06 maja 2012

"The Amityville Horror" (1979)


Zachęcony recenzją Buffy1977 sięgnąłem po pierwszą, filmową, odsłonę historii rodziny Lutzów – oryginalny The Amityville Horror z końca lat osiemdziesiątych. I wiecie co? Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej. Zanim jednak przejdę do wyśpiewywania pod adresem wspomnianej produkcji peanów, kilka słów wstępu. Do filmów o nawiedzonym domu zraził mnie remake wspomnianego horroru z 2005 roku, który nie zaoferował niczego poza niewłaściwym aktorstwem. Nie zrozumcie mnie źle, ale patrząc na Ryana Reynoldsa cały czas widziałem Michaela Bergena. Niech fani aktora mnie zastrzelą, ale uważam, że gwiazda serialu On, ona i pizzeria nie sprawdza się w horrorach. Cukierkowaty Reynolds całkiem nieźle radzi sobie w komediach (Wieczny student, Teściowie, Narzeczony mimo woli) i kinie akcji (Blade: Mroczna Trójca, X-Men Geneza: Wolverine), ale historie z dreszczykiem to nie jego działka. Przynajmniej, tak było kiedyś. Jakiś czas temu aktor zagrał faceta pogrzebanego żywcem i zebrał całkiem przyzwoite recenzje, więc równie dobrze mogę nie mieć racji. Tak czy inaczej, Reynolds w roli George'a Lutza na blisko siedem lat skutecznie odstraszył mnie od serii Amityville.

The Amityville Horror z 1979 roku, film amerykańskiego reżysera i scenarzysty Stuarta Rosenberga, to całkowite przeciwieństwo wspomnianego remake'a. Na ciepłe słowa zasłużyli z pewnością aktorzy, w szczególności James Brolin (George Lutz) i Margot Kidder (Kathy Lutz) – pamiętna Louis Lane. Odgrywanym przez nich postaciom daleko do naiwnej patetyczności; targające nimi emocje i ich wzajemne relacje przedstawione zostały w sposób wiarygodny i precyzyjny. Widz, śledząc rosnące problemy Lutzów oraz przemianę ojca rodziny nie odnosi wrażenia sztuczności, zarówno całości jak i poszczególnych scen. Wewnętrzne przeobrażenie George'a zostało zaprezentowane z wyraźną dbałością o szczegóły i bez zbędnego przesadyzmu, co przydało całej sytuacji znamion realizmu.

Film Rosenberga to przyzwoity horror, dobry pod wieloma względami. Pozytywne wrażenia sprawia ścieżka dźwiękowa, za którą argentyński kompozytor żydowskiego pochodzenia Lalo Schifrin otrzymał w 1980 roku nominację do Oscara (przegrał z komedią romantyczną – Mały romans). Odpowiednie wyważenie między muzyką hałaśliwą (perkusja, bębny) a spokojną (skrzypce, pianino) oraz umiejętne wprowadzenie do niej chórków, zaowocowało – potęgującą napięcie - atmosferą. Rosenberg pracując nad fabułą często uciekał się do suspensu. Choć scen prawdziwie zaskakujących widza jest zaledwie kilka (agresywny kot; oczy świecące w ciemnościach), to klimat grozy – spotęgowany w końcówce – stale towarzyszy rozgrywającym się wydarzeniom. Za minus należy policzyć niedopowiedzenie kilku wątków, na przykład historii Johna Ketchuma, czciciela Diabła wypędzonego z Salem. Zamiast ciągłego epatowania plagą much, sławną „godziną Szatana” czy też „niewidzialną Judy”, można było większą uwagę poświęcić genezie Zła, tkwiącego w murach tajemniczej rezydencji.


Pomimo niedociągnięć, moja ogólna ocena nie ulega zmianie. The Amityville Horror z 1979 roku to znakomity sukces duetu Rosenberg-Schifrin. Scenariusz filmu zaczerpnięto z powieści Jay Ansona, opartej na wspomnieniach prawdziwych Lutzów i mieszkańców Long Island pamiętających tragedię rodziny DeFeo. Dziś wiadomo, że historia opowiedziana przez George'a i Kathy Lutzów była zwykłą mistyfikacją, mającą zakończyć ich kłopoty finansowe (wątek ten pojawia się także w filmie). Mimo oczywistego dla wszystkich kłamstwa, towarzysząca filmowi metka – „oparty na prawdziwych wydarzeniach” – przetrwała. Prawdopodobnie dzięki niej, kilkudziesięcioletnia historia fascynuje także dzisiaj.

1 komentarz:

  1. Cieszę się, że mogłam Ci coś polecić:)Ja również bardzo lubię ten horrorek, aczkolwiek nie ukrywam, że remake trochę bardziej:)
    Dzięki za wciągającą reckę, będę zaglądać częściej.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń