27 lutego 2011

"Wielki marsz" Stephen King

Tragedie przyciągają. Horrory, thrillery, powieści sensacyjne. Dlaczego po nie sięgamy? Szukamy wrażeń? Wystarczy wyjrzeć za okno... Człowiek dzisiejszy to nikt inny jak wielki kłamczuch, oszukujący na dodatek samego siebie. Pozuje na kochającego męża, spokojnego sąsiada, poukładanego obywatela, ale w gruncie rzeczy nic go nie cieszy tak bardzo jak pech drugiego człowieka. „Człowiek (...) oszukuje siebie tak często, że gdyby mu za to płacili, mógłby się spokojnie utrzymać”*. Ciekawe, gdzie nas to zaprowadzi.

Przyszłość. Choć Stephen King nie podaje konkretnych dat, to łatwo dostrzec, że mowa o czasach niezbyt odległych. Świat nadal funkcjonuje według starych podziałów, ze Stanami Zjednoczonymi jako swoim reprezentantem. Od razu jednak trzeba zaznaczyć: nie jest to świat, jaki znamy. Ameryka z „Wielkiego marszu” to bliźniak Ameryki znanej z innej książki pisarza z Maine. Podobnie jak i w „Uciekinierze” stajemy oko w oko z rzeczywistością, w której prym wiodą reality show. Bardzo krwawe reality show. W odróżnieniu jednak od późniejszej powieści Stephena Kinga**, w „Wielkim marszu” motorem kreującym wypaczone zachowania społeczne nie jest potężna Korporacja Gier, lecz system polityczno-społeczny noszący znamiona totalitaryzmu z lat trzydziestych dwudziestego wieku.

W powieści odnajdujemy większość cech definiujących państwo totalitarne. Począwszy od autokratyzmu, poprzez ingerencję aparatu rządowego we wszystkie dziedziny życia, a skończywszy na rozbudowanej propagandzie. Jest to świat, gdzie antyrządowe nastawienia są szybko zwalczane przez paramilitarne organizacje. Świat, w którym przywódcą Stanów Zjednoczonych jest Major – będący z lustrzanymi okularkami zakrywającymi oczy i wojskowym mundurze idealnym odbiciem Muammara al Kadafiego – osoba przez jednych uważana za dobroczynnego wodza, a przez innych za socjopatę wspieranego przez społeczeństwo. W tak uporządkowanej rzeczywistości ogromne znaczenia ma machina propagandowa. Tytułowy „wielki marsz”, któremu została przypisana ranga niemalże dyscypliny sportowej, jest właśnie jednym z jej podstawowych narzędzi. Środkiem do celu, czynnikiem popularyzującym w amerykańskim społeczeństwie kult wodza i siły.

Czy „Wielki marsz” należy traktować jako pewien rodzaj przestrogi? Po części na pewno. Pod przykrywką thrillera o prostej – żeby nie powiedzieć banalnej – fabule skrywa się poważna powieść obyczajowo-psychologiczna, dużo mroczniejsza niżby mogło się początkowo wydawać. Stephen King roztacza wizję świata, w którym podstawowe zasady moralne i etyczne powoli umierają, a przyszłość mieni się ciemnymi barwami.

W powieści jednak przerażającym nie jest fakt, że młodzi chłopcy mordowani się na oczach całego narodu amerykańskiego*** – nie ma co ukrywać, że i za pozwoleniem reszty świata – i nikt nie kiwnie nawet palcem w ich obronie. Najwięcej do myślenia dają przyczyny takiego a nie innego stanu rzeczy. Czytelnik obserwujący Kingowską rzeczywistość nie doszuka się jednoznacznych powodów, dla których doszło do degeneracji ludzkości. W „Wielkim marszu” – w odróżnieniu od takich powieści jak „Miasto ślepców” José Saramago czy „Droga” Cormacka McCarthy’ego – nie odnajdziemy śladów zniszczeń po wielkiej zarazie czy bombach atomowych. To nie jest świat postapokaliptyczny. Jeżeli można mówić o jakiejś apokalipsie to tylko o tej, która dokonała się we wnętrzu człowieka.

Motyw człowieka – maszynki czyniącej zło – spotykamy w twórczości Stephena Kinga bardzo często. W końcu nie od dziś wiadomo, co kręci pisarza z Maine, a właściwie – wokół czego kręcą się jego powieści. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam jednak, że nie są to wampiry ani nawiedzone things. O wiele częściej Stephen King poszukuje natchnienia obserwując nas samych – jego pisarski konik to amerykańska prowincja. Źródło Kingowych inspiracji to my. Nikt nie dostarcza tylu wrażeń, co na przykład małomiasteczkowa pielęgniarka czy lekko szurnięty pisarz. Choć nie, przepraszam. Na głowę bije ich człowiek poczytalny, świadomie znęcający się nad drugim człowiekiem, osoba dla której zadawanie bólu to hobby, codzienność. To właśnie po niego Stephen King sięga najczęściej i to on jest gwoździem programu w „Wielkim marszu”.


* S. King "Ręka mistrza"; Prószyński i S-ka; Warszawa 2008; s.123.
** Powieść "Uciekinier" (1982) ukazała się trzy lata po "Wielkim marszu" (1979).
*** Niniejsza powieść Stephena Kinga to historia grupy stu młodych chłopców biorących udział w corocznej imprezie pod nazwą – Wielki marsz. Zasady tej imprezy są bardzo proste. Każdy z jej uczestników musi iść z prędkością co najmniej czterech mil na godzinę, aż do momentu kiedy wszyscy z jego przeciwników zatrzymają się. Każde zwolnienie tempa poniżej wspomnianej wartości, zatrzymanie się albo złamanie regulaminu karane jest ostrzeżeniem. Jeśli przez godzinę marszu zawodnik nie otrzyma ostrzeżenia, jedno jest mu wymazywane. Można dostać maksymalnie trzy nagany. Za czwartym razem uczestnik nie jest już ostrzegany, tylko od razu otrzymuje czerwoną kartką – uśmiercający strzał z karabinu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz