27 lipca 2011

"Wojna starego człowieka" John Scalzi


Fantastykę naukową zaliczyć można do gatunku ginącego. Kto dziś sięga po klasyków? Ile osób w dzisiejszych czasach zna twórczość Stanisława Lema? Czytelnicy, którzy myślą w tej chwili o Peterze Hamiltonie, a nie czytali Solaris niech lepiej nie podnoszą ręki. Natomiast osobom, które znają ojców science fiction, serdecznie gratuluję. Należycie do mniejszości, ale to dobra mniejszość. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Proszę nie mówcie, że fantastyka naukowa zestarzała się bądź przekazała wszystko, co miała do przekazania. Bzdura totalna, ale jeżeli nawet założymy – czysto hipotetycznie – że tak jest w istocie, to wzywam wszystkich pisarzy do podkradania pomysłów „starych” wyjadaczy takich jak Philip Dick i Robert Heinlein. Ukazywania ich z nowym zapałem i w realiach XXI wieku. Być może jest to właśnie właściwa droga dotarcia do współczesnych czytelników. Zafascynowania ich do tego stopnia, że zejdą z koni, porzucą elfickie łuki, wsiądą na pokłady międzygwiezdnych wahadłowców i wyruszą tam, gdzie żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Długo czekałem na powieść, która przypomniałaby stare dobre czasy, kiedy klimaty science fiction przekazywane były w formie przystępnej dla każdego odbiorcy. Tak. Uważam, że takich książek – gatunkowo związanych z fantastyką naukową – brakuje na rynku. Jak już wspomniałem żyję w czasach zdominowanych przez miłośników fantasy. Fani twórczości J.R.R. Tolkiena, Roberta Jordana, czy Stevena Eriksona stanowią większość w fantastycznych kręgach. Jednej z przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy dopatruję się w stylu pisarskim dzisiejszych twórców science fiction. Owszem, historie tworzone choćby przez wymienionego wcześniej Petera Hamiltona oraz Alastaira Reynoldsa wciągają i dla osób zaznajomionych z fantastyką naukową stanowią dobrą pożywkę intelektualną, ale dla miłośników fantasy mogą okazać się niestrawne. Śmiem twierdzić, że czytający przed wzięciem ich do ręki powinien zaopatrzyć się w bogaty słownik wyjaśniający chociażby podstawowe założenia astronomiczne. Tak. Brakuje powieści naukowych, których autorzy umieją docierać do przeciętnych zjadaczy chleba.

Doczekałem się w 2008 roku, kiedy to ISA wydała Old man’s war Johna Scalziego. Kto by się spodziewał, że wydawnictwo kojarzone z twardą fantasy sięgnie po pisarza związanego z fantastyką naukową? Pewnie nikt. Sam bardzo długo wzbraniałem się przed tą książka, właśnie z uwagi na wydawcę. Byłem głupi.

John Scalzi przenosi czytelników w czasy, gdy Ziemia jest zadupiem, a losy rodzaju ludzkiego spoczywają w rękach Kolonialnych Sił Obrony. Nie jest to organizacja tylko i wyłącznie o charakterze militarnym. Podstawowym jej zadaniem pozostaje ochrona ludzkich kolonii, niemniej od KSO zależy także polityka zagraniczna, jeżeli można tak nazwać walkę ze wszystkim, co wygląda inaczej niż istota ludzka. Historykowi nie wypada nie zauważyć, że hasła głoszone przez KSO mocno pokrywają się z polityką wysoko rozwiniętych gospodarczo państw z przełomu szesnastego i siedemnastego wieku. Przeludnienie obszarów rodzimych, a co za tym idzie dążenie do znalezienia nowych terenów osadniczych, poszukiwanie złóż surowców, to tylko niektóre z przyczyn ekspansji. Podobnie sprawa ma się ze skutkami kolonializmu. John Scalzi, jak i doświadczenia przeszłości, pokazują, że wraz z terytorialną ekspansją ma miejsce niszczenie innych kultur.


Głównym bohaterem powieści jest John Perry, siedemdziesięciopięcioletni starzec, które może: na zawsze porzucić Ziemię i rozpocząć nowe życie jako żołnierz Kolonialnych Sił Obrony; stać się supernowoczesnym wojownikiem; uprawiać seks i udowodnić światu – a raczej wszechświatu – swoją wartość. I na koniec, osiedlić się na wybranej przez siebie planecie, aby spokojnie umrzeć. John Scalzi bez wątpienia wie, jak budować ciekawe postacie. Już w trakcie pierwszego spotkania z Johnem Perrym przekonujemy się, że nie mamy przed sobą wojskowego golema, ale człowieka z krwi i kości, i składa się z „miliardów mikroskopijnej wielkości robotów, które robią wszystko to, co robiła ludzka krew – z tym, że robią to lepiej”.* Obserwując wojskową karierę Johna Perry’ego – zielonego młodzieńca, patriotę gotowego bronić rodzaju ludzkiego przed potworami – poznajemy, jak bardzo wszechświat jest nieprzyjazny dla człowieka. Autor równomiernie naszkicował wszystkie strony głównego bohatera. Tworząc go, widział w nim nie tylko dobrego żołnierza, oddanego towarzysza walki, ale także człowieka z wieloma latami doświadczeń. Siedemdziesięciopięcioletniego staruszka wyposażonego w udoskonalone genetycznie ciało.

Wojna starego człowieka to space opera w najlepszym wydaniu. Nie będę wymieniał wszystkich twórców fantastyki naukowej, którzy mieli bądź mogliby mieć wpływ na powieść. Uważny czytelnik na pewno dostrzeże szlaki przetarte przez Roberta Heinleina, Timothy’ego Zahna, Alfreda Bestera, czy nawet Howarda Philipsa Lovecrafta. Świat poszedł naprzód, zrodził Johna Scalziego, ale to od nich wszystko się zaczęło. Scalzi pisząc Wojnę starego człowieka nie zapomniał o niczym. Jest w niej miejsce na rzetelne – ale proste w przekazie – przedstawienie działań wojennych, naukowo-ludzkie wyjaśnienie zasad rządzących przestrzenią kosmiczną, bezwzględne potwory z ich wierzeniami i rytuałami oraz solidnych żołnierzy starających się nie zapomnieć o swoim człowieczeństwie. Styl pisarski jest bardzo wyważony. Obok wojskowego języka pojawia się sentymentalizm, a miejscami również humor. Całość sprawia wrażenie książki przemyślanej (ciekawe postacie, sprawna narracja, dynamiczna fabuła), wzorującej się na klasykach gatunku, ale jednocześnie świeżej i oryginalnej.

Old man’s war mógłbym polecić każdemu.
W pierwszej jednak kolejności polecam miłośnikom fantasy. Ta książka przekona Was do fantastyki naukowej. Pokaże, że science fiction może być przystępne dla każdego, nie tylko dla matematycznych orłów. Także czytelnicy, którzy ze space operą mieli styczność już wcześniej, nie będą zawiedzeni. John Scalzi przypomni im wszystko, co najlepsze w tym gatunku. I wreszcie, jako ostatnich będę zachęcał do książki wszystkich którzy przekonali mnie do zaczytywania się w science fiction. Mieliście rację. Jest to rozrywka najwyższych lotów.


* J. Scalzi, Wojna starego człowieka, ISA, Warszawa 2008, s.138.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz