08 kwietnia 2011

"Finch" Jeff VanderMeer

Jeff VanderMeer to twórca, którego największym atutem jest wyobraźnia. Przekonałem się o tym podczas lektury „Podziemi Veniss” oraz „Miasta szaleńców i świętych”, kiedy to miałem okazję podziwiać siłę słów pisarza. Stroniąc od utartych szlaków, posługując się prawdziwie malowniczymi opisami świata, stworzył wówczas niezwykłą mieszankę gatunków. Mozaikę wielobarwną i fascynującą.

Mówiąc o „Finchu” wypadałoby zacząć od paru słów o Ambergris, mieście, któremu nadanie ostatecznego kształtu zajęło panu Jeffowi VanderMeerowi blisko piętnaście lat. Piszę „ostatecznego”, gdyż osoby znające owo miejsce z wcześniejszej twórczości pisarza zauważą różnice w jego charakterystyce, a może nawet postawią tezę o ewolucji. Po pierwsze – w porównaniu z innymi powieściami – w „Finchu” autor ukazuje Ambergris przede wszystkim jako tło dla opisywanych wydarzeń i tym samym odbiera mu rolę pierwszoplanową. Ranga miasta maleje na rzecz kryminalnej historii, która koniec końców przynosi odpowiedzi nie tylko na pytania towarzyszące sprawie prowadzonej przez tytułowego bohatera, ale także pozbawiające sławne Ambergris uroku. O czym mówię? W „Mieście szaleńców i świętych” oraz w mniejszym stopniu w „Shriek: Posłowie” czytelnik niemalże automatycznie traktował Ambergris jako synonim tajemnicy. Na wielu poziomach poznania miasto było dla niego niedostępne; pozostawało jedynie snucie domysłów. Owa zagadkowość dotyczyła także istot zwanych Szarymi Kapeluszami, o których odbiorca nie wiedział nic, albo wiedział bardzo mało. Po lekturze „Fincha” wiele rzeczy ulega zmianie. Następuje kres atrakcyjności Ambergris, którą utożsamiam właśnie z wielkim znakiem zapytania odnośnie jego początków, kultury oraz historii mieszkańców.

Przeobrażeniom ulega również sposób mówienia o Ambergris. W „Finchu” jest to miejsce brudne, tajemnicze i niebezpieczne; przesiąknięte szarością powieści kryminalnej. Wędrując jego zakamarkami nie trudno nie uwierzyć, że oto trafiliśmy do źródła wszystkiego co złe i wstrętne normalnemu światu, do miasta, gdzie rządzi siła, korupcja i przemoc. Z pewnością nie jest to Ambergris, jakie znamy z „Miasta szaleńców i świętych”, gdzie było miejsce zarówno na powagę jak i humor, na szaleństwo i zwykłą ekscentryczność. Pozostało tak samo malownicze, ale zmianie uległa jego natura.

„Finch” to także a może przede wszystkim John Finch, którego poznajemy w momencie gdy jego przełożony, przedstawiciel Szarych Kapeluszy – o których często i gęsto w powieści – zleca mu nową robotę do wykonania. Stopniowo wychodzi na jaw, że tajemnicze podwójne morderstwo to coś więcej niż zimne trupy. Wraz z odsłoną kolejnych faktów sprawa przyspiesza, a cała powieść zaczyna coraz bardziej nabierać cech czarnego kryminału, osadzonego oczywiście w fantastycznych realiach. Johna Fincha polubiłem zaraz po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron. Winę za to mógłbym zrzucić na kilka czynników, lecz podkreślę jeden: podobieństwo tytułowego bohatera do postaci typu chandlerowskiego. Bo kimże jest John Finch, jak nie jednym z ostatnich prawdziwych detektywów? Samotną jednostką, która w pojedynkę musi rozwiązać sprawę, tylko z pozoru posiadającą jedno dno. Z drugiej strony może bardziej trafne byłoby nazwanie Fincha kolejnym wcieleniem Ricka Deckarda niż cholernym twardzielem Marlowem. Trudno jednoznacznie powiedzieć, ale wydaje mi się, że wyrażenie „chandlerowski” bardziej oddaje ducha pierwszoplanowej postaci jak i sam klimat powieści. A skoro jesteśmy przy atmosferze powieści, to dopowiem, że ostatni raz tak świetnie się bawiłem przy „Mieście i mieście” Chiny Miéville’a. Zarówno w „Finchu” jak i „Mieście i mieście” odnalazłem barwną rzeczywistość, umiejętnie przygotowaną mieszkankę gatunkową, niebanalną pomysłowość oraz wciągający kryminał.

Na zakończenie wypadałoby powiedzieć słówko o minusach powieści, ale naprawdę trudno wskazać mi chociażby jeden element, który drażniłby mnie jako czytelnika. Owszem można by było mieć za złe autorowi Fincha, że w pewnym sensie ograbił Ambergris z jego magicznego wizerunku i sprowadził do bardziej namacalnego wymiaru. Z drugiej strony, prędzej czy później, musiało to nastąpić. W „Finchu” pojawia się nowe Ambergris – tak odmienne od wcześniejszego – ale postrzegam to bardziej na plus niż na minus powieści. Wątpię, czy fani amerykańskiego pisarza byliby zadowoleni, gdyby zaserwował im po raz kolejny odgrzewany motyw.

„Finch” to moje drugie spotkanie z Jeffem VanderMeerem w przeciągu kilku tygodni, drugie udane. Tym razem redaktor antologii „Steampunk” – antologii, którą nie tak dawno zaprezentowało polskiemu czytelnikowi wydawnictwo ArsMachina – występuje w roli pisarza; budowniczego miasta Ambergris i sprawnego konstruktora powieści kryminalnej.
I oczywiście spisuje się w niej lepiej niż znakomicie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz