16 lipca 2011

"Słońce Słońć" Karl Schroeder

Sięganie po autora debiutującego powieścią na polskim rynku czytelniczym zawsze niesie ze sobą ryzyko. A jeżeli pisarstwo Pana X nie będzie tym, na co czekaliśmy przez ostatnie tygodnie? W końcu opowiadanie rządzi się innymi prawami niż książka. Medialny szum zrobił swoje i zapowiada się dobrych trzystu sześćdziesięciu stron tekstu, lecz między Bogiem a prawdą nikt nie może być niczego pewien. Nawet najlepiej rozreklamowana historia może okazać się literackim bełkotem, za który – gdybyśmy wiedzieli – nie zapłacilibyśmy złamanego grosza. Szczęśliwie dla czytelników i wydawcy powyższy scenariusz nie dotyczy pierwszej księgi Virgi. Przy lekturze Słońca Słońc Karla Schroedera bawiłem się znakomicie i tym samym mam cichą nadzieję, że Andrzej Jakubiec nie poprzestanie na jednym, ale pokusi się także o kolejne teksty kanadyjskiego pisarza.

Nie tak dawno przeczytałem, że przewaga fantasy nad science fiction wynika po części z faktu kreowania przez spadkobierców Tolkiena światów o wiele atrakcyjniejszych dla czytelnika niż rzeczywistość fantastyczno-naukowa. Czy autor wypowiedzi miał rację pisząc te słowa? Choć prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku, to jednak nie ukrywajmy: przeciętny czytelnik częściej sięga po fantasy niż science fiction, gdyż jest ono zwyczajnie przystępniejsze w odbiorze. Książki ukazujące się pod szyldem fantastyki naukowej cieszą się dużo mniejszym powodzeniem. Mając na uwadze powyższe, siłą rzeczy martwiłem się o powieść Karla Schroedera. Bądź co bądź okładka wyraźnie sugeruje potencjalnemu odbiorcy, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Takie mniej więcej myśli zaprzątały mą głowę przed lekturą Słońca Słońc.

Oczywiście myliłem się i obawiałem niepotrzebnie, bo siła wspomnianego tekstu tkwi właśnie w wykreowanej przez autora rzeczywistości. Wszystkich zainteresowanych niniejszą książką zapewniam, że czytając Słońce Słońc nie będą musieli trzymać na kolanach słownika wyjaśniającego chociażby podstawowe pojęcia z fizyki czy astronomii. Owszem, brakuje w fantastyce naukowej twórców umiejących w prosty i żywy sposób docierać do wyobraźni czytelników, ale Karl Schroeder z pewnością do nich nie należy. Już po kilkudziesięciu stronach tekstu widać, że kanadyjski pisarz odrobił zadanie domowe i zapoznał się z oczekiwaniami miłośników literatury fantastycznej. Przystępując do tworzenia świata, znanego pod nazwą Virga, zrobił coś, co jak sądzę, zapewni mu zwolenników zarówno ze strony fanów fantasy, jak i science fiction. Parafrazując Borysa Strugackiego wziął bajkową czarodziejską różdżkę a następnie sprawił, że zaczęła ona kierować strumieniem neuronów. Konstrukcja fabuły opiera się na prostym w gruncie rzeczy, charakterystycznym bardziej dla fantasy niż science fiction, pomyśle. Mamy bohatera z poczuciem misji do wypełnienia i przeciwieństwa, którym musi podołać, aby tę misję wykonać. Nie zbawia on świata, nie walczy z przedwiecznym Złym, ale zadanie, jakiego się podjął, jest dla niego nie mniej ważne a dla odbiorcy nie mniej atrakcyjne.

Świat stworzony przez Karla Schroedera to wypełniony powietrzem i dorównujący rozmiarom planety balon zwany Virgą. W jego wnętrzu można spotkać dryfujące skały, naturalne i nienaturalne zbiorniki wody oraz wirujące wokół własnej osi miasta, miasta przywodzące na myśl steampunkowe koła ze szprychami. Jak każda „planeta”, Virga podzielona jest na regiony o mniej lub bardziej sprzyjającym klimacie – w Słońcu Słońc rolę miejsca niezbyt przychylnego człowiekowi spełnia terytorium zwane po prostu zimą – uzależnionym od położenia danego obiektu względem sztucznych Słońc. Prezentacja świata? Peter Watts, autor, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, przekonuje, że „od czasu Śródziemia nie natrafił na tak plastyczną wizję obcego uniwersum”* i dużo w tym prawdy. Chodząc, delikatnie frunąc ulicami miastokół Virgi bądź też latając pomiędzy nimi na aerocyklach, kojarzącymi się z lucasowymi ścigaczami, nie można nie zachwycić się pomysłowością Karla Schroedera, ale przede wszystkim nie można nie pogratulować mu sposobu, w jaki tę pomysłowość zaprezentował. Wkraczający w świat Virgi odbiorca nie jest pozostawiany sam sobie. Tak jak wspomniałem, Schroeder, przystępując do prac nad pierwszą księgą swojego cyklu, podszedł do tego bardzo profesjonalnie i dostosował fantastyczno-naukowy język wypowiedzi do każdego typu odbiorcy. Żywy, dynamiczny opis wydarzeń i postaci – o nich opowiem za chwilę – kojarzy się z barwną rzeczywistością powieści fantasy. Czytelnik, czy to przemykając zaułkami Rush, pełnymi bezdomnych ogrzewających dłonie nad ogniem w metalowych beczkach (czy czegoś to Wam nie przypomina?), czy też zwiedzając biura admiralicji Slipstreamu, nie podąża za nieznającym własnego świata bohaterem. Wręcz odwrotnie. Wielokrotnie miałem do czynienia z postaciami gubiącymi się we własnej rzeczywistości, postaciami, które swoją niewiedzą zmuszały autora do tłumaczenia im wszystkiego w sposób natarczywy i naukowy. W Słońcu Słońc poznajemy rzeczywistość – jej steampunkową technikę i społeczno-polityczne zatargi na linii zwycięzcy-pokonani – równie szczegółowo, ale za to stopniowo. Dzięki temu nie mamy wrażenia przeładowania tekstu nachalną faktografią, gdzieniegdzie okraszoną językiem charakterystycznym dla utworów science fiction i możemy skupić się na tym, co najważniejsze: na wciągającej historii z atrakcyjnymi bohaterami.

Dobrze skonstruowany bohater to połowa sukcesu książki. Jakich bohaterów spotkamy czytając Słońce Słońc? Takich, jakich potrzebuje powieść przygodowo-fantastyczna i czytelnicy po nią sięgający. Postacią grającą w powieści Schroedera pierwsze skrzypce jest Hayden Griffin, którego ojczyzną jest Aerie – państwo podbite przez Slipstreamowców. Poznajemy go w dość trudnym dla niego okresie: stracił rodziców, a próba wyzwolenia Aerie, która dla zamordowanych ojca i matki była dosłownie całym życiem, zakończyła się fiaskiem. Osierocony i zdany tylko na siebie, postanawia po latach zemścić się, zabijając narodowego bohatera najeźdźców z Rush. Przenika w szeregi wroga, jest coraz bliżej celu i nagle zjawia się Ruch Oporu Aerie i zaczyna mącić mu w głowie. Jeżeli mam być szczery, to Griffin przypomina mi młodego Hana Solo: lekko postrzelony, ambitny i działający na kobiety, świetny pilot. Momentami wnerwiający dupek, ale ogólnie sympatyczny koleś. Koleś, który z czasem zaczyna rozumieć, że może być coś ważniejszego niż zemsta. Drugą, równie ważną postacią Słońca Słońc jest Venera Fanning, żona admirała Slipstreamowców, którego chce sprzątnąć Griffin. Córka Pilota, osoby sterującej balonem i traktowanej na podobieństwo króla, została wychowana w otoczeniu twardych polityków, którymi rządziły jeszcze twardsze zasady. Wykazując się od najmłodszych lat ambicją i samodzielnością, w wieku szesnastu lat zaszantażowała własnego ojca i wymusiła jego zgodę na jej ślub ze wspomnianym admirałem. Czy zmieniła się w ciągu tych kilkunastu lat? Nie. Podczas pierwszego spotkania widzimy ją knującą za plecami męża i snującą własne dalekosiężne plany. Żeby wszystko jeszcze bardziej było poplątane jednym z jej sług, dość bliskim, jest Griffin. Podsumowując ten wątek, patrząc na dwójkę głównych bohaterów, nie sposób nie zauważyć kontrastu, który tworzą. Z jeden strony mamy do czynienia z lekko zwariowanym pilotem, pełnym nie do końca przemyślanych pomysłów, z drugiej z wyrafinowaną i chłodną damą z królewskiego rodu. Nie tworzą duetu, choć można odnieść takie wrażenie. Wymyślając Griffina i Venerę, Schroeder hołdował prostej zasadzie: postacie pierwszoplanowe nie mogą czytelnika nudzić. Muszą być zaprezentowane w sposób żywy, dynamiczny i ujmujący dla odbiory. Tacy z reguły są wszyscy bohaterowie powieści przygodowych i stanowią wielką ich zaletę.

Kończąc, sądzę że sięgając po Słońce Słońc będziecie zadowoleni. Nie jest to literatura na miarę Reynoldsa czy Stephensona, ale widać, że kanadyjski pisarz ma pomysł i dryg – jeżeli można to tak nazwać – do czytelników. Zna potrzeby współczesnego odbiorcy i umie to wykorzystać. Napisał wciągającą od pierwszych stron powieść przygodową osadzoną w fantastycznej, doprawionej szczyptą steampunka rzeczywistości z ciekawymi bohaterami i niesamowitym uniwersum. Z pewnością wrócę jeszcze nie raz do twórczości Karla Schroedera.


* K. Schroeder Słońce Słońc; Ars Machina; Lublin 2011; s. tylna okładka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz