przerażenia i niedowierzania. Ubik, Boża inwazja czy Blade Runner stały się kamieniami milowymi literackiej problematyki odnoszącej się do takich zagadnień jak człowieczeństwo, empatia, religia itp. O wpływie Dicka na rozwój fantastyki naukowej można rozmawiać bardzo długo.

29 lipca 2011

"Sztuka alchemi" Ted Kosmatka


Kilka słów o korporacjach.
Michał Protasiuk w Strukturze oprowadzał czytelnika po wielkich firmach. China Miéville w Koniec z głodem demaskował fałszywych filantropów. Jakub Małecki w Opowieści oszusta przestrzegał przed drobnym druczkiem na umowach. Natomiast Ted Kosmatka w Sztuce Alchemii przekonywał, że według wielkich tego świata cel zawsze uświęca środki. Ostatnio coraz częściej mamy okazję czytać o przedsiębiorstwach, uśmiechniętych kierownikach w idealnie skrojonych garniturach, czy długonogich sekretarkach w czerwonych szpilkach. Skąd takie, a nie inne motywy wśród literatów świata fantastycznego?

"Miasto permutacji" Greg Egan


Miasto permutacji to książka niewątpliwie trudna w odbiorze. Nie jest to lektura przeznaczona do pociągu ani na poranne podróże do pracy. Nie odprężymy się przy niej, nie pochłonie nas akcja czy nietuzinkowi bohaterowie. Wręcz przeciwnie. Greg Egan, pisarz hard science fiction i programista, nie buduje powieści intrygującej, wciągającej od pierwszych kartek. Stawia na powolne, czasami dosłownie nudne, filozoficzno-naukowe rozważania na tematy związane z człowiekiem, jego egzystencją i decyzjami, które jej towarzyszą. Skupia się na budowaniu nastroju za pomocą magii liczb, oddziaływań genetycznych, procesów myślowych, zmuszających ludzkość do działań prowadzących do przetrwania, nieśmiertelności. Czy wychodzi naprzeciw naszych oczekiwań?

Bohaterami Miasta permutacji są Paul Durham, oraz Maria Deluca. Jedną i drugą osobę poznajemy w momencie, gdy pracują nad przedsięwzięciami umożliwiającymi powiązanie świata rzeczywistego z komputerowym. Mężczyzna budzi się jako Kopia – „elektroniczny klon żyjącego człowieka”. Jest to typowy przedstawiciel klasy naukowców, którzy pragną zrewolucjonizować życie wirtualne. Można powiedzieć, że w pewien sposób poświęca się dla tej idei w sposób nieodwracalny. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, blokuje program umożliwiający opuszczenie świata elektronicznego. W ten sposób odcina się ostatecznie od rzeczywistości i otrzymuje nieskończenie wielką ilość czasu na prowadzenie badań. Maria z kolei przypomina jedną z nastolatek, które oprócz ciągłego poszukiwania pracy uzależnione są od palącej potrzeby zabłyśnięcia, przekroczenia granicy możliwości. Tak jak już wspominałem obie te postaci nie są kreacjami pochłaniającymi nas do żywego. Nie będziemy z zapartym tchem śledzić ich zmagań, bo nie mają one w sobie nic z sensacji czy kryminału. Przypatrując się działaniom Paula Durahna i Marii Deluca jesteśmy świadkami podręcznikowej pracy programistów, biologów, chemików i całej masy innych umysłów mających kontakt z dziedzinami ścisłymi.

"Olśnienie" Poul Anderson


Olśnienie to historia Ziemi, której mieszkańcy – nie tylko ludzie, ale wszystkie stworzenia myślące – z dnia na dzień stali się niewyobrażalnie mądrzejsi. Iloraz inteligencji każdej istoty obdarzonej mózgiem wzrósł kilkakrotnie. Najlepiej znoszącymi zmianę okazują się naukowcy silni duchem i już pierwotnie o dużym ilorazie inteligencji. W powieści owe jednostki pełnią rolę nie tyle przewodników po nowym świecie – ciężko mówić o przewodnikach, gdy wszystko wokół ulega rozpadowi – co świadków zniszczenia, upadku rasy ludzkiej.

Poul Anderson oczyma naukowców odpowiada na pytanie: do czego może doprowadzić zbyt duża wiedza o otaczającym nas świecie. Wyobraźcie sobie społeczeństwo, w którym do wszystkich – począwszy od powiedzmy windziarzy po inżynierów – zaczyna docierać bezsens wykonywanych przez nich zadań. Ludzi, dla których pieniądz zupełnie traci na wartości w obliczu ogromu wszechświata. Nauczyciela nie widzącego potrzeby nauczania skoro i tak wszyscy kiedyś umrą, czy artystę nie znajdującego pocieszenia w swoich dziełach. Oto świat po przejściach, a właściwie po wyjściu ze strumienia pola magnetycznego blokującego rozwój inteligencji.

"Świat Jona" Philip K. Dick


Rozpoczynając studia historyczne życzyłem sobie małej ilości dat, krótkich godzin w bibliotece, troszeczkę dłuższych wyskoków na jedno małe niewstrząśnięte, długich nocy oraz przebywania w towarzystwie ludzi normalnych, lecz nie banalnych. Dziś mogę powiedzieć, że los był dla mnie łaskawy i spełnił niemalże wszystkie marzenia z tamtego okresu. Dlaczego nie wszystkie? Świat studencki potrzebuje błazna. Osoba taka dba o właściwą atmosferę w grupie, zapewnia rozrywkę pomiędzy zajęciami i w razie przedłużającej się na nich ciszy zawsze jest w stanie sypnąć złotą myślą. Nie przytoczę tutaj wszystkich, niezwykle celnych uwag odnośnie życia i śmierci, ale wspomnę jedną: „Wojna to czas zmian”. I od tego zacznijmy.

28 lipca 2011

"Steampunk" red. Ann & Jeff VanderMeer


„Biali ludzie byli w stanie od czasu do czasu wymyślić coś dobrego”. Trudno przeczyć temu stwierdzeniu, gdy się czyta antologię Steampunk. Jej redaktorzy bowiem – Ann i Jeff VanderMeer – podeszli do zadania bardzo profesjonalnie. Oprócz przemyślanego wyboru opowiadań, wzbogacili wspomniany zbiór tekstami publicystycznymi. Zabiegi te pozwalają postrzegać antologię Steampunk jako książkę skierowaną nie tylko do starych steampunkowych wyjadaczy, ale także do czytelników, którzy z mechanicznym wszechświatem nie mieli jeszcze do czynienia.

Zanim przejdziemy do omówienia opowiadań, warto spojrzeć na książkę z nieco szerszej perspektywy. Z pewnością nie każdy odbiorca literatury fantastycznej miał okazję zetknąć się z steampunkiem, a być może znajdą się i tacy, którzy sięgając po książkę wydawnictwa ArsMachina termin ów usłyszą po raz pierwszy. Jak już jednak powiedziałem, Steampunk to pozycja dla każdego. Rozwiązaniem problemu steampunkowych laików jest dwuczęściowa konstrukcja vandermeerowego zbioru, na który oprócz publicystyki składają się również mniej lub bardziej przystępne w odbiorze opowiadania. Siłą rzeczy jednak funkcję dydaktyczną pełnią głównie artykuły: Jessa Nevinsa Dziewiętnastowieczne korzenie steampunka, Ricka Klawa Parowy Wehikuł Czasu: Ujęcie popkulturowe oraz Steampunk graficzno-sekwencyjny: Skromny przegląd podgatunku na polu powieści graficznych Billa Bakera. Pierwszy z nich to nic innego jak historia steampunka w pigułce. Jego autor wspomina początki „mechanicznego wszechświata”; rozpoczynając od przytoczenia kilku powieści wagonowych (The Huge Hunter: Or the Steam Man of the Prairies E. Ellis, Frank Reade and His Steam Man of the Plains H. Enton) i przypomnieniu dokonań Juliusza Verne’a a kończąc wymienieniem podstawowych cech steampunka. Dwa pozostałe teksty to próba uzmysłowienia przeciętnemu zjadaczowi chleba, że steampunk odcisnął piętno niemalże na każdym elemencie popkultury; książkach (Diamentowy wiek Neal Stephenson, trylogia Mroczne materiały Philip Pullman), komiksach (Scarlet Traces), grach (Space 1889) i oczywiście filmach (Podróż do wnętrza Ziemi 1959, Wehikuł czasu 1961, Miasto Zaginionych Dzieci 1995).

"Zapłata" Philip. K. Dick


Zapłata Philipa K. Dicka to doskonały przykład tekstu osadzonego w realiach fantastyki naukowej. Z wypowiedzi głównych bohaterów można wywnioskować, że akcja opowiadania rozgrywa się w pierwszej połowie XXI wieku, prawdopodobnie w latach dwudziestych. Jest to okres nieograniczonej władzy Rządu oraz głównego organu wykonawczego - Tajnej Policji. Czasy, w których jednostka społeczna utraciła swoje prawa i do łask powróciła maksymalna kontrola obywateli. Philip K. Dick nie podaje konkretnych czynników, które doprowadziły do takiego, a nie innego wglądu systemu społeczno-politycznego. Niemniej można domyślić się, że ma to związek z rozwojem kapitalizmu i podziałem wpływów w społeczeństwie między władzę państwową i wielkie korporacje. Człowiekowi, jako jednostce funkcjonującej w owym społeczeństwie została przydzielona tylko rola biernego obserwatora.

27 lipca 2011

"Wojna starego człowieka" John Scalzi


Fantastykę naukową zaliczyć można do gatunku ginącego. Kto dziś sięga po klasyków? Ile osób w dzisiejszych czasach zna twórczość Stanisława Lema? Czytelnicy, którzy myślą w tej chwili o Peterze Hamiltonie, a nie czytali Solaris niech lepiej nie podnoszą ręki. Natomiast osobom, które znają ojców science fiction, serdecznie gratuluję. Należycie do mniejszości, ale to dobra mniejszość. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Proszę nie mówcie, że fantastyka naukowa zestarzała się bądź przekazała wszystko, co miała do przekazania. Bzdura totalna, ale jeżeli nawet założymy – czysto hipotetycznie – że tak jest w istocie, to wzywam wszystkich pisarzy do podkradania pomysłów „starych” wyjadaczy takich jak Philip Dick i Robert Heinlein. Ukazywania ich z nowym zapałem i w realiach XXI wieku. Być może jest to właśnie właściwa droga dotarcia do współczesnych czytelników. Zafascynowania ich do tego stopnia, że zejdą z koni, porzucą elfickie łuki, wsiądą na pokłady międzygwiezdnych wahadłowców i wyruszą tam, gdzie żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

"Bratnie dusze" Mike Resnick & Lezli Robyn

Historie o robotach zawsze wywoływały u mnie zaciekawienie. Od razu dodam, że nie jestem pasjonatem elektronicznych zatrzasków, spojówek i wszelkiego rodzaju śrubek. Nie zastanawiam się nad rozwiązaniami technicznymi ani tym bardziej nad antropologiczną doskonałością blaszaków. Źródłem mojej fascynacji są podobieństwa występujące pomiędzy człowiekiem a maszyną. Jakiś czas temu zdarzyło mi się nawet napisać na zbliżony temat opowiadanie. Wiem, wiem nie ta liga, ale od czego są marzenia?

26 lipca 2011

"Genesis" Poul Anderson


Dokąd zmierzamy? Co jest celem naszej egzystencji? Prędzej czy później każdy staje wobec takich pytań i każdy – świadomie bądź nie – poszukuje na nie odpowiedzi. Taka jest natura człowieka. Tego typu zagadnienia towarzyszyły ludzkości od początku i prawdopodobnie będą towarzyszyć nadal. Są obecne w religii, polityce, w książkach, filmach. Od tych pytań nie sposób uciec, są nie mniej natarczywe od nas. Jednakże choćbyśmy nie wiem jak pragnęli, odpowiedzi nie będą oryginalne. Owszem, każda pod pewnym kątem będzie indywidualna, choć sprawiedliwiej byłoby powiedzieć ‘zmodyfikowana’, gdyż będzie pochodzić z tego samego źródła. Ku czemu bowiem dąży każda jednostka? Ku przetrwaniu. Do tego zmierza człowiek, odkąd nauczył się posługiwać ogniem i właśnie ten cel będzie przyświecał podróżom w kosmos.

"Podziemia Veniss" Jeff VanderMeer


"Pozwólcie, że opowiem wam o mieście"* a dokładnie o jego, niezwykłościach. Do 20 lipca 2009 roku były dla mnie jedną, wielką tajemnicą. Nie czytałem Miasta szaleńców i świętych ani opowiadań i Podziemia Veniss stanowiły mój chrzest bojowy odnośnie twórczość pana VanderMeera. Nie zawiodłem się. Powieść, wchodząca w skład serii Uczta Wyobraźni, okazała się literackim rarytasem.

Jeff VanderMeer w podsumowaniu książki – Veniss zdemaskowanie. Prekursorzy i objawienia– zdradza, że wykreowany przez niego świat powstawał w bólach i zwątpieniu. Rozterki towarzyszące pisaniu książki dotyczyły głównie jej punktów przełomowych. Momentów mających uwypuklić, jak najsilniej podkreślić, podsumować istotę świata widzianego oczyma pisarza oraz bohaterów w nim funkcjonujących. Autor wspomina opowiadania, opowiastki stanowiące niejako zalążek uniwersum Podziemi.... Początek czegoś, co być może nigdy nie powstałoby gdyby nie katedra w Yorku, impuls, którego skutki można podziwiać w niniejszej książce. "Poczułem, jak jeżą mi się włoski na rękach, przeszedł mnie dreszcz. Kolumny przypominające snopy powiązanych ze sobą rur wydały mi się czymś zupełnie obcym, czymś nie z tego świata. Nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałem. Czułem przebiegające mi po skórze ciarki. Coś zaczęło we mnie rosnąć, dojrzewać".** Podobnych wrażeń można doznać pochłaniając Podziemia... kartka po kartce. VanderMeer już po kilku wersach udowodnia, że drzemie w nim niezauważalny do tej pory potencjał pisarki. To, co zaserwował w historii, o Veniss sprawiło, że z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnych jego dokonań.