18 stycznia 2012

"Napowietrzna wioska" Juliusz Verne


(autorem tekstu jest Aleksandra Skalska, moja żona)


„- I cóż – spytał John Cort – czy wierzysz już Maksie, że te nieszczęsne istoty należą do gatunku ludzkiego?
- Oczywiście, Johnie, skoro potrafią śmiać się i płakać tak jak ludzie?*”

Czy istnieje brakujące ogniwo łączące ludzi i człekokształtne? Jakie cechy decydują o człowieczeństwie? Takie pytania, z którymi do dzisiaj zmagają się antropolodzy, biolodzy, filozofowie, stawia sobie również Verne w jednej ze swoich krótszych powieści – Napowietrzna wioska. Oczywiście nie należy oczekiwać od tego prekursora fantastyki akademickiej rozprawy. Pisarz swoją powieść skierował do młodzieży, postarał się więc, by książka była lekka i przyjemna w czytaniu. Wszelkiego rodzaju poważne rozważania Verne wplata pomysłowo w dialogi bohaterów lub snuje przy okazji opisywania niezwykłych wrażeń z podróży, w której uczestniczą bohaterowie.

Prace nad Napowietrzną wioską rozpoczął Verne w 1900 r. i poświęcaj jej naprawdę wiele czasu, chcąc wywiązać się z umowy z czasopismem „Magazyn Edukacji i Rozrywki”. W tym okresie pisarz cierpiał już na początki zaćmy, co dodatkowo utrudniało mu pracę twórczą**. Powieść została wydana po raz pierwszy w 1901 r., w tym samym roku ukazał się także jej polski przekład, publikowany w odcinkach. Pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w 1907 r***.

16 stycznia 2012

"Zły wpływ" Ramsey Campbell



Lektura Najciemniejszej części lasu* pozostawiła nadzwyczaj miłe wspomnienia. Można powiedzieć, że po Zły wpływ sięgnąłem niejako mechanicznie, wierząc, że kolejna wydana w Polsce powieść Ramseya Campbella będzie równie wciągająca. Piszę te słowa kilka dni po przeczytaniu ostatniego zdania ze wspomnianej książki i nadal jestem nią zachwycony. Historia opowiedziana przez brytyjskiego pisarza porusza, intryguje, a co najistotniejsze trzyma w napięciu tak, jakbym sobie tego życzył. Zły wpływ wydaje się posiadać wszystkie cechy dobrej powieści grozy, pięknie opowiedzianej ghost story. Campbell zaryzykował, rzucił wyzwanie klasycznemu motywowi opętania i wyszedł z tej konfrontacji z podniesionym czołem.

Powieść, po raz pierwszy opublikowana pod koniec lat osiemdziesiątych, również i dzisiaj prezentuje się bardzo dobrze. Nadal wywołuje w czytelnikach uczucie niepokoju, strachu, a przecież oto właśnie chodzi, prawda? W księgarni, podchodząc do półki z horrorami, liczę, że dostanę coś więcej niż kolejną historię o wampirach, czyli najpewniej zakamuflowany romans, i coś więcej niż opowieść z dreszczykiem. Powieść Campbella spełniła moje oczekiwania. Jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z antologią 15 blizn i muszę powiedzieć, że wiele tekstów w niej opublikowanych nie dorasta do pięt utworom Campbella. Dużym plusem Złego wpływu jest to, że nie męczy czytelnika makabrycznymi opisami gwałtów, morderstw, świeżego mięsa porozrzucanego po pogrążonej w mroku piwnicy. Autor, chcąc zaskoczyć czytelnika, nie ucieka się do prostych sztuczek, a do takich zaliczam chociażby nadmierne eksponowanie w horrorach krwistych momentów, ale systematycznie buduje opowieść psychologiczną, momentami wręcz ocierając się o dramat. Po raz pierwszy od dłuższego czasu otrzymałem na polskim rynku horror, którego źródłem mocy nie są sceny przywodzące na myśl filmy z gatunku torture porn, tylko inteligentne wzbudzanie w czytelnikach niepokoju i przerażenia poprzez nastrojową narrację oraz umiejętne oddziaływanie na wyobraźnię odbiorcy. Pomimo pewnych niedociągnięć, o których za chwilę, historia rodziny Faradayów to dobra opowieść. Bądź co bądź została opowiedziana przez osobę, która z kreowania atmosfery grozy utrzymuje się już od dłuższego czasu. Campbell umie straszyć i Zły wpływ jest tego doskonałym przykładem. Miłośnicy horrorów odnajdą w powieści wiele dobrego, począwszy od nastrojowych opisów rodowej posiadłości Queenie, poprzez pozagrobowe intrygi demonicznej babki, na traumatycznych przeżyciach małej dziewczynki i osób z nią związanych skończywszy.

07 stycznia 2012

"The Dunwich Horror" Howard Phillips Lovecraft


„Większy niż obora... cały jakby z pozwijanych sznurów... ma kształt kurzego jajka, ale ogromny jak nie wiem co... ma kilkanaście nóg wielkich jak dno beczki, zginają się w pół, kiedy stąpa... nie ma nic stałego... wszystko jak galareta... składa się z oddzielnych poskręcanych lin ściągniętych razem... pełno na nim wielkich, wyłupiastych oczu... dziesięć albo dwadzieścia ust, o może trąb... sterczą wszędzie, wielkie jak rury od pieca, chwieją się, otwierają i zamykają... szare, na nich niebieskie i fioletowe pierścienie... a na górze... Boże drogi... pół twarzy!”.

Przytoczony powyżej fragment pochodzi z opowiadania The Dunwich Horror, a dotyczy jednego z synów Yog-Sothotha, istoty zalicznej w mitologii Cthulhu do Bogów Zewnętrznych. Wszystkich zainteresowanych lovecraftowskim panteonem istot spoza czasu i przestrzeni zachęcam do sięgnięcia po wspomniany utwór, choć z góry uprzedzam, że nie nalżey on do najbardziej udanych w dorobku pisarza. Godne uwagi są nawiązania do księgi Necronomicon – pada nazwisko jej autora oraz zostaje z niej przytoczonych kilka wersów, dotyczących głównie wspomnianego Yog-Sothotha. Poza tym opowiadanie The Dunwich Horror zaliczyłbym do mocno przeciętnych. Wszystko przez motyw przewodni, który, delikatnie mówiąc, należy zaliczyć do mocno oklepanych.

02 stycznia 2012

„The Walking Dead: Narodziny Gubernatora” Robert Kirkman, Jay Bonansinga



Na początku byli Robert Kirkman i Tony Moore – genialny scenarzysta, twórca kontrowersyjnej serii Battle Pope oraz rysownik komiksów, często sięgający w pracy po konwencję typową dla horroru i science fiction. Początki współpracy obu panów wypada datować na rok 2000, ale dopiero trzy lata później zaczęło być o nich naprawdę głośno. A wszystko za sprawą komiksu The Walking Dead, historii będącej kroniką podróży małomiasteczkowego szeryfa Ricka Grimesa oraz jego przyjaciół przez Amerykę pełną zombie. Czarno-biała seria momentalnie zyskała licznych fanów, a w ubiegłym roku otrzymała Nagrodę Eisnera, wyróżnienie często nazywane Oscarami Przemysłu Komiksowego. Sukces świata wykreowanego przez Kirkmana i Moore'a był na tyle duży, że bardzo szybko zaczęto myśleć nad przeniesieniem historii Grimesa na szklany ekran. Serial The Walking Dead swoją premierę miał w październiku 2010 roku, a opiekę nad projektem objął Frank Darabont, reżyser znany z chociażby takich ekranizacji, jak Skazani na Shawshank czy Zielona Mila.

The Walking Dead: Narodziny Gubernatora to kolejny spin-off popularnej serii oraz pierwsza książkowa wariacja osadzona w postapokaliptycznym świecie duetu Kirkman-Moore. Tym samym do pracy nad uniwersum dołączył Jay Bonansinga, amerykański pisarz thrillerów, którego nazwisko, wyznam szczerze, nic mi nie mówi. Na książkę trafiłem zupełnie przypadkowo. Skończywszy oglądać drugi sezon serialu i starając się pogłębić wiedzę o pomyśle na „żywe trupy”, trafiłem na informację o nadchodzącej polskiej premierze niniejszej powieści, która – uwaga! – miała miejsce raptem miesiąc po światowej. Inwestorem w The Walking Dead: Rise of the Governor okazało się wydawnictwo Sine Qua Non, które pozytywnie wspominam z uwagi na Jest Legendą, antologię powstałą w hołdzie Mathesonowi. Czyżby kolejny strzał w dziesiątkę?