04 marca 2012

"The Woman in Black" (1989, 2012)


The Woman in Black to kino warte polecenia miłośnikom horroru, ale nie wszystkim. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: wspomniany film przypadnie fanom klasycznych opowieści spod znaku ghost story, ale z kolei osoby łaknące brutalnie miażdżonych kości czy solidnie przypiekanego ludzkiego mięsa, będą... nienasyceni? Tak, nienasyceni. Na seansie nie uświadczą oni niczego, co zrekompensowałoby im pieniężny wydatek. Opuszczając kino będą czuć swoistego rodzaju niedosyt – krwisty niedosyt – i być może, z premedytacją oraz z powodu strachu przed niezrozumiałym, będą kalać film nazywając go „zwykłą szmirą”. Zgoła w odmiennym nastroju będą wychodzili z kina wszyscy ci, który przedkładają klasyczne historie z dreszczykiem nad horrory obrzydliwie brutalne – krwiste, ale pozbawione smaku. Film Jamesa Watkinsa jest skierowany właśnie do nich.

Postacią pierwszoplanową The Woman in Black jest początkujący adwokat Arthur Kipps (Daniel Radcliffe), któremu pracodawcy nakazują uporządkować sprawy majątkowe pani Drablow, zmarłej kilka tygodni wcześniej. W tym celu pan Kipps udaje się do miasteczka Crythin Gifford, gdzie odkrywa, że wspomniana nieboszczka nie była zbyt lubiana, a od jej rodzinnego domu trzymano się z daleka. Dlaczego? Nasz bohater również i na to pytanie bardzo szybko znajduje odpowiedź. Historia domu na Węgorzowym Wzgórzu nie przeraża go jednak i postanawia – mając w pamięci dobro rodziny i swoją przyszłość w firmie – wypełnić do końca powierzone mu zdanie. Daniel Radcliffe, niezapomniany Harry Potter, w roli młodego adwokata spisuje się nad wyraz dobrze. Trochę obawiałem się, że widząc go na ekranie nadal będę miał przed oczyma czarodzieja z Hogwartu, ale nic z tych rzeczy. Potter poszedł w niepamięć, pozostał pan Kipps.

The Woman in Black to zarówno podręcznikowy przykład klasycznej opowieści ghost story, jak i horror w najlepszym wydaniu. Senna atmosfera angielskiej prowincji, wszędobylska mgła oraz tajemnica domu o antypatycznie brzmiącej nazwie to wszystko złożyło się na doskonałe tło dla opowieści o Kobiecie w Czerni. Przestrzegam jednak tych, którym film Watkinsa jawi się jako kolejne Wuthering Heights. Historii Susan Hill daleko do romantycznej wizji o życiu i nienawiści. Film The Woman in Black reklamowany jest jako horror i jako horror spisuje się znakomicie. W ciągu dziewięćdziesięciu pięciu minut nie brakuje momentów odpowiedzialnych za nastrój niepokoju i tajemnicy. Jak również tych, dzięki którym moja małżonka zasłaniała oczy ze strachu. Twórcom The Woman in Black brawa należą się także za umiejętne połączenie muzyki ze scenerią i motywem przewodnim filmu. To właśnie owa muzyka, sama sobą budująca napięcie, powoduje, że nie sposób oderwać oczu od tego, co dzieje się na ekranie.


Kilka lat temu obejrzałem pierwszą wersję The Woman in Black, z 1989 roku. Od filmu Jamesa Watkinsa różni się ona jednak znacząco. Reżyser Herbert Wise wyraźnie przełożył same snucie opowieści nad straszenie nią widza. Elementy charakterystyczne dla dreszczowców dostrzeżemy w muzyce i scenerii, ale wyraźnie brakuje współczesnych efektów specjalnych, dzięki którym tytułowa Kobieta w Czerni z filmu Watkinsa, nabrała silnie przerażającego wydźwięku.

1 komentarz:

  1. Niedawno wróciłem z kina po seansie Kobiety w czerni. Świetny film. Klimatyczny aż trzeszczy, logiczny, świetnie zagrany. Było kilka momentów, które nie bardzo mi zagrały, ale to raczej szczegóły. Ciekawe, bo film różni się nieco od książki, ale sens i tego i tego został ten sam. Dobry, mroczny, smutny i nieco melancholijny horror. Jeden z lepszych, jakie ostatnio widziałem.
    Aha, oczywiście zgadzam się z Twoją recką Sharin :]

    OdpowiedzUsuń