31 lipca 2011

"Drugie przekroczenie Styksu" Ian MacLeod


Drugie przekroczenie Styksu (Recrossing the Styx) to jedno z ostatnich opowiadań Iana MacLeoda, opublikowane po raz pierwszy w Fantasy & Science Fiction na przełomie lipca i sierpnia 2010 r. Zapoznałem się z nim niecały miesiąc temu dzięki wydawnictwu Powergraph oraz w wiosennemu numerowi polskiej edycji wspomnianego czasopisma. Zapoznałem i przekonałem, że warto czekać na Wake Up and Dream. Dlaczego?

Autorów łączących fantastykę z innymi gatunkami darzę szczególną sympatią, gdyż poprzez swoją twórczość próbują wprowadzić fantastykę na salony literatury współczesnej, przełamać stereotypy i pokazać, że fantasy/science fiction to nie tylko teksty dla młodych. Czy swoim pisarstwem nie wykazują się więc literacką odwagą? Koniec końców walczą z zaszufladkowaniem. Zrywają z utartymi szlakami, dążą do czegoś nowego. Gatunkiem, z którym dzisiejszej fantastyce chyba najbardziej po drodze jest kryminał a przykładem ich dobrej symbiozy jest właśnie Drugie przekroczenie Styksu MacLeoda.

30 lipca 2011

"Blade runner" Philip K. Dick


Zrecenzować powieść należącą do klasyki science fiction nie jest zadaniem prostym. Dodatkowo poprzeczka podnosi się, jeżeli przyjmiemy, że o książce napisano dosłownie wszystko, co można było o niej powiedzieć. Będąc, zatem świadomym istnienia terminu „plagiat” ograniczę wypowiedź do kilkuzdaniowego zobrazowania, czym dla mnie było spotkanie ze światem Ricka Deckarda.

Swego czasu Maciej Parowski wspominał ważną dla science fiction literacko-kinową przemianę robota niegroźnego, „wykonującego ruchy mechaniczne, kanciaste”* w antropomorficznego buntownika działającego przeciw ludzkości. Wskazywał na swoistą ewolucję zasadności istnienia stworzonych przez człowieka istot żyjących według praw Isaaca Asimova. Czy ktoś jeszcze pamięta, że „robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy”? Po sukcesach postaci Terminatora widzimy, że pokojowa koegzystencja człowieka i jego mechanicznego potomka nie mogła trwać wiecznie. Potencjał filozoficzny oraz komercyjny robota człekokształtnego musiał prędzej czy później zostać dostrzeżony. Czy zatem Philip K. Dick powieścią Do androids dream of electric sheep? zapoczątkował wspomniane przekształcenia? Na pewno był jednym z pierwszych. Pojawiające się w literaturze, fantastycznej i nie tylko, pytania odnośnie tożsamości człowieka oraz praw rządzących jego światem stale potrzebowały nowego odnośnika. Świeżego czynnika, dzięki któremu potencjalni odbiorcy przestaliby poruszać się w próżni i mogli w prosty sposób zobrazować istotę konfliktu człowieka z samym sobą. Czy napiętnowany i do tego zaborczy robot nie mógł okazać się strzałem w dziesiątkę? Maciej Parowski nazywa roboty synami zbuntowanymi przeciwko swojemu ojcu. Fabuła Blade runnera idealnie wpasowuje się w przytoczony motyw. Roboty Dicka zostają powołane do istnienia w celu zapewnienia człowiekowi pomocy. Pobożne plany szybko okazują się jednak początkiem buntu maszyn.
Ludzkość przeżywa trudne momenty w okresie po nuklearnym. Autor przenosi nas do świata gdzie pozycja społeczna uzależniona jest od posiadania żywego zwierzęcia, a wdychanie szkodliwego pyłu powoduje narodziny ludzi gorszego typu. W takich warunkach Dick stara się ukazać przyczyny koegzystencji ludzi i maszyn. W tym celu sięga do historii Anglii, skąd czerpie hasła nawołujące do osiedlenia się w nowym, lepszym świecie. Człowiek przyszłości codziennie bombardowany jest afiszami wzywającymi do emigracji i życia w Nowej Ameryce, głównym osiedlu Stanów Zjednoczonych na Marsie. Zachętą do opuszczenia rodzinnej planety ma być prezent w postaci niewolnika wyprodukowanego przez wpływową Korporację Rosen.

"Brygady duchów" John Scalzi


Dzieląc się spostrzeżeniami odnośnie Wojny starego człowieka napisałem: „Old man’s war mógłbym polecić każdemu. W pierwszej jednak kolejności polecam miłośnikom fantasy. Ta książka przekona Was do fantastyki naukowej. Pokaże, że science fiction może być przystępne dla każdego, nie tylko dla matematycznych orłów”. Od ukazania się recenzji minęły dwa tygodnie, które utwierdziły mnie, że dobrze postąpiłem kierując wspomnianą powieść przede wszystkim do takiej, a nie innej grupy odbiorców. Mam wrażenie, że John Scalzi napisał Wojnę starego człowieka właśnie dla nich. Nie chcąc zrazić fanów fantasy użył nieskomplikowanego języka wypowiedzi, stworzył bohatera, którego po prostu nie da się nie lubić oraz zaserwował dynamiczną akcję. Napisał powieść prostą w odbiorze, dostępną dla przeciętnego śmiertelnika, a dokonał tego (oczywiście!) wzorując się na twórczości swoich poprzedników.

Pewne osoby, nazwijmy je starymi wyjadaczami bądź miłośnikami fantastyki naukowej, nie podzielają mojego punktu widzenia. Według nich pan Scalzi nie zasługuje na uwagę, bo „nie stworzył niczego oryginalnego, sporo za to zapożyczając z klasyki sf”. Zgadzam się tylko i wyłącznie z drugą częścią wcześniejszego zdania. John Scalzi jest winny. Faktycznie nie stworzył niczego nowego. Ba! On sam przyznaje się, że garściami czerpał z ojców science fiction. Pytanie: i co z tego? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wojna starego człowieka i Brygady duchów mogą być oryginalne, dla osób nie znających twórczości mistrzów pokroju Roberta Heinleina czy Petera Hamiltona. Mam tu na myśli głównie czytelników dopiero zaczynających przygodę z fantastyką naukową, a więc tych, do których według mnie powieść została skierowana. Osoby, które w pierwszej kolejności powinny sięgnąć po prozę Johna Scalziego, ponieważ jest ona łatwa w odbiorze i trafi do nich o wiele pewniej niż pisarze „tworzący naprawdę świetną hard sf”.

"Słońce Słońc" Karl Schroeder

Sięganie po autora debiutującego powieścią na polskim rynku czytelniczym zawsze niesie ze sobą ryzyko. A jeżeli pisarstwo Pana X nie będzie tym, na co czekaliśmy przez ostatnie tygodnie? W końcu opowiadanie rządzi się innymi prawami niż książka. Medialny szum zrobił swoje i zapowiada się dobrych czterysta stron tekstu, lecz między Bogiem a prawdą nikt nie może być niczego pewien. Nawet najlepiej rozreklamowana historia może okazać się literackim bełkotem, za który – gdybyśmy wiedzieli – nie zapłacilibyśmy złamanego grosza. Szczęśliwie dla czytelników i wydawcy powyższy scenariusz nie dotyczy pierwszej księgi Virgi. Przy lekturze Słońca Słońc Karla Schroedera bawiłem się znakomicie i tym samym mam cichą nadzieję, że Andrzej Jakubiec nie poprzestanie na jednym, ale pokusi się także o kolejne teksty kanadyjskiego pisarza.

Nie tak dawno przeczytałem, że przewaga fantasy nad science fiction wynika po części z faktu kreowania przez spadkobierców Tolkiena światów o wiele atrakcyjniejszych dla czytelnika niż rzeczywistość fantastyczno-naukowa. Czy autor wypowiedzi miał rację pisząc te słowa? Choć prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku, to jednak nie ukrywajmy: przeciętny czytelnik częściej sięga po fantasy niż science fiction, gdyż jest ono zwyczajnie przystępniejsze w odbiorze. Książki ukazujące się pod szyldem fantastyki naukowej cieszą się dużo mniejszym powodzeniem. Mając na uwadze powyższe, siłą rzeczy martwiłem się o powieść Karla Schroedera. Bądź co bądź okładka wyraźnie sugeruje potencjalnemu odbiorcy, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Takie mniej więcej myśli zaprzątały mą głowę przed lekturą Słońca Słońc.

"Nierównowaga sił" Charles Stross


Pierwszych kilkanaście wersów opowiadania przypomniało mi, że tak naprawdę nic nie wiemy. Chodzi mi oczywiście o człowieka. Kiedy wzlecieliśmy w kosmos, kiedy stanęliśmy na Księżycu, kiedy po raz pierwszy zwróciliśmy uwagę na Marsa świętowaliśmy, wiwatowaliśmy i naśladowaliśmy „malowane ptaki”. Te wszystkie filmy o ziszczeniu naszych marzeń, prezentujące nas jako największe stadium ewolucji. Po prostu super, udało nam się.

Charles Stross tłucze nasz sen o wielkości. Nie pisze o ludzkości przez duże L, ale ukazuje ją jako jedną z wielu innych „marionetek” w rękach sił nadrzędnych. Sprowadza człowieka do roli figurki na kosmicznej szachownicy. Pamiętacie bodajże ostatnią scenę Facetów w czerni? Dziwna istota bawiąca się naszą galaktyką, świecącą kulką. Jesteśmy ziarenkami piasku, niczym więcej. Prawda, że niezbyt optymistyczne przesłanie? Można siedzieć i ględzić o tym, że to oczywista oczywistość, fakt znany każdemu. Owszem, ale czy to znaczy, że pisanie o tym opowiadań jest błędem? Stratą czasu? Świetnie się czułem, uśmiechałem pod wąsem na myśl o „pseudotermitów” (przed oczami stanęła mi ostatnia przygoda Indy’ego) rzeźbiących łyżeczki z drzewa żółwiowego.

"Możemy cię zbudować" Philip K. Dick

Opisać rzeczywistość powołaną do życia przez Philipa K. Dicka to zadanie trudne. Jeden z polskich autorów przekonywał, że pisarz nie zawsze musi mieć coś do przekazania. Może pisać dla samego aktu pisania, dla czystej rozrywki, która jakby się zastanowić, także niesie pewne wartości. Przyglądając się prozie Dicka trudno jednak nie odnieść wrażenia, że za każdym razem poprzez kartki powieści, opowiadań autor pragnie zaaplikować odbiorcy dawkę swojego spojrzenia na człowieka i świat przez niego zamieszkiwany. Ten jeden z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy science fiction XX wieku wielokrotnie pobudzał w czytelnikach szeroki wachlarz uczuć, od zaciekawienia poprzez euforię aż do przerażenia i niedowierzania. Ubik, Boża inwazja czy Blade Runner stały się kamieniami milowymi literackiej problematyki odnoszącej się do takich zagadnień jak człowieczeństwo, empatia, religia itp. O wpływie Dicka na rozwój fantastyki naukowej można rozmawiać bardzo długo.

29 lipca 2011

"Sztuka alchemi" Ted Kosmatka


Kilka słów o korporacjach.
Michał Protasiuk w Strukturze oprowadzał czytelnika po wielkich firmach. China Miéville w Koniec z głodem demaskował fałszywych filantropów. Jakub Małecki w Opowieści oszusta przestrzegał przed drobnym druczkiem na umowach. Natomiast Ted Kosmatka w Sztuce Alchemii przekonywał, że według wielkich tego świata cel zawsze uświęca środki. Ostatnio coraz częściej mamy okazję czytać o przedsiębiorstwach, uśmiechniętych kierownikach w idealnie skrojonych garniturach, czy długonogich sekretarkach w czerwonych szpilkach. Skąd takie, a nie inne motywy wśród literatów świata fantastycznego?

"Miasto permutacji" Greg Egan


Miasto permutacji to książka niewątpliwie trudna w odbiorze. Nie jest to lektura przeznaczona do pociągu ani na poranne podróże do pracy. Nie odprężymy się przy niej, nie pochłonie nas akcja czy nietuzinkowi bohaterowie. Wręcz przeciwnie. Greg Egan, pisarz hard science fiction i programista, nie buduje powieści intrygującej, wciągającej od pierwszych kartek. Stawia na powolne, czasami dosłownie nudne, filozoficzno-naukowe rozważania na tematy związane z człowiekiem, jego egzystencją i decyzjami, które jej towarzyszą. Skupia się na budowaniu nastroju za pomocą magii liczb, oddziaływań genetycznych, procesów myślowych, zmuszających ludzkość do działań prowadzących do przetrwania, nieśmiertelności. Czy wychodzi naprzeciw naszych oczekiwań?

Bohaterami Miasta permutacji są Paul Durham, oraz Maria Deluca. Jedną i drugą osobę poznajemy w momencie, gdy pracują nad przedsięwzięciami umożliwiającymi powiązanie świata rzeczywistego z komputerowym. Mężczyzna budzi się jako Kopia – „elektroniczny klon żyjącego człowieka”. Jest to typowy przedstawiciel klasy naukowców, którzy pragną zrewolucjonizować życie wirtualne. Można powiedzieć, że w pewien sposób poświęca się dla tej idei w sposób nieodwracalny. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, blokuje program umożliwiający opuszczenie świata elektronicznego. W ten sposób odcina się ostatecznie od rzeczywistości i otrzymuje nieskończenie wielką ilość czasu na prowadzenie badań. Maria z kolei przypomina jedną z nastolatek, które oprócz ciągłego poszukiwania pracy uzależnione są od palącej potrzeby zabłyśnięcia, przekroczenia granicy możliwości. Tak jak już wspominałem obie te postaci nie są kreacjami pochłaniającymi nas do żywego. Nie będziemy z zapartym tchem śledzić ich zmagań, bo nie mają one w sobie nic z sensacji czy kryminału. Przypatrując się działaniom Paula Durahna i Marii Deluca jesteśmy świadkami podręcznikowej pracy programistów, biologów, chemików i całej masy innych umysłów mających kontakt z dziedzinami ścisłymi.

"Olśnienie" Poul Anderson


Olśnienie to historia Ziemi, której mieszkańcy – nie tylko ludzie, ale wszystkie stworzenia myślące – z dnia na dzień stali się niewyobrażalnie mądrzejsi. Iloraz inteligencji każdej istoty obdarzonej mózgiem wzrósł kilkakrotnie. Najlepiej znoszącymi zmianę okazują się naukowcy silni duchem i już pierwotnie o dużym ilorazie inteligencji. W powieści owe jednostki pełnią rolę nie tyle przewodników po nowym świecie – ciężko mówić o przewodnikach, gdy wszystko wokół ulega rozpadowi – co świadków zniszczenia, upadku rasy ludzkiej.

Poul Anderson oczyma naukowców odpowiada na pytanie: do czego może doprowadzić zbyt duża wiedza o otaczającym nas świecie. Wyobraźcie sobie społeczeństwo, w którym do wszystkich – począwszy od powiedzmy windziarzy po inżynierów – zaczyna docierać bezsens wykonywanych przez nich zadań. Ludzi, dla których pieniądz zupełnie traci na wartości w obliczu ogromu wszechświata. Nauczyciela nie widzącego potrzeby nauczania skoro i tak wszyscy kiedyś umrą, czy artystę nie znajdującego pocieszenia w swoich dziełach. Oto świat po przejściach, a właściwie po wyjściu ze strumienia pola magnetycznego blokującego rozwój inteligencji.

"Świat Jona" Philip K. Dick


Rozpoczynając studia historyczne życzyłem sobie małej ilości dat, krótkich godzin w bibliotece, troszeczkę dłuższych wyskoków na jedno małe niewstrząśnięte, długich nocy oraz przebywania w towarzystwie ludzi normalnych, lecz nie banalnych. Dziś mogę powiedzieć, że los był dla mnie łaskawy i spełnił niemalże wszystkie marzenia z tamtego okresu. Dlaczego nie wszystkie? Świat studencki potrzebuje błazna. Osoba taka dba o właściwą atmosferę w grupie, zapewnia rozrywkę pomiędzy zajęciami i w razie przedłużającej się na nich ciszy zawsze jest w stanie sypnąć złotą myślą. Nie przytoczę tutaj wszystkich, niezwykle celnych uwag odnośnie życia i śmierci, ale wspomnę jedną: „Wojna to czas zmian”. I od tego zacznijmy.

28 lipca 2011

"Steampunk" red. Ann & Jeff VanderMeer


„Biali ludzie byli w stanie od czasu do czasu wymyślić coś dobrego”. Trudno przeczyć temu stwierdzeniu, gdy się czyta antologię Steampunk. Jej redaktorzy bowiem – Ann i Jeff VanderMeer – podeszli do zadania bardzo profesjonalnie. Oprócz przemyślanego wyboru opowiadań, wzbogacili wspomniany zbiór tekstami publicystycznymi. Zabiegi te pozwalają postrzegać antologię Steampunk jako książkę skierowaną nie tylko do starych steampunkowych wyjadaczy, ale także do czytelników, którzy z mechanicznym wszechświatem nie mieli jeszcze do czynienia.

Zanim przejdziemy do omówienia opowiadań, warto spojrzeć na książkę z nieco szerszej perspektywy. Z pewnością nie każdy odbiorca literatury fantastycznej miał okazję zetknąć się z steampunkiem, a być może znajdą się i tacy, którzy sięgając po książkę wydawnictwa ArsMachina termin ów usłyszą po raz pierwszy. Jak już jednak powiedziałem, Steampunk to pozycja dla każdego. Rozwiązaniem problemu steampunkowych laików jest dwuczęściowa konstrukcja vandermeerowego zbioru, na który oprócz publicystyki składają się również mniej lub bardziej przystępne w odbiorze opowiadania. Siłą rzeczy jednak funkcję dydaktyczną pełnią głównie artykuły: Jessa Nevinsa Dziewiętnastowieczne korzenie steampunka, Ricka Klawa Parowy Wehikuł Czasu: Ujęcie popkulturowe oraz Steampunk graficzno-sekwencyjny: Skromny przegląd podgatunku na polu powieści graficznych Billa Bakera. Pierwszy z nich to nic innego jak historia steampunka w pigułce. Jego autor wspomina początki „mechanicznego wszechświata”; rozpoczynając od przytoczenia kilku powieści wagonowych (The Huge Hunter: Or the Steam Man of the Prairies E. Ellis, Frank Reade and His Steam Man of the Plains H. Enton) i przypomnieniu dokonań Juliusza Verne’a a kończąc wymienieniem podstawowych cech steampunka. Dwa pozostałe teksty to próba uzmysłowienia przeciętnemu zjadaczowi chleba, że steampunk odcisnął piętno niemalże na każdym elemencie popkultury; książkach (Diamentowy wiek Neal Stephenson, trylogia Mroczne materiały Philip Pullman), komiksach (Scarlet Traces), grach (Space 1889) i oczywiście filmach (Podróż do wnętrza Ziemi 1959, Wehikuł czasu 1961, Miasto Zaginionych Dzieci 1995).

"Zapłata" Philip. K. Dick


Zapłata Philipa K. Dicka to doskonały przykład tekstu osadzonego w realiach fantastyki naukowej. Z wypowiedzi głównych bohaterów można wywnioskować, że akcja opowiadania rozgrywa się w pierwszej połowie XXI wieku, prawdopodobnie w latach dwudziestych. Jest to okres nieograniczonej władzy Rządu oraz głównego organu wykonawczego - Tajnej Policji. Czasy, w których jednostka społeczna utraciła swoje prawa i do łask powróciła maksymalna kontrola obywateli. Philip K. Dick nie podaje konkretnych czynników, które doprowadziły do takiego, a nie innego wglądu systemu społeczno-politycznego. Niemniej można domyślić się, że ma to związek z rozwojem kapitalizmu i podziałem wpływów w społeczeństwie między władzę państwową i wielkie korporacje. Człowiekowi, jako jednostce funkcjonującej w owym społeczeństwie została przydzielona tylko rola biernego obserwatora.

27 lipca 2011

"Wojna starego człowieka" John Scalzi


Fantastykę naukową zaliczyć można do gatunku ginącego. Kto dziś sięga po klasyków? Ile osób w dzisiejszych czasach zna twórczość Stanisława Lema? Czytelnicy, którzy myślą w tej chwili o Peterze Hamiltonie, a nie czytali Solaris niech lepiej nie podnoszą ręki. Natomiast osobom, które znają ojców science fiction, serdecznie gratuluję. Należycie do mniejszości, ale to dobra mniejszość. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Proszę nie mówcie, że fantastyka naukowa zestarzała się bądź przekazała wszystko, co miała do przekazania. Bzdura totalna, ale jeżeli nawet założymy – czysto hipotetycznie – że tak jest w istocie, to wzywam wszystkich pisarzy do podkradania pomysłów „starych” wyjadaczy takich jak Philip Dick i Robert Heinlein. Ukazywania ich z nowym zapałem i w realiach XXI wieku. Być może jest to właśnie właściwa droga dotarcia do współczesnych czytelników. Zafascynowania ich do tego stopnia, że zejdą z koni, porzucą elfickie łuki, wsiądą na pokłady międzygwiezdnych wahadłowców i wyruszą tam, gdzie żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

"Bratnie dusze" Mike Resnick & Lezli Robyn

Historie o robotach zawsze wywoływały u mnie zaciekawienie. Od razu dodam, że nie jestem pasjonatem elektronicznych zatrzasków, spojówek i wszelkiego rodzaju śrubek. Nie zastanawiam się nad rozwiązaniami technicznymi ani tym bardziej nad antropologiczną doskonałością blaszaków. Źródłem mojej fascynacji są podobieństwa występujące pomiędzy człowiekiem a maszyną. Jakiś czas temu zdarzyło mi się nawet napisać na zbliżony temat opowiadanie. Wiem, wiem nie ta liga, ale od czego są marzenia?

26 lipca 2011

"Genesis" Poul Anderson


Dokąd zmierzamy? Co jest celem naszej egzystencji? Prędzej czy później każdy staje wobec takich pytań i każdy – świadomie bądź nie – poszukuje na nie odpowiedzi. Taka jest natura człowieka. Tego typu zagadnienia towarzyszyły ludzkości od początku i prawdopodobnie będą towarzyszyć nadal. Są obecne w religii, polityce, w książkach, filmach. Od tych pytań nie sposób uciec, są nie mniej natarczywe od nas. Jednakże choćbyśmy nie wiem jak pragnęli, odpowiedzi nie będą oryginalne. Owszem, każda pod pewnym kątem będzie indywidualna, choć sprawiedliwiej byłoby powiedzieć ‘zmodyfikowana’, gdyż będzie pochodzić z tego samego źródła. Ku czemu bowiem dąży każda jednostka? Ku przetrwaniu. Do tego zmierza człowiek, odkąd nauczył się posługiwać ogniem i właśnie ten cel będzie przyświecał podróżom w kosmos.

"Podziemia Veniss" Jeff VanderMeer


"Pozwólcie, że opowiem wam o mieście"* a dokładnie o jego, niezwykłościach. Do 20 lipca 2009 roku były dla mnie jedną, wielką tajemnicą. Nie czytałem Miasta szaleńców i świętych ani opowiadań i Podziemia Veniss stanowiły mój chrzest bojowy odnośnie twórczość pana VanderMeera. Nie zawiodłem się. Powieść, wchodząca w skład serii Uczta Wyobraźni, okazała się literackim rarytasem.

Jeff VanderMeer w podsumowaniu książki – Veniss zdemaskowanie. Prekursorzy i objawienia– zdradza, że wykreowany przez niego świat powstawał w bólach i zwątpieniu. Rozterki towarzyszące pisaniu książki dotyczyły głównie jej punktów przełomowych. Momentów mających uwypuklić, jak najsilniej podkreślić, podsumować istotę świata widzianego oczyma pisarza oraz bohaterów w nim funkcjonujących. Autor wspomina opowiadania, opowiastki stanowiące niejako zalążek uniwersum Podziemi.... Początek czegoś, co być może nigdy nie powstałoby gdyby nie katedra w Yorku, impuls, którego skutki można podziwiać w niniejszej książce. "Poczułem, jak jeżą mi się włoski na rękach, przeszedł mnie dreszcz. Kolumny przypominające snopy powiązanych ze sobą rur wydały mi się czymś zupełnie obcym, czymś nie z tego świata. Nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałem. Czułem przebiegające mi po skórze ciarki. Coś zaczęło we mnie rosnąć, dojrzewać".** Podobnych wrażeń można doznać pochłaniając Podziemia... kartka po kartce. VanderMeer już po kilku wersach udowodnia, że drzemie w nim niezauważalny do tej pory potencjał pisarki. To, co zaserwował w historii, o Veniss sprawiło, że z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnych jego dokonań.

"Kobra" Timothy Zahn


Kiedy w latach 70. rodził się pomysł Gwiezdnych wojen, nie przypuszczano, że seria z kultowym „dawno, dawno temu w odległej galaktyce” stanie się jedną z najważniejszych sag w literaturze fantastycznej. Historia zapoczątkowana przez George’a Lucasa, zyskująca w kolejnych latach rzesze oddanych fanów, miała niewątpliwie duży wpływ na fantastykę naukową, pomimo iż znawcy sagi niejednokrotnie zwracali uwagę na zawarte w niej elementy typowe dla fantasy. Popularność Gwiezdnych wojen była na tyle duża, że znalazła również odbicie w polityce tamtych czasów. To właśnie między innymi owa saga wraz z wyścigiem zbrojeń Ronalda Reagana przyczyniła się do wzrostu popularności powieści przygodowej osadzonej w schematach science fiction. Nasilająca się rywalizacja Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim także nie pozostawała bez znaczenia. Kosmiczni kowboje byli coraz milej widziani.

16 lipca 2011

"Słońce Słońć" Karl Schroeder

Sięganie po autora debiutującego powieścią na polskim rynku czytelniczym zawsze niesie ze sobą ryzyko. A jeżeli pisarstwo Pana X nie będzie tym, na co czekaliśmy przez ostatnie tygodnie? W końcu opowiadanie rządzi się innymi prawami niż książka. Medialny szum zrobił swoje i zapowiada się dobrych trzystu sześćdziesięciu stron tekstu, lecz między Bogiem a prawdą nikt nie może być niczego pewien. Nawet najlepiej rozreklamowana historia może okazać się literackim bełkotem, za który – gdybyśmy wiedzieli – nie zapłacilibyśmy złamanego grosza. Szczęśliwie dla czytelników i wydawcy powyższy scenariusz nie dotyczy pierwszej księgi Virgi. Przy lekturze Słońca Słońc Karla Schroedera bawiłem się znakomicie i tym samym mam cichą nadzieję, że Andrzej Jakubiec nie poprzestanie na jednym, ale pokusi się także o kolejne teksty kanadyjskiego pisarza.

Nie tak dawno przeczytałem, że przewaga fantasy nad science fiction wynika po części z faktu kreowania przez spadkobierców Tolkiena światów o wiele atrakcyjniejszych dla czytelnika niż rzeczywistość fantastyczno-naukowa. Czy autor wypowiedzi miał rację pisząc te słowa? Choć prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku, to jednak nie ukrywajmy: przeciętny czytelnik częściej sięga po fantasy niż science fiction, gdyż jest ono zwyczajnie przystępniejsze w odbiorze. Książki ukazujące się pod szyldem fantastyki naukowej cieszą się dużo mniejszym powodzeniem. Mając na uwadze powyższe, siłą rzeczy martwiłem się o powieść Karla Schroedera. Bądź co bądź okładka wyraźnie sugeruje potencjalnemu odbiorcy, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Takie mniej więcej myśli zaprzątały mą głowę przed lekturą Słońca Słońc.

Oczywiście myliłem się i obawiałem niepotrzebnie, bo siła wspomnianego tekstu tkwi właśnie w wykreowanej przez autora rzeczywistości. Wszystkich zainteresowanych niniejszą książką zapewniam, że czytając Słońce Słońc nie będą musieli trzymać na kolanach słownika wyjaśniającego chociażby podstawowe pojęcia z fizyki czy astronomii. Owszem, brakuje w fantastyce naukowej twórców umiejących w prosty i żywy sposób docierać do wyobraźni czytelników, ale Karl Schroeder z pewnością do nich nie należy. Już po kilkudziesięciu stronach tekstu widać, że kanadyjski pisarz odrobił zadanie domowe i zapoznał się z oczekiwaniami miłośników literatury fantastycznej. Przystępując do tworzenia świata, znanego pod nazwą Virga, zrobił coś, co jak sądzę, zapewni mu zwolenników zarówno ze strony fanów fantasy, jak i science fiction. Parafrazując Borysa Strugackiego wziął bajkową czarodziejską różdżkę a następnie sprawił, że zaczęła ona kierować strumieniem neuronów. Konstrukcja fabuły opiera się na prostym w gruncie rzeczy, charakterystycznym bardziej dla fantasy niż science fiction, pomyśle. Mamy bohatera z poczuciem misji do wypełnienia i przeciwieństwa, którym musi podołać, aby tę misję wykonać. Nie zbawia on świata, nie walczy z przedwiecznym Złym, ale zadanie, jakiego się podjął, jest dla niego nie mniej ważne a dla odbiorcy nie mniej atrakcyjne.

Świat stworzony przez Karla Schroedera to wypełniony powietrzem i dorównujący rozmiarom planety balon zwany Virgą. W jego wnętrzu można spotkać dryfujące skały, naturalne i nienaturalne zbiorniki wody oraz wirujące wokół własnej osi miasta, miasta przywodzące na myśl steampunkowe koła ze szprychami. Jak każda „planeta”, Virga podzielona jest na regiony o mniej lub bardziej sprzyjającym klimacie – w Słońcu Słońc rolę miejsca niezbyt przychylnego człowiekowi spełnia terytorium zwane po prostu zimą – uzależnionym od położenia danego obiektu względem sztucznych Słońc. Prezentacja świata? Peter Watts, autor, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, przekonuje, że „od czasu Śródziemia nie natrafił na tak plastyczną wizję obcego uniwersum”* i dużo w tym prawdy. Chodząc, delikatnie frunąc ulicami miastokół Virgi bądź też latając pomiędzy nimi na aerocyklach, kojarzącymi się z lucasowymi ścigaczami, nie można nie zachwycić się pomysłowością Karla Schroedera, ale przede wszystkim nie można nie pogratulować mu sposobu, w jaki tę pomysłowość zaprezentował. Wkraczający w świat Virgi odbiorca nie jest pozostawiany sam sobie. Tak jak wspomniałem, Schroeder, przystępując do prac nad pierwszą księgą swojego cyklu, podszedł do tego bardzo profesjonalnie i dostosował fantastyczno-naukowy język wypowiedzi do każdego typu odbiorcy. Żywy, dynamiczny opis wydarzeń i postaci – o nich opowiem za chwilę – kojarzy się z barwną rzeczywistością powieści fantasy. Czytelnik, czy to przemykając zaułkami Rush, pełnymi bezdomnych ogrzewających dłonie nad ogniem w metalowych beczkach (czy czegoś to Wam nie przypomina?), czy też zwiedzając biura admiralicji Slipstreamu, nie podąża za nieznającym własnego świata bohaterem. Wręcz odwrotnie. Wielokrotnie miałem do czynienia z postaciami gubiącymi się we własnej rzeczywistości, postaciami, które swoją niewiedzą zmuszały autora do tłumaczenia im wszystkiego w sposób natarczywy i naukowy. W Słońcu Słońc poznajemy rzeczywistość – jej steampunkową technikę i społeczno-polityczne zatargi na linii zwycięzcy-pokonani – równie szczegółowo, ale za to stopniowo. Dzięki temu nie mamy wrażenia przeładowania tekstu nachalną faktografią, gdzieniegdzie okraszoną językiem charakterystycznym dla utworów science fiction i możemy skupić się na tym, co najważniejsze: na wciągającej historii z atrakcyjnymi bohaterami.

Dobrze skonstruowany bohater to połowa sukcesu książki. Jakich bohaterów spotkamy czytając Słońce Słońc? Takich, jakich potrzebuje powieść przygodowo-fantastyczna i czytelnicy po nią sięgający. Postacią grającą w powieści Schroedera pierwsze skrzypce jest Hayden Griffin, którego ojczyzną jest Aerie – państwo podbite przez Slipstreamowców. Poznajemy go w dość trudnym dla niego okresie: stracił rodziców, a próba wyzwolenia Aerie, która dla zamordowanych ojca i matki była dosłownie całym życiem, zakończyła się fiaskiem. Osierocony i zdany tylko na siebie, postanawia po latach zemścić się, zabijając narodowego bohatera najeźdźców z Rush. Przenika w szeregi wroga, jest coraz bliżej celu i nagle zjawia się Ruch Oporu Aerie i zaczyna mącić mu w głowie. Jeżeli mam być szczery, to Griffin przypomina mi młodego Hana Solo: lekko postrzelony, ambitny i działający na kobiety, świetny pilot. Momentami wnerwiający dupek, ale ogólnie sympatyczny koleś. Koleś, który z czasem zaczyna rozumieć, że może być coś ważniejszego niż zemsta. Drugą, równie ważną postacią Słońca Słońc jest Venera Fanning, żona admirała Slipstreamowców, którego chce sprzątnąć Griffin. Córka Pilota, osoby sterującej balonem i traktowanej na podobieństwo króla, została wychowana w otoczeniu twardych polityków, którymi rządziły jeszcze twardsze zasady. Wykazując się od najmłodszych lat ambicją i samodzielnością, w wieku szesnastu lat zaszantażowała własnego ojca i wymusiła jego zgodę na jej ślub ze wspomnianym admirałem. Czy zmieniła się w ciągu tych kilkunastu lat? Nie. Podczas pierwszego spotkania widzimy ją knującą za plecami męża i snującą własne dalekosiężne plany. Żeby wszystko jeszcze bardziej było poplątane jednym z jej sług, dość bliskim, jest Griffin. Podsumowując ten wątek, patrząc na dwójkę głównych bohaterów, nie sposób nie zauważyć kontrastu, który tworzą. Z jeden strony mamy do czynienia z lekko zwariowanym pilotem, pełnym nie do końca przemyślanych pomysłów, z drugiej z wyrafinowaną i chłodną damą z królewskiego rodu. Nie tworzą duetu, choć można odnieść takie wrażenie. Wymyślając Griffina i Venerę, Schroeder hołdował prostej zasadzie: postacie pierwszoplanowe nie mogą czytelnika nudzić. Muszą być zaprezentowane w sposób żywy, dynamiczny i ujmujący dla odbiory. Tacy z reguły są wszyscy bohaterowie powieści przygodowych i stanowią wielką ich zaletę.

Kończąc, sądzę że sięgając po Słońce Słońc będziecie zadowoleni. Nie jest to literatura na miarę Reynoldsa czy Stephensona, ale widać, że kanadyjski pisarz ma pomysł i dryg – jeżeli można to tak nazwać – do czytelników. Zna potrzeby współczesnego odbiorcy i umie to wykorzystać. Napisał wciągającą od pierwszych stron powieść przygodową osadzoną w fantastycznej, doprawionej szczyptą steampunka rzeczywistości z ciekawymi bohaterami i niesamowitym uniwersum. Z pewnością wrócę jeszcze nie raz do twórczości Karla Schroedera.


* K. Schroeder Słońce Słońc; Ars Machina; Lublin 2011; s. tylna okładka.