26 grudnia 2012

"A Canticle for Leibowitz", czyli historia zataczająca koło?




Zamieszanie wywołane niedawnym 'końcem świata' ożywiło we mnie chęć sięgnięcia po literaturą postapokaliptyczną. Spośród kilkunastu tytułów moją uwagę przykuło opowiadanie A Canticle for Leibowitz*, po raz pierwszy opublikowane w kwietniu 1955 roku na łamach The Magazine of Fantasy and Science Fiction. Tekst Waltera Millera Jr. wybrałem z uwagi na sposób prezentacji rzeczywistości po katastroficznej – pomysł będący ciekawym połączeniem wyobraźni autora z doświadczeniem wyniesionym z lekcji historii. W tym konkretnym przypadku – historii okresu średniowieczna.

Rzeczywistość postapokaliptyczna Waltera Millera Jr. to świat zrujnowany, wyzuty z pragnień o mechanizacji, a co za tym idzie: zadowolony z obecnego stanu rzeczy. Do wszelkich nowinek technologicznych podchodzący z nieufnością i lekceważeniem. Przykładowo: pomysł skonstruowania prasy drukarskiej mającej zastąpić pracę skrybów zostaje odrzucony, a następnie wyśmiany: „A co zamierzasz zrobić z tym całym papierem w świecie, któremu dobrze jest z powszechnym analfabetyzmem? Sprzedawać wieśniakom na podpałkę”**. Skąd takie a nie inne podejście do nauki?

Historia opowiedziana w A Canticle for Leibowitz to wizja ludzkości dotkniętej skutkami wojny nuklearnej. Czytelnik wraz z rozwojem fabuły poznaje smutne wydarzenia połowy dwudziestego wieku, jak również ich wpływ na późniejsze funkcjonowanie człowieka na Ziemi. „Bóg chcąc doświadczyć ludzkość, rozkazał mędrcom z tamtej epoki, a wśród nich błogosławionemu Leibowitzowi, udoskonalić diabelską broń i oddać ją w ręce ówczesnych faraonów. I tak za pomocą takiego oręża człowiek w przeciągu kilku tygodni zniszczył w większości swoją cywilizację i starł z powierzchni ziemi sporą część ludności świata”***. To, co później nastąpiło można nazwać polowaniem na naukowców, profesorów, specjalistów od nauk ścisłych, czyli tych wszystkich, którzy w przeświadczeniu 'prostaczków' doprowadzili do zagłady. Osoby wykształcone, jak również ich dokonania, były nieustannie prześladowane i tępione. Jednostki pragnące uchronić resztki dorobku ludzkości znalazły schronienie w bramach Kościoła, którego zakony ponownie stały się ośrodkami kultury; miejscami skupiającymi ludzi chcących ratować wszelką wiedzę – zarówno świecką, jak i religijną.

Przewodnikiem po 'nowym świecie', jak również postacią pierwszoplanową jest nowicjusz albertyńskiego klasztoru błogosławionego Leibowitza, brat Francis Gerard z Utah. Poznajemy go w trakcie przygotowań do złożenia uroczystych ślubów zakonnych oraz rozważań odnośnie osobistych Objawień, jakie zwykły następować w okresach największego poświęcenia. Młody mnich odbywając czterdziestodniową pokutę na pustyni spotyka tajemniczego pielgrzyma, dzięki któremu odkrywa „niezwykły skarb”, tj. trzy odręczne notatki i dwa arkusze papieru pochodzące z czasów poprzedzających Ognisty Potop. Owo wydarzenie jest punktem zwrotnym w życiu brata Francisa z Utah. Wiedziony intuicją oraz przeświadczeniem o doniosłości swego odkrycia poświęca się pracom mającym uchronić znalezisko przez zapomnieniem.

Biorąc pod uwagę czas powstania tekstu sądzę, że A Canticle for Leibowitz można potraktować jako odpowiedź Millera Jr. na wydarzenia lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Początek ziemnej wony pomiędzy dwoma ówczesnymi faraonami  (USA i ZSRR), świadomość możliwości użycia przez oba mocarstwa broni masowego rażenia, groźba wybuchu kolejnego konfliktu na skalę światową, działalność Josepha McCarthy'ego i jego polowanie na komunistów, to wszystko wywierało silny wpływ zarówno na twórczość pisarzy (Jack Finney, Judith Merril), jak i ogół społeczeństwa.

A Canticle for Leibowitz to wizja historii zataczającej koło. Obraz ludzkości, która osiągnąwszy punkt krytyczny doprowadza do samounicestwienia i jest zmuszona zaczynać od nowa. Walter Miller Jr. prezentuje koncepcję sugerującą, iż rola kościoła katolickiego wzrośnie wraz z koniecznością przechowywania wiedzy i powrotu do mozolnego jej rozpowszechniania wśród niewykształconych grupa społeczeństwa. Autor nie dokonuje wnikliwej analizy przyczyn Ognistego Potopu (nie potępia, ani nie usprawiedliwia uczonych), lecz bardzo sugestywnie przestrzega przed skutkami wojny totalnej. Owe historiozoficzne zagadnienia Miller Jr. o wiele szerzej prezentuje w powieści A Canticle for Leibowitz, która nabiera iści moralizatorskiego wydźwięku.





* Powieść A Canticle for Leibowitz ukazała się w 1959 roku. Książka podzielona została na trzy, oddzielne nowele. Pierwszą z nich jest opowiadanie A Canticle for Leibowitz, którego tekst autor poprawił i znacznie rozbudował.
** W. Miller Jr. Pierwsza Kantyka; w: Droga do science fiction 4. Od dzisiaj do wieczności; pod red. J. Gunna; Warszawa 1988; s.52.
*** Tamże; s.44.

22 grudnia 2012

"Słówka" Tadeusz Boy-Żeleński


Tadeusz Boy-Żeleński oczyma Witkacego
"Gdy coś mnie nadto wzruszy
Lub serce mi podrażni,
Chowam się aż po uszy
Do swojej wyobraźni.

Tam, o każdziutkiej porze,
Schronienie mam zaciszne,
Gdzie myśl wyprawiać może
Przeróżne rzeczy śmiszne.

Miast czerpać próżną chwałę
W tem, że jak z książki gada,
W głupiutkie słówka małe
Calutka się rozpada.

Te słówka mi uciechy
Sprawiają nieraz mnóstwo,
Lubię ich puste śmiechy
I ducha ich ubóstwo.
Jak błazenkowie mali
Słówko się z słówkiem cacka,
To jęzor mu wywali,
To szczypnie je znienacka.

Jedno przez drugie hasa
Wydając kwik wesoły,
Niby dzieciaków masa
Gdy wyrwie się ze szkoły.

Jednemu w tej pogoni
Pąsem nabiegną lice,
Gdy żywszy ruch odsłoni
Młodziutkich płci różnice;

Inne troszeczkę z boku
Przystanie gdzieś nieśmiele
I stoi z mgiełką w oku
Jak zadumane ciele;

Te dwa w pustocie nowej
Objęły się przyjemnie
I same w rym gotkiegoowy
Splatają się bezemnie;

Ja patrzę na niewinne
Figielki miłych dziatek
I wolę niźli inne
Ten mały, własny światek..."




Z okazji 138 rocznicy urodzin Tadeusza Boya-Żeleńskiego


["Słówka" Tadeusz Boy-Żeleński; 1913]
całość do przeczytania tutaj

16 grudnia 2012

O filozofii spekulatywnej, o omamach ludzkiego umysłu, czyli ćma trupia główka oczyma Edgara Allana Poe


ćma trupia główka

"Pysk zwierzęcia mieścił się na końcu trąby długości sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu stóp, o obwodzie jednak dorównującym cielsku przeciętnego słonia. U nasady trąby wyrastała kępa czarnych zmierzwionych kłaków - więcej tego było, niżby dostarczyć mogła sierść dwudziestu bawołów; spośród tych kłaków sterczały ukośnie w dół lśniące kły podobne do szabli odyńca, niepomiernie jednak większe. Równolegle z trąbą, po obu jej bokach, biegły dwa gigantyczne pręty z czystego kryształu, długości trzydziestu lub czterdziestu stóp, uformowane na wzór doskonałego graniastosłupa. Odbijały się w nich przecudownie promienie zachodzącego słońca. Kadłub miał kształt stożka wierzchołkiem zwróconego ku ziemi, wyrastały zaś z niego dwie pary skrzydeł, jedna para umieszczona tuż nad drugą, przy czym długość każdego skrzydła wynosiła blisko sto jardów; skrzydła te pokryte były grubą warstwą metalicznej łuski, składającej się z cząstek o średnicy najmniej dziesięciu stóp. Zauważyłem, że górne skrzydła połączone są z dolnymi za pomocą grubego łańcucha. Jednakże najbardziej zaskakiwała w wyglądzie tego szkaradnego stwora umieszczona na piersiach podobizna trupiej czaszki, wyrysowana olśniewająco białą krechą na tle ciemnego tułowia z taką dokładnością, jakby rysunek był dziełem artysty."


[Edgar Allan Poe "Sfinks"]
całość do przeczytania tutaj

14 grudnia 2012

"Sher­lock Hol­mes w spód­nicy, czyli od A do B, od B do Z…"


Najnowsza porcja prozy Jeffery’ego Deavera od wydawnictwa Prószyński i S-ka to godna polecenia historia, wciągająca czytelnika od pierwszych stron. Będąc laikiem w kwestii deaverowych książek nie potrafię stwierdzić, czy Twój cień idzie śladami poprzednich powieści autora. Nie potrafię powiedzieć, czy nadmiar prostej fantazji dla samej rozrywki koniec końców nie zniechęci mnie do twórczości amerykańskiego pisarza, ale na chwilę obecną jestem pozytywnie zaskoczony. Najbliższe dni upłyną pod znakiem przygód Kathryn Dance i Lincolna Rhyme’a.

Negatywną postacią kolejnej kryminalnej zagadki Deavera jest stalker – z angielskiego: prześladowca – osoba mająca obsesję na czyimś punkcie. Skąd pomysł na akurat ten rodzaj psychopaty? Wyobrażając sobie Kayleigh Towne – "znaną wokalistkę […], zabawną, wyrafinowaną i cholernie dobrą autorkę piosenek" (s. 23) – miałem przed oczami młodą, niewinną, atrakcyjną dwudziestokilkuletnią artystkę, która wewnętrznym czarem i urodą potrafi zahipnotyzować tłumy wielbicieli. Przeczytawszy Twój cień i poznawszy obsesję antybohatera powieści dochodzę do wniosku, że Jeffery Deaver kreując postać gwiazdy muzyki country mógł wzorować się na Rebecce Schaeffer, amerykańskiej aktorce zastrzelonej przez psychopatycznego fana pod koniec lat osiemdziesiątych. Autor wspomina o niej w jednym z rozdziałów, choć trudno ocenić, jak dużą inspiracją była dla niego historia sprzed kilkunastu lat. Nie da się natomiast zaprzeczyć, że Jeffrey Deaver błądził wokół niej myślami.

03 grudnia 2012

"Le voyage dans la Lune" (1902)


Spośród osób, które dokonaniami na stałe wpisały się w historię kinematografii należałoby wyróżnić żyjącego na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku francuskiego wizjonera, Georgesa Mélièsa. W roku 1896 „czarodziej ekranu”, jak bywał nazywany Méliès zachwycony wynalazkiem braci Lumière* wzbogacił repertuar swojego teatru o pokazy kinowe. Jednym z jego najwcześniejszych filmów był dwuminutowy Le Manoir du diable (Rezydencja Diabła) przez wielu krytyków uważany za pierwszy horror w dziejach kina ale za największe dzieło Mélièsa uznaje się Le voyage dans la Lune (Podróż na Księżyc) z 1902 roku.

18 listopada 2012

"The Legend of Hell House" (1973)


Minął rok od wydania antologii poświęconej twórczości Richarda Mathesona a ja ciągle wracam do tekstów w niej opublikowanych. Spośród kilkunastu opowiadań należałoby wyróżnić Return to Hell House Nancy Collins, historię będącą – choć tytuł sugeruje inaczej – wstępem do wydarzeń opowiedzianych przez Mathesona w powieści Hell House z 1971 roku. Siła opowieści amerykańskiej pisarki tkwi w umiejętnym zahipnotyzowaniu czytelnika opisami szaleństwa rodu Belasco, jak również sugestywnym zaprezentowaniu okrutnych wydarzeń towarzyszących bohaterom. W moim przekonaniu tekst zasługuje na uwagę również dlatego, że będąc prequelem do powieści Mathesona powstawał niejako pod kuratelą owego pisarza i tym samym, chcąc nie chcąc, wzorował na klimacie pierwszej historii. Przynajmniej taką mam nadzieję, gdyż pomimo upływu lat nie doczekaliśmy się polskiego przekładu Hell House.

Osobom zainteresowanym książką Hell House polecam jej namiastkę – film The Legend of Hell House z 1973 roku w reżyserii Johna Hougha. Za scenariusz odpowiedzialny był Richard Matheson, co pozwala wierzyć w dość wierne odtworzenie klimatu jego powieści. Widoczne różnice pojawiają się jedynie, jeżeli chodzi o sferę seksualności. Zarówno w opowiadaniu Nancy Collins, jak i książce Mathesona, nie brakuje obrazowo przedstawionych aktów miłosnych. Z ich ekstremalnej prezentacji zrezygnowano jednakże we wspomnianym filmie, ograniczając erotykę do niezbędnego minimum i skupiając się na budowaniu atmosfery grozy. Oceniając The Legend of Hell House z perspektywy lat produkcję Johna Hougha należy pochwalić właśnie za niepowtarzalny nastrój. Twórcy filmu operując bardzo ograniczonymi środkami finansowymi a co za tym idzie również technicznymi – ścieżka dźwiękowa zredukowana do tajemniczych odgłosów, gra cieniem i światłem, dochodzące z oddali szepty – stworzyli prawdziwą perełkę wśród innych opowieści o nawiedzonych domach. Nie można także zapominać o latach, w których film był kręcony. Dzisiejszym miłośnikom horroru The Legend of Hell House może nie przypaść do gustu z prostej przyczyny: brak charakterystycznego dla współczesnej grozy epatowania krwią sprawia, że fabuła sama w sobie jest nudna. W filmie Johna Hougha nie odnajdziemy scen gore, brak także efektów specjalnych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Zamiast tego mamy aktorów potęgujących napięcie swoją grą oraz tanie triki, które choć przestarzałe to jednak potrafiące znakomicie wpływać na wyobraźnię widza.

The Legend of Hell House nie odbiega schematem od innych tego typu produkcji. Fabuła filmu oscyluje wokół grupy czterech osób – tj. fizyka Lionela Barretta wraz z małżonką, medium psychicznego Florence Tanner oraz „nośnika”, czyli medium fizycznego Benjamina Fischera, którego wcześniejsze losy możemy śledzić w opowiadaniu Nancy Collins. Zatrudnieni przez miliardera pragnącego zgłębić tajemnice życia po śmierci rozpoczynają badania w sławnym Piekielnym Domu. Tam, poznając tragiczną historię rodziny Belasco oraz bestialskie wybryki jej patriarchy Emerica, doświadczają coraz silniejszych kontaktów ze światem nadprzyrodzonym.

Po film spółki Hough-Matheson powinny sięgnąć osoby zmęczone współczesnymi produkcjami podejmującymi tematykę nawiedzonych domów. Brak w filmie nadmiaru brutalnych scen, aktorzy potęgujący uczucie lęku swoim zachowaniem oraz odpowiednio podsycany nastrój niepewności i tajemnicy, to zalety dobrego, inteligentnego horroru. Filmu grozy wymagającego od widza czegoś więcej, niż bezmyślnego wpatrywania się w kolejno odrąbywane części ciała.

08 listopada 2012

"Przegląd Końca Świata: Feed" Mira Grant


Sięgając po Przegląd Końca Świata: Feed, miałem mieszane uczucia. Obawy dotyczyły głównie autorki, której nazwisko brzmiało zupełnie obco. Gdzieś tam wyczytałem, że Mira Grant to pseudonim Seanan McGuire i że owa tajemnicza nieznajoma została uhonorowana Nagrodą im. Johna Campbella. O samej książce również nie wiedziałem wiele.

06 maja 2012

"The Amityville Horror" (1979)


Zachęcony recenzją Buffy1977 sięgnąłem po pierwszą, filmową, odsłonę historii rodziny Lutzów – oryginalny The Amityville Horror z końca lat osiemdziesiątych. I wiecie co? Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej. Zanim jednak przejdę do wyśpiewywania pod adresem wspomnianej produkcji peanów, kilka słów wstępu. Do filmów o nawiedzonym domu zraził mnie remake wspomnianego horroru z 2005 roku, który nie zaoferował niczego poza niewłaściwym aktorstwem. Nie zrozumcie mnie źle, ale patrząc na Ryana Reynoldsa cały czas widziałem Michaela Bergena. Niech fani aktora mnie zastrzelą, ale uważam, że gwiazda serialu On, ona i pizzeria nie sprawdza się w horrorach. Cukierkowaty Reynolds całkiem nieźle radzi sobie w komediach (Wieczny student, Teściowie, Narzeczony mimo woli) i kinie akcji (Blade: Mroczna Trójca, X-Men Geneza: Wolverine), ale historie z dreszczykiem to nie jego działka. Przynajmniej, tak było kiedyś. Jakiś czas temu aktor zagrał faceta pogrzebanego żywcem i zebrał całkiem przyzwoite recenzje, więc równie dobrze mogę nie mieć racji. Tak czy inaczej, Reynolds w roli George'a Lutza na blisko siedem lat skutecznie odstraszył mnie od serii Amityville.

05 maja 2012

"The Oblong Box" (1969)


Ostatnio, to znaczy od dobrych kilku miesięcy, pałam wielką namiętnością do filmów z udziałem Vincenta Price. Źródłem tak żywego zainteresowania owym aktorem są współtworzone przez niego produkcje, zwłaszcza te sygnowane metką „kino grozy”. To, co mnie fascynuje w grze Vincenta najbardziej, to charakterystyczna dla kreowanych przez niego postaci postawa, przywodząca na myśl dzieła teatralne bądź wczesne filmy telewizyjne. Dodatkowo, ową teatralność wzmacnia niskobudżetowość filmów, których twórcy siłą rzeczy przekładali profesjonalną i oryginalną prezencję aktora nad, jakbyśmy to dziś powiedzieli – efekty specjalne. Odpowiedni wygląd Vincenta Price to jednak nie wszystko. Na uwagę zasługują także jego głos – wyrazisty, silny, głośny – oraz ogólna charyzma. Dopiero połączenie wszystkich czynników tworzy pełen obraz aktora, któremu poświęcam tak dużo czasu.

04 maja 2012

"W kleszczach lęku" Henry James


Gdyby przyszło mi wytypować piątkę najciekawszych utworów, tematyką odpowiadających założeniom klasycznej "ghost story", na pewno wśród wyróżnionych nie zabrakłoby Henry'ego Jamesa i jego powieści – W kleszczach lęku. Ten amerykański prozaik, już za życia uznawany za wybitnego komentatora ludzkich zachowań i wnikliwego obserwatora rzeczywistości, w roku 1898 postanowił zmierzyć się z jednym z najbardziej wyrazistych motywów literackich w historii opowieści niesamowitych. Owocem tych starań jest wspomniana książka, której publikacja wywołała w ówczesnym pisarskim światku szereg dyskusji. Oryginalna – w odniesieniu do dotychczasowych dzieł amerykańskiego pisarza – tematyka powieści sprowokowała do sporów pomiędzy teoretykami literatury, wśród których nie zabrakło osób, za wszelką cenę negujących jakiekolwiek zapędy Henry'ego Jamesa do infantylnych historii o duchach. Zainteresowanie "wybrykiem" Jamesa podsycał dodatkowo fakt, iż autor kontrowersyjnej powieści uchodził do tej pory za twórcę hołubiącego w literaturze wyłącznie czysty realizm. Czytelnicy Henry'ego Jamesa byli przekonani, że autor należy do grona twórców twardo stąpających po ziemi. Rok 1898 wyprowadził ich z błędu.

03 maja 2012

"Rakietowe szlaki" (tom IV) red. Lech Jęczmyk, Wojtek Sedeńko


"Kocham opowiadania science fiction.
Uważam, że to w opowiadaniach
lub krótkiej powieści można najlepiej sprzedać dobry pomysł,
rozwinąć go, zakończyć dobrą puentą."

[Wojciech Sedeńko]


Czwarty tom Rakietowych szlaków spółki Jęczmyk-Sedeńko otwiera opowiadanie Stephena Donaldsona. Miłośnik zwierząt, przykład krótkiej formy w dorobku owego pisarza, a zarazem jego literacki debiut, to z pozoru luźne opowiadanie o wartkiej, trzymającej w napięciu fabule. Lata trzydzieste dwudziestego pierwszego wieku. Sam Browne, technicznie wzmocniony agent specjalny współczesnych organów prawa, otrzymuje zlecenie wyjaśnienia zgonów w jednym z rezerwatów łowieckich. Zwyczajna z wyglądu sprawa szybko nabiera tempa a agent Browne, przypominający momentami ubogą wersję Kobr Timothy’ego Zahna, całkiem przypadkowo trafia na spisek mogący zachwiać istniejącym w społeczeństwie porządkiem. Na pierwszy rzut oka, historia z Miłośnika zwierząt może uchodzić lekką lekturę, utrzymaną w konwencji kryminalno-sensacyjnej. Nic bardziej mylnego; wciągająca i przyjemna w odbiorze historia to tylko jedna strona medalu. Stephen Donaldson, znany z wplatania do tekstów wątków psychologicznych, jak również wypełniania opowiadanych historii pesymistycznymi wizjami nadchodzących lat, nie rozczarowuje i tym razem. Zaprezentowana w Miłośniku zwierząt rzeczywistość nie nastraja optymistycznie. W oczach autora, początek wieku dwudziestego pierwszego to apogeum wszelkiego rodzaju przestępczości społecznej, okres maksymalnego upodlenia człowieka. W przyszłości, osoby czuwające nad ustalonym porządkiem rzeczy będą zabiegać o jego utrzymanie między innymi poprzez tworzenie sztucznych enklaw – np. rezerwatów łowieckich – umożliwiających agresywnej jednostce wyładowanie negatywnych emocji. Właśnie do jednego z takich nowoczesnych myśliwskich kurortów trafia bohater Miłośnika zwierząt.

12 kwietnia 2012

"Czy to się mogło zdarzyć?" — Ambrose Bierce, wnikliwy obserwator ludzkich zachowań


Spośród pisarzy uznawanych powszechnie za prekursorów „czarnej literatury” należałoby wyróżnić Ambrose Bierce'a. Proza amerykańskiego dziennikarza i nowelisty, debiutującego blisko 140 lat temu powieścią The Fiend's Delight, choć w wielu kręgach zapomniana i niedoceniana, przez krytyków nadal wymieniana jest jako jedna z tych, bez których współczesny horror, w postaci jaką znamy, nie mógłby istnieć. U źródeł niniejszego tekstu leży głębokie przekonanie, iż twórczość wspomnianego autora należycie przypomniana ma szanse podpić serca także współczesnych czytelników. Obserwując rosnące zainteresowanie projektem „Groza, groteska, Grabiński”, nową inicjatywą Łukasza Śmigla, jak również gratulując pewnym – nielicznym, ale zawsze – wydawnictwom Lovecraftowskich zapowiedzi, jestem przekonany, iż nadszedł odpowiedni moment, aby podjąć kroki, których celem byłaby prezentacja niesłusznie zapomnianych, a przez to mniej znanych, Mistrzów.


Pozycją odzwierciedlającą literackie zainteresowania Bierce'a jest zbiór opowiadań Czy to się mogło zdarzyć?, opublikowany kilka lat temu przez Wydawnictwo Literackie. Elementem przykuwającym uwagę już podczas pierwszego spotkania z ową pozycją jest niewątpliwie okładka, będąca fragmentem obrazu Zdzisława Beksińskiego. Wielkie brawa należą się w tym miejscu Piotrowi Suchodolskiemu, odpowiedzialnemu za stronę wizualną książki. Podczas prac nad okładką zbioru wykazał się znakomitym wyczuciem smaku i w sposób umiejętny podkreślił dominującą w utworach Bierce'a tematykę. Choć Beksiński nie nadał pracom tytułów, twierdząc, że każdy postrzega je indywidualnie, z pewnością znalazłoby się wiele obrazów, szkiców, czy czarno-białych fotografii jego autorstwa, odpowiadających nie tylko prozie Bierce'a, ale i innych twórców fantastyki grozy. Dzieła polskiego malarza – przepełnione symbolami, tajemniczymi treściami a przede wszystkim epatujące otwartą grozą – idealnie współgrają z tym, co możemy odnaleźć w prozie amerykańskiego pisarza. Jednak nie czas i miejsce na analizowanie twórczości Zdzisława Beksińskiego. Zainteresowanych pracami malarza zachęcam do odwiedzenia strony internetowej poświęconej jego osobie.
Read More

01 kwietnia 2012

"The Shuttered Room" (1967)


Biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa Joshiego to pozycja doprawdy fascynująca. Wychwalać jednak jej zalet w sposób rozwlekły nie zamierzam, przynajmniej nie w tym momencie, ale wszystkich zainteresowanych już teraz zachęcam do zapoznania się z nią, gdyż na polskim rynku stanowi nieocenione źródło (słowa uznania dla Mateusza Kopacza, tłumacza owej książki) informacji na temat życia i pracy twórczej „dżentelmena z Providence”. Co jeszcze ważniejsze, książka inspiruje do ciągłego uzupełniania wiedzy o Lovecrafcie oraz przypomina o wpływie jego dokonań na współczesną popkulturę. Ta ostatnia kwestia została szczegółowo przedstawiona w rozdziale Twa sztuka nie odeszła (1937-1996), gdzie możemy przeczytać między innymi o pośmiertnych publikacjach dzieł Lovecrafta, zatargach o spuściznę po zmarłym pisarzu, czy właśnie oddziaływaniu jego twórczości na kulturę masową.

Lektura wspomnianego rozdziału była poniekąd powodem, dla którego sięgnąłem po filmy zainspirowane utworami Lovecrafta. Kilka miesięcy temu kierowałem pochwały pod adresem The Haunted Palace w reżyserii Rogera Cormana, dziś przyszedł czas na The Shuttered Room. O ile jednak w przypadku dzieła Cormana nie mamy wątpliwości, iż nawiązuje bezpośrednio do opowiadania The Case of Charles Dexter Ward, o tyle z drugim filmem sprawa nie jest już taka oczywista. Choć, w czołówce The Shuttered Room możemy dostrzec informację jakoby scenariusz opierał się o tekst Lovecrafta, to jednocześnie pojawia się tam nazwisko Augusta Derletha, osoby która dla zachowania pamięci o „samotniku z Providence” zrobiła tylko dobrego, co i złego.

"Krzywa Sweetmana" Graham Masterton


Krzywa Sweetmana to pierwsza od bardzo, bardzo długiego okresu powieść Grahama Mastertona, którą postanowiłem przeczytać. Co jeszcze ważniejsze, jest to jeden z nielicznych thrillerów angielskiego pisarza, którego lektura sprawiła mi niekłamaną przyjemność. Wcześniej, miałem okazję poznać zaledwie garstkę utworów z bogatego dorobku autora, ale – Bogiem a prawdą – powieści warte zapamiętania, jak chociażby Manitou, Wyklęty czy Dziecko ciemności, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Być może nie mam racji i Masterton napisał o wiele więcej utworów wartych poznania. Być może pod wpływem pozytywnej przygody z Krzywą Sweetmana sięgnę po kolejne jego powieści i w ciągu najbliższych miesięcy będą musiał zweryfikować nastawienie względem Mastertonowej twórczości.

Historia opowiedziana w Krzywej Sweetmana to thriller w dokładnym tego słowa znaczeniu; dreszczowiec wywołujący silne emocje, trzymający w napięciu do ostatnich stron książki. Warto dodać, że jest to przykład thrillera politycznego, na co wskazuje nie tylko wątek spiskowy, ale również pojawiające się wielokrotnie uwagi na temat kondycji i przyszłości Stanów Zjednoczonych. Owe dygresje, snute zarówno przez "dobrych", jak i "złych", dotyczą głównie polityki wewnętrznej, ale nie tylko. Szczególnie wyraźne zostały zaprezentowane poglądy senatora Carla Chapmana, prowodyra powieściowego spisku, wśród zwolenników którego dominuje przekonanie o doniosłej roli narodu amerykańskiego w historii świata. Roli, której waga powinna być podtrzymywana wszelkimi możliwymi sposobami; w myśl zasady "cel uświęca środki".

25 marca 2012

"Urok śniegu" Algernon Blackwood


Urok śniegu Algernona Blackwooda można umieścić w grupie tych tekstów, które w prosty i niezwykle sugestywny sposób informują czytelnika o priorytetowych zainteresowaniach angielskiego pisarza. Obok wspomnianego opowiadania w owym gronie z pewnością znalazłyby się takie utwory, jak Wierzby, Wendigo, czy Przejście, których już same tytuły powinny podsuwać właściwe skojarzenia. Tematem bowiem, któremu wspomniany autor poświęcał najwięcej czasu była Natura – pierwotna, potężna i tajemnicza. Marek Nowowiejski we wstępie do zbioru tekstów Blackwooda zatytułowanego Wendigo i inne upiory, pisze: „specjalnością autora Wierzb była umiejętność wczucia się w tajemne, nadprzyrodzone siły Natury, przenikające przyrodę w szczególny sposób w zakątkach nieskażonych przemysłową i niszczycielską działalnością człowieka. Zgodnie z tym przekonaniem ukazywał zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy na łonie Natury, ale także w innych okolicznościach, są zdolni do odczuwania jakimś tajemniczym zmysłem owych tajemnych mocy, na co dzień nam niedostępnych”.* Potwierdzeniem słów Nowowiejskiego może być właśnie historia opowiedziana w Uroku śniegu (The Glamour of the Snow 1911)**.

"Darth Bane: Droga Zagłady" Drew Karpyshyn


Nostalgia za powieściami osadzonymi w rzeczywistości wykreowanej przez George'a Lucasa nawiedza mnie rzadko, ale jak chwyci to na całego. Końcówka lat dziewięćdziesiątych upłynęła na lekturze wyczynów Luke'a Skywalkera i choć od tamtego czasu moje czytelnicze zainteresowania ulegały przeobrażeniom to sądzę, że fascynacja światem Mocy nigdy całkowicie nie wygaśnie. Za bardzo cenię wpływ, jaki Gwiezdne Wojny wywarły i nadal wywierają na kulturę masową. Tym razem impulsem do powrotu do lucasowego uniwersum stał się początek kieszonkowej kolekcji książek spod znaku Star Wars. Lektura Darth Bane: Droga Zagłady, powieści kanadyjskiego pisarza Drew Karpyshyna, do najprzyjemniejszych na pewno jednak nie należała.

Historię narodzin kolejnego z Mrocznych Lordów Sithów zmęczyłem dopiero za drugim podejściem; za pierwszym razem poległem zaledwie po kilku rozdziałach. Winę za taki stan rzeczy należy zrzucić oczywiście na autora, którego – delikatnie mówiąc – ciężko nazwać pisarzem dobrym, czy nawet przyzwoitym. Zastrzeżenia swoje kieruje przede wszystkim do stylu, w jakim została zaprezentowana przemiana młodego górnika z planety Apatros w potężnego Dartha Bane'a.

18 marca 2012

"Potomstwo" Jack Ketchum



Pamiętając o dzisiejszej popularności horrorów gore, okładka zdobiąca powieść Potomstwo nie powinna nikogo dziwić. Co więcej, dla czytelników przepadających za filmami kręconymi w konwencji torture porn, może być obietnicą rozrywki idealnie trafiającej w ich gusta. Jeżeli nawet owe osoby znają prozę Jacka Ketchuma jedynie ze słyszenia to niemowlak umazany krwią może skutecznie zachęcić ich do nabycia książki i uchodzić za przysłowiowy języczek u wagi. Z marketingowego punktu wiedzenia projekt okładki w wykonaniu Wojciecha Pawlika, faceta mającego do czynienia z horrorem nie od wczoraj, stanowi bardzo skuteczną reklamę. Bobas śpiący na stercie ludzkich kości to widok niecodzienny, a więc przykuwający uwagę.

Potomstwo Jacka Ketchuma możemy potraktować w kategoriach luźnej kontynuacji wydarzeń opisanych w powieści Poza sezonem. Po dziesięciu latach wracamy do miasteczka Dead River, a w rolę głównego sprawiedliwego ponownie wciela się George Peters, tj. oficjalnie szeryf w stanie spoczynku, który po ostatnich doświadczeniach z kanibalami nie rozstaje się z butelką whiskey. Tym razem pędzi on na ratunek dwóm ślicznotkom, których to dzieci nieumyślnie wpadły w oko przywódczyni krwiożerczego klanu. Momentami odwaga odzywa się również we wspomnianych dziewczynach, ale rzadko. Przez większość czasu seksowne panie krzyczą, płaczą i wspominają swoich byłych. Piszę „seksowne”, gdyż Ketchum niemalże na każdym kroku przypomina nam o ich ponętnych ciałkach – pięknie prezentujących się w stanikach i majteczkach.

04 marca 2012

"The Woman in Black" (1989, 2012)


The Woman in Black to kino warte polecenia miłośnikom horroru, ale nie wszystkim. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: wspomniany film przypadnie fanom klasycznych opowieści spod znaku ghost story, ale z kolei osoby łaknące brutalnie miażdżonych kości czy solidnie przypiekanego ludzkiego mięsa, będą... nienasyceni? Tak, nienasyceni. Na seansie nie uświadczą oni niczego, co zrekompensowałoby im pieniężny wydatek. Opuszczając kino będą czuć swoistego rodzaju niedosyt – krwisty niedosyt – i być może, z premedytacją oraz z powodu strachu przed niezrozumiałym, będą kalać film nazywając go „zwykłą szmirą”. Zgoła w odmiennym nastroju będą wychodzili z kina wszyscy ci, który przedkładają klasyczne historie z dreszczykiem nad horrory obrzydliwie brutalne – krwiste, ale pozbawione smaku. Film Jamesa Watkinsa jest skierowany właśnie do nich.

Postacią pierwszoplanową The Woman in Black jest początkujący adwokat Arthur Kipps (Daniel Radcliffe), któremu pracodawcy nakazują uporządkować sprawy majątkowe pani Drablow, zmarłej kilka tygodni wcześniej. W tym celu pan Kipps udaje się do miasteczka Crythin Gifford, gdzie odkrywa, że wspomniana nieboszczka nie była zbyt lubiana, a od jej rodzinnego domu trzymano się z daleka. Dlaczego? Nasz bohater również i na to pytanie bardzo szybko znajduje odpowiedź. Historia domu na Węgorzowym Wzgórzu nie przeraża go jednak i postanawia – mając w pamięci dobro rodziny i swoją przyszłość w firmie – wypełnić do końca powierzone mu zdanie. Daniel Radcliffe, niezapomniany Harry Potter, w roli młodego adwokata spisuje się nad wyraz dobrze. Trochę obawiałem się, że widząc go na ekranie nadal będę miał przed oczyma czarodzieja z Hogwartu, ale nic z tych rzeczy. Potter poszedł w niepamięć, pozostał pan Kipps.

01 marca 2012

"Więcej Wierzb!"



Żaden trzeźwo myślący wydawca nie będzie pro­wa­dził dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej, a tym bar­dziej zaspo­ka­jał zachcia­nek tego czy innego czy­tel­nika. Co zatem ma zro­bić osoba stro­niąca od nowo­ści, ceniąca, na przypkład, lite­rac­kich pre­kur­so­rów grozy? Oce­nia­jąc rynek wydaw­ni­czy przez pry­zmat dostęp­no­ści kla­syki hor­roru, nie mogę powie­dzieć, abym czuł się szcze­gól­nie usa­tys­fak­cjo­no­wany. Czy­tel­nicy z kil­ku­dzie­się­cio­let­nim sta­żem są w znacz­nie lep­szej sytu­acji. Lata sie­dem­dzie­siąte i osiem­dzie­siąte dość mocno przy­słu­żyły się wszyst­kim, któ­rzy mieli ochotę poznać twór­czość pisa­rzy prze­cie­ra­ją­cych szlaki dla dzi­siej­szego hor­roru. Haw­thorne, Mur­doch, Le Fanu czy Fre­eman to tylko nie­które nazwi­ska warte przy­po­mnie­nia. Więk­szość tek­stów, które wów­czas ujrzały w Pol­sce świa­tło dzien­nie, można obec­nie – szu­ka­jąc dosta­tecz­nie wytrwale – zna­leźć na roz­ma­itych aukcjach oraz w co lepiej zaopa­trzo­nych anty­kwa­ria­tach. Nie­za­leż­nie jed­nak od ilo­ści opu­bli­ko­wa­nych inte­re­su­ją­cych nas tek­stów, jest to nadal zale­d­wie kro­pla w morzu. Wiele powie­ści i opo­wia­dań wciąż czeka na odkry­cie, ale patrząc na słuszną linię postę­po­wa­nia pol­skich wydaw­ców, nie sądzę, aby miało to ulec zmia­nie w naj­bliż­szej przy­szło­ści. Bra­kuje w Pol­sce osób wystar­cza­jąco odważ­nych, chcą­cych inwe­sto­wać w coś, po co się­gnie praw­do­po­dob­nie jedy­nie garstka czytelników. Read More

29 lutego 2012

"Straceni" Jack Ketchum



Rzuciwszy okiem na najnowszą na polskim rynku książkę Jacka Ketchuma pierwszą myślą zrodzoną w mojej głowie było: „ten facet wie, czego chce” i to od wielu lat. Wystarczy porównać Poza sezonem – debiutancką powieść pisarza z 1980 roku – ze Straconymi, aby zrozumieć, że tym, co kręci pana Ketchuma, jest ciągle strach – jedna z podstawowych emocji pierwotnych mających swe źródło w instynkcie przetrwania. Sądzę jednak, że poprzestanie na takim stwierdzeniu byłoby dla wspomnianego autora krzywdzące. Jack Ketchum w twórczości nie ogranicza się bowiem tylko i wyłącznie do prezentowania hord zdziczałych kanibali. O wiele częściej źródłem przerażenia czyni nas samych. Spokojnych na co dzień ludzi, w umysłach których potrafi zrodzić się szaleństwo.

Powieść Off Season została nazwana przez nowojorskich recenzentów „pełną przemocy pornografią”. Wydaje mi się, że po lekturze Straconych jestem w stanie chociaż po części zrozumieć powody takiego zachowania krytyków. Zacznijmy od tego, że Jack Ketchum tworzy historie pełne bólu, skrajnego okrucieństwa, niepohamowanej agresji. Jeżeli dołożymy do tego bezpardonowy, niemalże zwierzęcy język, którego tak często używa pisarz do przekazywania emocji towarzyszących bohaterom, powstaje prawdziwie wstrząsający thriller. Off Season była jedną z pierwszych książek w tak mocno bezkompromisowy sposób ukazującą terror stworzony przez człowieka. Miłośnicy powieści grozy wychodzących spod pióra Deana Koontza, Clive’a Barkera czy chociażby Stephena Kinga zostali poczęstowani przerażającą historią z bohaterami będącymi uosobieniem zła w najczystszej postaci. Nic więc dziwnego, że proza Jacka Ketchuma zszokowała odbiorców.

19 lutego 2012

"Children of the Damned" (1963)



Children of the Damned to kino niekoniecznie dla widzów szukających mocnych wrażeń. Horror? Dzisiejszy widz może mieć opory przed nazwaniem go w ten sposób i chyba nie należy się temu zbytnio dziwić. Premiera Children of the Damned miała bowiem miejsce 24 stycznia 1964 roku, blisko pięćdziesiąt lat temu. Przez ten czas zmianie uległo niemalże wszystko, a już na pewno realia, w których film powstawał. Początek lat sześćdziesiątych to okres gorącej polityki mocarstw, jak również narastające w społeczeństwie poczucie zagrożenia wywołane groźbą kolejnego zbrojnego konfliktu na skalę światową.

Anton Leader pracując nad Children of the Damned dostrzegał owe napięcie, co w filmie widać bardzo wyraźnie. Reżyser konstruując fabułę duży nacisk położył na wiarygodne oddanie owego politycznego napięcia oraz atmosfery nieufności dominującej w dyplomacji. Oglądając Children of the Damned można nawet odnieść wrażenie, że motywy polityczne, jak i społeczne, w dużej przysłoniły aspekty fantastycznonaukowe. Wątek rywalizacji służb wywiadowczych, chcących uzyskać kontrolę nad sześciorgiem wybitnie uzdolnionych dzieci, przewija się niemalże przez cały film. Podobnie, jak dążenia przywódców ówczesnych mocarstw do zdobycia militarnej przewagi nad konkurentami. Głównym bohaterom, czyli dzieciom o ponadprzeciętnej inteligencji, została powierzona rola prowodyrów politycznego zamieszania. To właśnie ich niebezpieczne umiejętności i ogromna wiedza, mogące stanowić realne zagrożenie dla całej Ziemi, stają się obiektem politycznego pożądania.

09 lutego 2012

"Ziarno demona" Dean R. Koontz


Wśród moich nowo­rocz­nych posta­no­wień czo­łowe miej­sce zaj­muje zamiar doczy­ta­nia wszyst­kich tek­stów, któ­rych lektura, z tego czy innego względu, została prze­rwana. Na pierw­szy ogień poszło Ziarno demona, jedna z naj­now­szych powie­ści Deana Koontza opu­bli­ko­wa­nych przez wydaw­nic­two Amber. Przy­godę ze wspo­mnianą książką zakoń­czy­łem rów­nie szybko, jak roz­po­czą­łem. Nie pamię­tam, jak daleko dobrnąłem w fabule, ale wiem, że byłem mocno roz­cza­ro­wany. Na tle innych tek­stów Koontza z okresu lat 90′ Ziarno demona wypa­dało mało atrakcyjnie.
Read more

18 stycznia 2012

"Napowietrzna wioska" Juliusz Verne


(autorem tekstu jest Aleksandra Skalska, moja żona)


„- I cóż – spytał John Cort – czy wierzysz już Maksie, że te nieszczęsne istoty należą do gatunku ludzkiego?
- Oczywiście, Johnie, skoro potrafią śmiać się i płakać tak jak ludzie?*”

Czy istnieje brakujące ogniwo łączące ludzi i człekokształtne? Jakie cechy decydują o człowieczeństwie? Takie pytania, z którymi do dzisiaj zmagają się antropolodzy, biolodzy, filozofowie, stawia sobie również Verne w jednej ze swoich krótszych powieści – Napowietrzna wioska. Oczywiście nie należy oczekiwać od tego prekursora fantastyki akademickiej rozprawy. Pisarz swoją powieść skierował do młodzieży, postarał się więc, by książka była lekka i przyjemna w czytaniu. Wszelkiego rodzaju poważne rozważania Verne wplata pomysłowo w dialogi bohaterów lub snuje przy okazji opisywania niezwykłych wrażeń z podróży, w której uczestniczą bohaterowie.

Prace nad Napowietrzną wioską rozpoczął Verne w 1900 r. i poświęcaj jej naprawdę wiele czasu, chcąc wywiązać się z umowy z czasopismem „Magazyn Edukacji i Rozrywki”. W tym okresie pisarz cierpiał już na początki zaćmy, co dodatkowo utrudniało mu pracę twórczą**. Powieść została wydana po raz pierwszy w 1901 r., w tym samym roku ukazał się także jej polski przekład, publikowany w odcinkach. Pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w 1907 r***.

16 stycznia 2012

"Zły wpływ" Ramsey Campbell



Lektura Najciemniejszej części lasu* pozostawiła nadzwyczaj miłe wspomnienia. Można powiedzieć, że po Zły wpływ sięgnąłem niejako mechanicznie, wierząc, że kolejna wydana w Polsce powieść Ramseya Campbella będzie równie wciągająca. Piszę te słowa kilka dni po przeczytaniu ostatniego zdania ze wspomnianej książki i nadal jestem nią zachwycony. Historia opowiedziana przez brytyjskiego pisarza porusza, intryguje, a co najistotniejsze trzyma w napięciu tak, jakbym sobie tego życzył. Zły wpływ wydaje się posiadać wszystkie cechy dobrej powieści grozy, pięknie opowiedzianej ghost story. Campbell zaryzykował, rzucił wyzwanie klasycznemu motywowi opętania i wyszedł z tej konfrontacji z podniesionym czołem.

Powieść, po raz pierwszy opublikowana pod koniec lat osiemdziesiątych, również i dzisiaj prezentuje się bardzo dobrze. Nadal wywołuje w czytelnikach uczucie niepokoju, strachu, a przecież oto właśnie chodzi, prawda? W księgarni, podchodząc do półki z horrorami, liczę, że dostanę coś więcej niż kolejną historię o wampirach, czyli najpewniej zakamuflowany romans, i coś więcej niż opowieść z dreszczykiem. Powieść Campbella spełniła moje oczekiwania. Jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z antologią 15 blizn i muszę powiedzieć, że wiele tekstów w niej opublikowanych nie dorasta do pięt utworom Campbella. Dużym plusem Złego wpływu jest to, że nie męczy czytelnika makabrycznymi opisami gwałtów, morderstw, świeżego mięsa porozrzucanego po pogrążonej w mroku piwnicy. Autor, chcąc zaskoczyć czytelnika, nie ucieka się do prostych sztuczek, a do takich zaliczam chociażby nadmierne eksponowanie w horrorach krwistych momentów, ale systematycznie buduje opowieść psychologiczną, momentami wręcz ocierając się o dramat. Po raz pierwszy od dłuższego czasu otrzymałem na polskim rynku horror, którego źródłem mocy nie są sceny przywodzące na myśl filmy z gatunku torture porn, tylko inteligentne wzbudzanie w czytelnikach niepokoju i przerażenia poprzez nastrojową narrację oraz umiejętne oddziaływanie na wyobraźnię odbiorcy. Pomimo pewnych niedociągnięć, o których za chwilę, historia rodziny Faradayów to dobra opowieść. Bądź co bądź została opowiedziana przez osobę, która z kreowania atmosfery grozy utrzymuje się już od dłuższego czasu. Campbell umie straszyć i Zły wpływ jest tego doskonałym przykładem. Miłośnicy horrorów odnajdą w powieści wiele dobrego, począwszy od nastrojowych opisów rodowej posiadłości Queenie, poprzez pozagrobowe intrygi demonicznej babki, na traumatycznych przeżyciach małej dziewczynki i osób z nią związanych skończywszy.

07 stycznia 2012

"The Dunwich Horror" Howard Phillips Lovecraft


„Większy niż obora... cały jakby z pozwijanych sznurów... ma kształt kurzego jajka, ale ogromny jak nie wiem co... ma kilkanaście nóg wielkich jak dno beczki, zginają się w pół, kiedy stąpa... nie ma nic stałego... wszystko jak galareta... składa się z oddzielnych poskręcanych lin ściągniętych razem... pełno na nim wielkich, wyłupiastych oczu... dziesięć albo dwadzieścia ust, o może trąb... sterczą wszędzie, wielkie jak rury od pieca, chwieją się, otwierają i zamykają... szare, na nich niebieskie i fioletowe pierścienie... a na górze... Boże drogi... pół twarzy!”.

Przytoczony powyżej fragment pochodzi z opowiadania The Dunwich Horror, a dotyczy jednego z synów Yog-Sothotha, istoty zalicznej w mitologii Cthulhu do Bogów Zewnętrznych. Wszystkich zainteresowanych lovecraftowskim panteonem istot spoza czasu i przestrzeni zachęcam do sięgnięcia po wspomniany utwór, choć z góry uprzedzam, że nie nalżey on do najbardziej udanych w dorobku pisarza. Godne uwagi są nawiązania do księgi Necronomicon – pada nazwisko jej autora oraz zostaje z niej przytoczonych kilka wersów, dotyczących głównie wspomnianego Yog-Sothotha. Poza tym opowiadanie The Dunwich Horror zaliczyłbym do mocno przeciętnych. Wszystko przez motyw przewodni, który, delikatnie mówiąc, należy zaliczyć do mocno oklepanych.

02 stycznia 2012

„The Walking Dead: Narodziny Gubernatora” Robert Kirkman, Jay Bonansinga



Na początku byli Robert Kirkman i Tony Moore – genialny scenarzysta, twórca kontrowersyjnej serii Battle Pope oraz rysownik komiksów, często sięgający w pracy po konwencję typową dla horroru i science fiction. Początki współpracy obu panów wypada datować na rok 2000, ale dopiero trzy lata później zaczęło być o nich naprawdę głośno. A wszystko za sprawą komiksu The Walking Dead, historii będącej kroniką podróży małomiasteczkowego szeryfa Ricka Grimesa oraz jego przyjaciół przez Amerykę pełną zombie. Czarno-biała seria momentalnie zyskała licznych fanów, a w ubiegłym roku otrzymała Nagrodę Eisnera, wyróżnienie często nazywane Oscarami Przemysłu Komiksowego. Sukces świata wykreowanego przez Kirkmana i Moore'a był na tyle duży, że bardzo szybko zaczęto myśleć nad przeniesieniem historii Grimesa na szklany ekran. Serial The Walking Dead swoją premierę miał w październiku 2010 roku, a opiekę nad projektem objął Frank Darabont, reżyser znany z chociażby takich ekranizacji, jak Skazani na Shawshank czy Zielona Mila.

The Walking Dead: Narodziny Gubernatora to kolejny spin-off popularnej serii oraz pierwsza książkowa wariacja osadzona w postapokaliptycznym świecie duetu Kirkman-Moore. Tym samym do pracy nad uniwersum dołączył Jay Bonansinga, amerykański pisarz thrillerów, którego nazwisko, wyznam szczerze, nic mi nie mówi. Na książkę trafiłem zupełnie przypadkowo. Skończywszy oglądać drugi sezon serialu i starając się pogłębić wiedzę o pomyśle na „żywe trupy”, trafiłem na informację o nadchodzącej polskiej premierze niniejszej powieści, która – uwaga! – miała miejsce raptem miesiąc po światowej. Inwestorem w The Walking Dead: Rise of the Governor okazało się wydawnictwo Sine Qua Non, które pozytywnie wspominam z uwagi na Jest Legendą, antologię powstałą w hołdzie Mathesonowi. Czyżby kolejny strzał w dziesiątkę?