27 sierpnia 2011

"Rakietowe szlaki" (tom I) red. Lech Jęczmyk, Wojtek Sedeńko

W przedmowie niniejszej antologii (Lecz Jęczmyk Na wstecznym biegu) czytamy: „Dlaczego postanowiliśmy z Wojtkiem Sedeńką i Solarisem wydać wybór starej science fiction z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? (...) uznaliśmy, że świat zaludnili zupełnie nowi ludzie, i byłoby żal, gdyby ominęła ich przyjemność lektury tych historii”*. Krótko i na temat. Czy wystarczająco na tyle, aby rzeczywiście zachęcić do lektury wszystkich „zupełnie nowych ludzi”? Na pewno nie. Obawiam się, że większość młodego pokolenia nawet nie zerknie na Rakietowe szlaki, gdyż kolokwialnie mówiąc: to nie ich klimaty. Epoka literatury science fiction, mającej stricte naukowy charakter, dobiega końca. Dziś na topie jest zupełnie inny rodzaj science fiction, jej forma przeintelektualizowana, której daleko do fantastyki naukowej z drugiej połowy ubiegłego stulecia. Po antologię Lecha Jęczmyka sięgnie zapewne pokolenie starsze oraz nieliczni przedstawiciele młodego, którzy tęsknią za klasykami pokroju powieści Aldissa. Mam nadzieję, że się mylę.

Na Rakietowe szlaki przyszło nam czekać dwa lata, ale było warto. Redaktor Jęczmyk, podsumowując ów dwuletni okres wysiłków, miał stuprocentową rację mówiąc, że zbiór ten to kawał dobrej literatury. Dobrej zarówno pod względem językowym – z Różą dla Eklezjastesa i Skalpelem Occama na pierwszym miejscu – jak i tematycznym. Wszystkich napaleńców od razu jednak ostrzegam, że cały czas rozmawiamy o tekstach pisarzy drugiej połowy dwudziestego wieku, tekstach oscylujących wokół motywów klasycznych, oddalonych od chociażby popularnego ostatnio steampunku czy cyberpunku. Rakietowe szlaki to przede wszystkim opowiadania mające odświeżyć współczesnemu odbiorcy ułamek literackiej historii pierwszego kontaktu z przedstawicielami innych gatunków, ale nie tylko. W zbiorze nie zabraknie tekstów poświęconych zagadnieniom czasoprzestrzeni (Powolne ptaki, Człowiek ze swoim czasem), fantastyki socjologicznej (Profesor opuszcza scenę, Ci, którzy odchodzą z Omelas) oraz tematów około fantastycznych, co nie znaczy jednak, że mniej ciekawych (Tajemniczy dom). Mnogość poruszanych w tekstach zagadnień, motywów powinna zadowolić nawet najwybredniejszych, o ile będą pamiętać o celu, jaki przyświecał wydaniu Rakietowych szlaków made in Solaris. Klasyka przede wszystkim.

Klasyka klasyką, ale Rakietowe szlaki spółki Sedeńko-Jęczmyk naprawdę robią wrażenie. I nie mówię tylko o wybranych do zbioru tekstach – gdy spojrzycie na spis treści zrozumiecie, że nie potrzebują one reklamy – ale o sposobie w jaki zostały zaprezentowane. Opowiadania zostały dobrane na zasadzie kontrastu. Oczywiście są to tylko spekulacje, ale sądzę, że aby dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców twórcy niniejszej antologii kierowali się prostą i idealną w tym wypadku zasadą: dla każdego coś miłego. Tak więc uspokajam wszystkich, którzy słowo „klasyka” kojarzą z prostymi i mało ciekawymi tematami. Dzięki wspomnianej już zasadzie, obok opowiadań wymagających od czytelnika choćby odrobiny zastanowienia znalazły się i typowe teksty rozrywkowe, lekkie i przyjemne w lekturze. Mówiąc o pierwszej grupie, mam na myśli przede wszystkim Porwanie w powietrzu Johna Varleya, będące ukłonem w stronę genetyczno-biologicznych fascynacji autora, Skalpel Occama Theodore’a Strugeona oraz krótki, ale jakże treściwy tekst Ursuli Le Guin (Ci, którzy odchodzą z Omelas). Do tego worka wrzuciłbym również Ubranie na miarę Jamesa White’a, będące na pierwszy rzut oka żartobliwą, ale w gruncie rzeczy bardzo dojrzałą – ukazującą nie wielkie, ale maleńkie trudności podczas spotkanie dwóch odmiennych kultur – wizją kontaktu ludzkości z cywilizacją pozaziemską oraz opowiadanie Briana Aldissa Człowiek ze swoim czasem, które w mojej ocenie jest najlepszym utworem w antologii.

Idźmy dalej. „Stara, dobra science fiction (...) bawi, śmieszy, porywa, wciąż zaskakuje”**, zgadza się? Zgadza. Nie chcąc nudzić czytelników, fantastyka naukowa powinna od czasu do czasu uciec od zbędnego momentami intelektualizowania, oderwać od cyfrowego mędrkowania i przybrać postać najczystszej rozrywki, oczywiście rozrywki inteligentnej. Ideałem pod tym względem są dla mnie Dzienniki gwiazdowe Stanisława Lema, do których często wracam i będę wracał, gdyż śmiem twierdzić, że dzisiejsza science fiction nie jest w stanie ich zastąpić. Mając w pamięci powyższe, tym bardziej ucieszyłem się, widząc w Rakietowych szlakach opowiadania, których głównym zadaniem było właśnie wywołanie u czytelnika uśmiechu na twarzy. Szczególne wrażenie wywarła na mnie opowieść o wieśniakach mutantach, czyli rodzince Hogbenów autorstwa Henry’ego Kuttnera oraz utwór Williama Tenna Bernie Faust. Oczywiście w innych opowiadaniach również nie brakuje elementów humoru (np. Kontrolex, To niemożliwe), ale dwa wyżej przytoczone teksty najlepiej udowadniają, że dobra science fiction potrafi nie tylko zmuszać do myślenia, lecz także bawić.

Redaktor Rakietowych szlaków pisze: „Fenomen science fiction jako odrębnego rodzaju literatury i filmu, więcej swoistej popkultury z własnymi nagrodami, zjazdami i wielkimi mistrzami prawdopodobnie dobiega końca”***. Prawda, współczesnej science fiction coraz dalej do jej korzeni. Od czasu do czasu pojawiają się na horyzoncie pisarze, którzy próbują do niej nawiązywać, ale trudno mówić o jakiejś większej fali. Dlatego tak ważna jest promocja klasyki, przypominanie autorów tworzących w czasach pełnego rozkwitu czystej fantastyki naukowej. I dlatego też tak ważne jest, aby takich antologii jak Rakietowe szlaki powstawało jak najwięcej.


* Rakietowe szlaki 1, red. Lech Jęczmyk, Stawiguda 2011, s.7.
** Tamże, s. tylna okładka.
*** Tamże, s.11.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz