31 grudnia 2011

"The Mangler" (1995) "The Mangler Reborn" (2005)



O maglownicy chłepczącej ludzką krew świat usłyszał w grudniu 1972 roku, a wszystko za sprawą magazynu Cavalier, który opublikował opowiadanie niejakiego Stephena Kinga. Nie mam bladego pojęcia, czy historia o nawiedzonej maszynie podbiła wówczas serca czytelników, ale faktem pozostaje, że redaktorzy Cavaliera po teksty początkującego pisarza sięgali jeszcze kilkakrotnie. Oficjalnie historię krwiożerczej maglownicy opublikowano w zbiorze Night Shift z 1978 roku. Wspomniany zbiór jest moim ulubionym w dorobku pisarza. Zawiera całe mnóstwo świetnych tekstów (Jerusalem's Lot, Graveyard Shift, The Boogeyman, Children of the Corn, The Ledge), po które machina filmowa sięgała wielokrotnie. W marcu 1995 roku na ekranach zagościła kinowa wersja opowiadania, która doczekała się kilku kontynuacji (The Mangler 2, The Mangler Reborn).

Za wspomnianą The Mangler zabrał się Tobe Hooper, reżyser znany z takich filmów, jak chociażby Poltergeist czy The Texas Chain Saw Massacre. Facet z prozą Kinga miał już wcześniej do czyniania (serial telewizyjny Salem's Lot) i ekranizując ją wyszedł z podniesionym czołem. Sięgając po historię detektywa Johna Huntona spodziewałem się, jeżeli nie większego, to na pewno podobnego sukcesu. Co dostałem? Klapę i kicz. Oba te słowa idealnie podsumowują to, czego byłem świadkiem. Oceniając film można skrytykować niemalże wszystko. Poczynając od marnego aktorstwa, a kończąc na efektach specjalnych, których „specjalność” przejawiała się poprzez totalną beznadzieję. Po produkcjach z lat dziewięćdziesiątych oczekuję czegoś więcej, niż prostej animacji rysunkowej. Filmu nie ratuje gra samego Roberta Englunda, pamiętnego Freddy'ego z filmu Wesa Cravena. Filmu nie ratuje kingowy motyw. Z klapy Tobe Hoopera zapamiętam obraz tytułowej maglownicy. Nie, nie demona ją zamieszkującego, ale samo urządzenie. Maszynę, która ludzi magluje i prasuje z równą łatwiścią, co pościel.


Zanim jeszcze poznałem film Hoopera sięgnałem po The Mangler Reborn. To był mój pierwszy błąd, ale jak widać nie wszyscy uczą się na błędach. Nie żebym był jakimś strasznie wymagającym kinomanem. Po prostu wspomniany film pod każdym kątem zasłużył na miano beznadziejnego. Gdy umrę na moim grobie z pewnością nie będzie widniał napis "wybitny krytyk kinowy", niemniej tym razem intuicja nie zawiodła. Dlaczego zatem zdecydowałem się poświęcić swój cenny czas kolejnej wariacji The Mangler? Po pierwsze zapłaciłem za nią całe 10 złotych plus koszty przesyłki. Po drugie lubię filmy kręcone w oparciu o twórczość Stephena Kinga. Po trzecie od czasu do czasu dobrze obejrzeć coś z dolnej półki w celu pogłębienia znajomości tematu. Jeżeli kiedykolwiek powstanie czwarta część o wyczynach krwiożerczej maszyny prawdopodobnie także się skuszę, chyba że żona nigdy mi już nie pozwoli wydać w tak bezsensowny sposób ciężko zarobionych pieniędzy. Mówi się trudno i żyje dalej.

Przetrwanie dziewięćdziesięciu pięciu minut w towarzystwie odrodzonej maglownicy to nie lada wyczyn. Wskazane jest, aby osoba oglądająca film zaopatrzyła się w soczek bądź herbatkę z prądem. Nie sposób bowiem pokonać filmowego potwora bez wspomagaczy. I mówiąc to nie mam na myśli wszędobylskiej głupoty bohaterów czy ograniczonej wyobraźni dwójki reżyserów. Kwestią zasadniczą jest brak wzbudzania przez The Mangler Reborn jakichkolwiek emocji u odbiorcy. Doprawdy ciężko mi zrozumieć dlaczego ten film uznano za horror. Momentów z dreszczykiem nie doświadczyłem, za stary także jestem na kobiety wrzeszczące do kamery dla samej idei wrzeszczenia. Krew na ścianach i gumowy młotek spadający na głowy zdumionych mieszkańców sennego miasteczka to bardzo mizerne próby wykrzesania z widza choć odrobiny lęku. Niemniej choć wiedziałem, że film jako całość okaże się beznadziejny to miałem jednak cichą nadzieję na szczyptę atmosfery z kingowskiego opowiadania. Na historię, która może nie do końca musiałaby być straszna, ale która mogłaby wprowadzić nastrój niesamowitości. Chętnie widziałbym reżyserów skupionych więcej na prezentacji motywu przewodniego czyli demonicznej maszyny niż na ukazywaniu przerażonych ludziach biegających po schodach z góry na dół i z dołu na górę. Autentycznie, schodowe sceny stanowią 1/3 filmu.

Kończąc, oba filmy to rzecz krwista, mięsista i bez smaku. Zarówno Tobe Hooper, jak i Matt Cunningham z Erikiem Gardnerem nie wysilili się. Nakręcili film najtańszym z możliwych kosztów, nie przejmując się odbiorcami, a opowiadanie Stephena Kinga traktując jako środek reklamowy i nic więcej. The Mangler i The Mangler Reborn? Zaprawdę powiadam: przerażające doświadczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz