29 lipca 2011

"Miasto permutacji" Greg Egan


Miasto permutacji to książka niewątpliwie trudna w odbiorze. Nie jest to lektura przeznaczona do pociągu ani na poranne podróże do pracy. Nie odprężymy się przy niej, nie pochłonie nas akcja czy nietuzinkowi bohaterowie. Wręcz przeciwnie. Greg Egan, pisarz hard science fiction i programista, nie buduje powieści intrygującej, wciągającej od pierwszych kartek. Stawia na powolne, czasami dosłownie nudne, filozoficzno-naukowe rozważania na tematy związane z człowiekiem, jego egzystencją i decyzjami, które jej towarzyszą. Skupia się na budowaniu nastroju za pomocą magii liczb, oddziaływań genetycznych, procesów myślowych, zmuszających ludzkość do działań prowadzących do przetrwania, nieśmiertelności. Czy wychodzi naprzeciw naszych oczekiwań?

Bohaterami Miasta permutacji są Paul Durham, oraz Maria Deluca. Jedną i drugą osobę poznajemy w momencie, gdy pracują nad przedsięwzięciami umożliwiającymi powiązanie świata rzeczywistego z komputerowym. Mężczyzna budzi się jako Kopia – „elektroniczny klon żyjącego człowieka”. Jest to typowy przedstawiciel klasy naukowców, którzy pragną zrewolucjonizować życie wirtualne. Można powiedzieć, że w pewien sposób poświęca się dla tej idei w sposób nieodwracalny. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, blokuje program umożliwiający opuszczenie świata elektronicznego. W ten sposób odcina się ostatecznie od rzeczywistości i otrzymuje nieskończenie wielką ilość czasu na prowadzenie badań. Maria z kolei przypomina jedną z nastolatek, które oprócz ciągłego poszukiwania pracy uzależnione są od palącej potrzeby zabłyśnięcia, przekroczenia granicy możliwości. Tak jak już wspominałem obie te postaci nie są kreacjami pochłaniającymi nas do żywego. Nie będziemy z zapartym tchem śledzić ich zmagań, bo nie mają one w sobie nic z sensacji czy kryminału. Przypatrując się działaniom Paula Durahna i Marii Deluca jesteśmy świadkami podręcznikowej pracy programistów, biologów, chemików i całej masy innych umysłów mających kontakt z dziedzinami ścisłymi.

Miasto permutacji to jedno z tych dzieł, które choć wymagają maksymalnego skupienia, odpoczynku od czytania to jednak na długo zapadają w pamięć. Po raz kolejny zaznaczam, że nie dzieje się tak dzięki wciągającej akcji, ale fabule zahaczającej o tematy ukazane w odmienny sposób od powszechnie obowiązującego. Problemy związane z granicami zniewolenia samego siebie, pytania o korelację religii z nauką czy próby nakreślenia przez człowieka własnej tożsamości to tylko nieliczne przykłady zagadnień rozpatrywanych przez autora. I właśnie w miejscu należy podkreślić, iż Greg Egan w dość nietypowy sposób pisze o wspomnianych wyżej kwestiach. Nie prowadzi on, bowiem wykładów, dyskusji filozoficznych, ale stara się uzasadnić swoje wywody za pomocą konkretnych liczb. Zapewne, dlatego też książka przyprawia o bóle głowy, gdy po raz setny autor zapomina, iż nie każdy ukończył studia matematyczne. Prawdopodobnie to jest główna wada powieści. Niezbyt czytelny język literacki powoduje sporo zamieszania, choć oczywiście przy wzmożonym wysiłku intelektualnym Miasto permutacji okazuje się książką bardzo interesującą. Jeżeli ustatkujemy się, w pewnym sensie zasymilujemy się z wizją Grega Egana to z pewnością nie będziemy rozczarowani.


Jeżeli chciałbym doszukiwać się porównań z innymi pisarzami to powiedziałbym, że dokonania Grega Egana przypominają mi twórczość Philipa K. Dicka. Z góry jednak zaznaczam, że nie stawiam znaku równości pomiędzy tymi autorami. Autor Bożej inwazji czy Ubika zdecydowanie góruje nad swoim australijskim kolegą po fachu. Podobieństwa upatruję nie w stylu, ale w głównych motywach twórczości obu pisarzy. Zarówno Greg Egan jak i Philip K. Dick bardzo dużo uwagi poświęcają w książkach dogłębnemu poznaniu człowieka i jego natury. Ktoś mógłby powiedzieć, że większość utworów zawiera bardziej lub mniej podobne przemyślenia. Nie chodzi mi jednak o same motywy, ale sposób zestrojenia ich z akcją książek. Pisarze wyżej wymienieni nie bawią czytelnika sensacyjnymi opisami, zagmatwanymi zagadkami, dramatycznymi zwrotami akcji. Czynniki te tracą na znaczeniu, gdy w grę wchodzi poddanie się rozważaniom stricte metafizycznym. W Mieście permutacji najważniejszy jest człowiek jako przedstawiciel szerszego społeczeństwa zwanego powszechnie ludzkością. Tempo książki, choć początkowo zawrotne stopniowo zwalnia by w jeszcze większym stopniu uwypuklić przekaz główny. Mniej więcej tak samo zachowuje się fabuła w światach kreowanych przez Philipa K. Dicka.

Przyznam szczerze, że kilkakrotnie chciałem przerwać lekturę Miasta permutacji. Z wielu powodów, nie tylko odautorskich. Krzysztof Pochmara na łamach Katedry wspomina o „interpunkcyjnej chorobie” i ma rację. Ona rzeczywiście zniechęca do czytania. Dodajmy do tego momentami zbyt techniczny język wypowiedzi, nijaką akcję i faktycznie może być to powieść nie do przebrnięcia. I żadna „siła wyobraźni” czy „odwaga literackiej wizji” nie obroni historii wirtualnego świata stworzonej przez programistę z Australii. Książka Egana po prostu nie wpasowuje się w obecnie preferowane trendy. Z powodów wyżej wymienionych sięgnie po nią niewielki procent czytelników. Nie oznacza to oczywiście, że książka jest zła. Jest po prostu inna. Jej bohaterowie nie mają zamiaru zabawiać, zafascynować odbiorców. Można powiedzieć, że są jedynie tłem (w dosłownym tego słowa znaczeniu) dla przemyśleń Grega Egana.

Australijski pisarz, autor jeszcze takich powieści jak Kwarantanna (1992) czy Stan wyczerpania (1994), nie opowiadania historii w sposób pasjonujący, wciągający. Nie wychodzi naprzeciw literaturze rozrywkowej, w Mieście permutacji nie ma miejsca dla dramaturgii, spektakularnych zwrotów akcji. Egan rezygnuje z tego wszystkiego dla głębszego, ciśnie się na usta określenie „naukowego”, podejścia do kwestii tożsamości, natury człowieka współczesnego. Jeżeli ktoś pragnie uczestniczyć w eksperymencie, gdzie granica jest tylko nasza wyobraźnia, to bardzo serdecznie zapraszam do zapoznania się z niniejszą pozycją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz