07 grudnia 2011

"Night of the Living Dead" (1968)


Night of the Living Dead. Nie tak dawno obraz George'a Romero obchodził czterdzieste trzecie urodziny. Minęło blisko pół wieku od czasu wprowadzenia do kultury masowej postaci zombie, a mimo to motyw zmarłych powstających z grobów nadal zachwyca. Uniwersum The Walking Dead Roberta Kirkmana, beletrystyka, kontynuacje i przeróbki kinowych nieumarłych, saga Resident Evil, to tylko bardziej znane przykłady wykorzystania spuścizny wspomnianego reżysera. Ich rosnąca popularność pokazuje, jak wielkim wydarzeniem w popkulturze było pojawienie się żywych trupów. Oczywiście, nieumarłych łaknących krwi można było spotkać wcześniej. Wypadałoby chociażby wspomnieć powieść Richarda Mathesona I am Legend z 1954 roku, czy film Johna Gillinga z 1966 roku – The Plague of the Zombies. Niemniej, dopiero Romero zrealizował pomysł umarłego wstającego z grobu celem pałaszowania ludzkiego mięsa. U Mathesona zombie przypomina bardziej wampira, natomiast Gilling zapożyczył go z mitologii voodoo.

Podczas pracy nad Night of the Living Dead Romero przyznał, że inspiracją była dla niego powieść Richarda Mathesona. Zapożyczenia widać na każdym kroku. W obliczu plagi nieumarłych prosty kierowca ciężarówki, Ben (Duane Jones), wraz z grupką przypadkowo spotkanych osób barykaduje się w jednym z opuszczonych domów, aby walczyć o przetrwanie. Zombie zastąpiły wampiry, postać głównego bohatera, choć tak samo dociekliwa, jak doktor Neville, pozbyła się wewnętrznych rozterek, ale w gruncie rzeczy mamy do czynienia z tą samą historią. Romero otwarcie mówił o źródłach swojego pomysłu, Matheson otwarcie krytykował interpretację amerykańskiego reżysera. Owe „spory” nie przeszkodziły jednak karierze filmu, który doczekał się remake'ów, sequeli i prequeli. W 2001 roku obraz Romero znalazł się na dziewięćdziesiątym trzecim miejscu listy stu najlepszych amerykańskich thrillerów wszech czasów. Zwyciężyła Psycho Alfreda Hitchcocka.


Night of the Living Dead nie jest filmem skierowanym do widzów wychowanych na horrorze współczesnym i, patrząc na datę jego produkcji, nigdy nie był. Wszystko rozbija się o jego stronę techniczną. Charakteryzacja zombie ograniczyła się do wytartych łachmanów, czekoladowego syropu „Bosco” zastępującego krew i niekiedy mocno przypudrowanych twarzy. Miejscem starcia bohaterów z ghulami, nazwa „zombie” w filmie nie pada, był dom przeznaczony do rozbiórki. Muzyka, pochodząca z biblioteki Capitolu oraz EMI i zaklasyfikowana jako własność publiczna, kosztowała tysiąc pięćset dolarów. Statyści za udział w filmie otrzymali symbolicznego dolara i koszulkę z napisem „Byłem zombie w Nocy żywych trupów”. Produkcja najtańszym kosztem. Nieco lepiej wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o sceny starć, czy też samo posilanie się nieumarłych. Reżyser kilkakrotnie przybliża nam obraz ghula pożerającego ludzkie mięso i nie jest zbyt przyjemny widok. Wrażenie robi zwłaszcza mała dziewczynka dźgająca ogrodową łopatką, a następnie zjadająca ojca. Ją zapamiętałem najbardziej.

2 komentarze:

  1. Ja najbardziej zapamiętałem finał. Bliski współczesnym nieortodoksyjnym dziełom grozy.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  2. Osoby wychowane na ułożonym, wygładzonym kinie grozy mogą faktycznie czuć pewien... niesmak. Podobnie czułem się po lekturze "Jestem Legendą" Mathesona. Możliwe, że wpływ powieści na Romero był tak silny, że ten zabieg 'wstrząśnięcia widzem' także postanowił zapożyczyć.

    OdpowiedzUsuń