07 grudnia 2011

"Critters" (1986)


Istnieje granica ludzkiej wyobraźni? Nie sądzę, gdyż o ile pamięć mnie nie myli jest to równocześnie granica ludzkiej głupoty, a ta jak wiadomo jest wielkością nieskończoną. Świadectw jej obecności jest doprawdy bardzo wiele, wystarczy tylko uważnie rozejrzeć się wokół siebie. Ostatnio, leżąc opatuleni kocem i uganiając się za filmem na kolację, natrafiliśmy na Attack of the Killer Tomatoes!. Pomimo licznych argumentów przemawiających na korzyść niesfornych pomidorów nie przekonałem do nich żony. Szkoda. Niemniej, obiecałem jej, że do tematu pomidorów wrócimy. I wróciliśmy. Podczas niedzielnego śniadania.

Jeżeli zaś chodzi o sobotni wieczór to przegrałem bitwę, ale nie wojnę. Koniec końców obejrzeliśmy – choć w przypadku Oli to może za mocne słowo – przygody małych czarnych włochatych kuleczek; krwiożerczych of course. Krytowie rządzą! Zapewne będzie Wam trudno w to uwierzyć, ale mając lat kilka naprawdę bałem się tych kosmicznych drani. Ich maniery podczas jedzenia przyprawiały mnie o mdłości. Ich niepohamowany apetyt sprawiał, że często zasłaniałem oczy rękoma. Krytersi tak po prostu i zwyczajnie wywoływały u mnie gęsią skórkę, a seans kończyłem przed sceną finałową. Nie mogłem ryzykować. W mojej szafie mieściło się już nadto potworów i dla Krytów nie było w niej miejsca. Jak jednak pokazało życie, ciągnie wilka do lasu. W wieku dwudziestu siedmiu lat dorobiłem się kolejnej szafy.

Critters Stephena Hereka to kino dla osób o mocnych nerwach i bardzo, ale to bardzo dużej wyobraźni. Nie wiem czy zaliczam się do takowych, lecz prawdą jest, że tym razem wytrzymałem do końca seansu, dzielnie unikając zębów małych sukinsynów. Po co się narażałem? Jak wspomniałem: ciągnie wilka do lasu. Historie o Krytach zawsze wywoływały u mnie dziwną nostalgię na starymi dobrymi czasami, czasami pełnymi kaset VHS – w mojej miejscowości funkcjonowały trzy „wypożyczalnie video” – i odtwarzaczy niszczących ich taśmy, czasami gdy dopiero nieśmiało wkraczałem w świat grozy.

A właśnie, skoro jesteśmy przy temacie grozy to film nie jest arcydziełem pod względem technicznym. Niemalże na każdym kroku widać, że jest to film z gatunku niskobudżetowych. Głównym polem walki farmera Browna i jego rodzinki z gnojkami pochodzenia kosmicznego jest typowa amerykańska farma, jedna z tych leżących na uboczu, z dala od małomiasteczkowego zgiełku. Ot, drewniany dom, stodoła z romantycznym stryszkiem – takie wiejskie miejsce schadzek – oraz garaż, w którym farmer od czasu do czasu zabawia się w mechanika. Jeżeli chodzi o samych Krytów to były one animowane na dwa sposoby. Do ich przedstawienia używano, w zależności od sytuacji, albo włochatych kul (Krytowie toczący się) albo kukiełek nakładanych na dłonie (Krytowie gryzący, mówiący). Jak widać efekty specjalne to absolutne mistrzostwo prostoty.


Czy Critters to również mistrzostwo głupoty? Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Film oglądałem kilka razy i nigdy nie kojarzył mi się z czymś negatywnym. Być może wpływ na moją ocenę ma fakt, że był to jeden z pierwszych horrorów – z elementami science fiction – przeze mnie obejrzanych. Wiecie, jestem osobą sentymentalną, dla mnie historia o ciągle głodnych Krytach zawsze będzie historią kultową i będę do niej wracał wielokrotnie. Pamiętajcie, linia oddzielająca głupotę od geniuszu jest bardzo cienka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz