01 sierpnia 2011

"Ręka mistrza" Stephen King

Co skłania nas do sięgania po książki Stephena Kinga? Odpowiedź jest prosta: w dużym stopniu nazwisko. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat skromnie zarabiający nauczyciel języka angielskiego uczynił ze swojego nazwiska prawdziwą kopalnię złota. Dzięki samozaparciu, ciężkiej rzemieślniczej pracy oraz kształtowanemu przez lata stylowi wypowiedzi uczynił z „Kinga” markę tak silną, że prawdopodobnie do końca życia kwestie finansowe nie będą spędzały mu snu z powiek. I bardzo dobrze. Zawsze byłem zdania, że jeżeli ktoś jest dobry w tym co robi, to powinien za to otrzymywać godziwą zapłatę. King jest pisarzem dobrym i płodnym, zatem jego interes się kręci.

Patrząc na ilość wznowień powieści i opowiadań Stephena Kinga na rynku polskim stwierdzam, że Polacy także dokładają starań, aby kingowy biznes przynosił zyski. Oczywiście nie wszyscy wyczekują z zapartym tchem na kolejne teksty mistrza, ale zdarzają się pasjonaci, którzy poza Kingiem świata nie widzą, bądź widzą zaledwie niewielką jego część. Książką do premiery której odliczałem dni i godziny była „Ręka mistrza”. Powiem jedno: było warto.

Powiew przeszłości

Od jakiegoś czasu krążą opinie, że literacka forma Stephena Kinga spada. Nigdy nie poświęcałem tym rewelacjom większej uwagi, ale między Bogiem a prawdą większą sympatią darzę teksty pisarza z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niż te bardziej współczesne. Nie ma co ukrywać. To pierwsze autorskie kroki pisarza z Bangor przyciągnęły moją uwagę jako czytelnika i tak naprawdę to właśnie one z uwagi na novum, jakie wprowadziły do literatury grozy, sprawiły, że mój kontakt z Kingiem jest od kilkunastu lat stały i nieprzerwany. Takie tytuły jak „Nocna zmiana”, „Lśnienie”, „Wielki marsz”, „Cmętarz zwieżąt” czy „To” postrzegam jako wzorzec kingowej doskonałości, do którego powinny dążyć wszystkie inne teksty Stephena Kinga.

W mojej ocenie „Ręka mistrza” jest pierwszym tekstem od wielu lat, któremu do kingowego wzorca jest najbliżej. Dlaczego? Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie; na sukces powieści złożyło się wiele czynników. Począwszy od świetnie zarysowanych głównych postaci, o których opowiem za chwilę, a skończywszy na motywie przewodnim.

Wspomniałem już, że w twórczość Stephena Kinga cenię za jej wkład w rozwój powieści grozy. Jednak odświeżenie pomysłów klasyków horroru, dostosowanie tych pomysłów do wymogów powieści współczesnej i oczekiwań czytelników z końca dwudziestego wieku to nie wszystko. Sięgając po „Rękę mistrza” należy spodziewać się powieści łączącej klasyczny motyw grozy – charakterystyczny chociażby dla prozy Lovecrafta – z pisarstwem przywodzącym na myśl twórców epoki pozytywizmu. Z pisarstwem autorów dziewiętnastowiecznych, którzy przystępując do pracy nad tekstem kreowali świat rzeczywisty w sposób rzetelny, oparty na empirycznej metodzie poznawczej. Świętością dla tych autorów było między innymi dokładne prezentowanie postaci – z uwzględnieniem ich zewnętrznej i emocjonalnej natury, której Kingowi także nie sposób odmówić.

Podsumowując ten wątek, „Ręka mistrza” powiewem wielkiej przeszłości. Po niezbyt ciepło przyjętej powieści „Blaze” z 2007 roku, czytelnicy otrzymali historię najwyższych lotów. Powieść mogącą bez obaw stanąć do walki z takimi tytułami jak „Bastion” czy „To”.

Doświadczeni przez Kinga

Proza Kinga jest bardzo bogata w bohaterów wartych zapamiętania; żeby wymienić tylko Jacka Torrance’a, Rolanda Deschaina czy Andy Dufresne’a. Prawa gatunku, w którym specjalizuje się King, są jednak nieubłagane i większość postaci przez niego kreowanych to jednostki ciężko doświadczane przez życie. Od czasu do czasu pojawi się wyjątek, ale jak każdy wyjątek potwierdza on tylko regułę.

Postacią numer jeden w „Ręce mistrza” jest amerykańskie dziecko sukcesu, właściciel dobrze prosperującej firmy budowlanej „Freemantle Company”. Edgar Freemantle – bo o nim mowa – ma kochającą żonę, cudowne dzieci, piękny dom i świetlaną przyszłość przed sobą. Jest przykładem twardego faceta, który rozkręcając własny biznes nie dał pożreć się starym wilkom branży budowlanej i wyszedł na swoje. Niestety tuż przed pięćdziesiątką przydarzył się Edgarowi dość poważny wypadek – jego „wypasiony na maksa dodge ram”* miał bliskie spotkanie z dwunastopiętrowym dźwigiem, w wyniku którego doszło do uszkodzonia mózgu, kilku połamanych żeber, konieczności życia bez prawej ręki, rozwodu z żoną i konieczności szukania nowego lokum. Cóż, nic nie trwa wiecznie, a już na pewno nie szczęście kingowych postaci.

Nowe życie Edgara rozpoczyna się na Florydzie, konkretnie na wyspie Duma Key – malowniczym skrawku lądu podzielonym pomiędzy pofałdowaną wydmami plażę i gęstwinę bujnej roślinności. To właśnie na niej doświadczony przez los budowlaniec odkrywa w sobie nowe zamiłowanie; mianowicie zaczyna malować. Początkowo nieśmiało, później z coraz większą pewnością siebie, rosnącą wprost proporcjonalnie do wzrastającego napięcia w książce. Wkrótce okazuje się, że malarski talent Edgara Freemantle’a to coś więcej niż bazgroły rekonwalescenta.

Inną postacią, bez której urok książki z pewnością nie byłby taki sam, jest prawnik – tajemnicza persona wyspy – Jerome Wireman. Gdzie tkwi siła postaci Wiremana? Nie wiem. Moją uwagę przykuł inteligencją, poczuciem humoru oraz pogodą ducha, która nie umarła w nim wraz ze śmiercią jego żony i córeczki. Tak, Jerome to kolejny bohater doświadczony przez Kinga. Wireman bardzo szybko dogaduje się z Edgarem, dla którego staje się kimś w rodzaju przewodnika po Duma Key. Przyjacielem na dobre i złe, przyjacielem nie zważającym na zło zamieszkujące wyspę.

Zarówno Edgar Freemantle, jak i Jerome Wireman to postacie ciężko potraktowane przez los, przeznaczenie czy jakkolwiek nazwać to, co pokierowało ich życiem. Pisząc ich historię, King szczególny nacisk położył na wewnętrzne przeżycia bohaterów, na targające nimi rozterki i na uczucia. To właśnie z uwagi na duchową sferę książki warto po nią sięgnąć.

„Rękę mistrza” mógłbym polecić każdemu. Jednak w pierwszej kolejności polecam osobom, które z twórczością Stephena Kinga nie mieli wcześniej do czynienia. Niniejsza powieść przekona Was, że horror to nie tylko głupiutkie straszydła wyskakujące z szaf, lecz również emocjonalna podróż. Czytelnicy, którzy z Kingiem mieli styczność już wcześniej, też nie będą zawiedzeni. Historia Edgara Freemantle’a to prawdziwa uczta, King w najlepszym wydaniu.


* S. King Ręka mistrza; Prószyński i S-ka; Warszawa 2008; s.11.




1 komentarz: