25 marca 2012

"Urok śniegu" Algernon Blackwood


Urok śniegu Algernona Blackwooda można umieścić w grupie tych tekstów, które w prosty i niezwykle sugestywny sposób informują czytelnika o priorytetowych zainteresowaniach angielskiego pisarza. Obok wspomnianego opowiadania w owym gronie z pewnością znalazłyby się takie utwory, jak Wierzby, Wendigo, czy Przejście, których już same tytuły powinny podsuwać właściwe skojarzenia. Tematem bowiem, któremu wspomniany autor poświęcał najwięcej czasu była Natura – pierwotna, potężna i tajemnicza. Marek Nowowiejski we wstępie do zbioru tekstów Blackwooda zatytułowanego Wendigo i inne upiory, pisze: „specjalnością autora Wierzb była umiejętność wczucia się w tajemne, nadprzyrodzone siły Natury, przenikające przyrodę w szczególny sposób w zakątkach nieskażonych przemysłową i niszczycielską działalnością człowieka. Zgodnie z tym przekonaniem ukazywał zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy na łonie Natury, ale także w innych okolicznościach, są zdolni do odczuwania jakimś tajemniczym zmysłem owych tajemnych mocy, na co dzień nam niedostępnych”.* Potwierdzeniem słów Nowowiejskiego może być właśnie historia opowiedziana w Uroku śniegu (The Glamour of the Snow 1911)**.

"Darth Bane: Droga Zagłady" Drew Karpyshyn


Nostalgia za powieściami osadzonymi w rzeczywistości wykreowanej przez George'a Lucasa nawiedza mnie rzadko, ale jak chwyci to na całego. Końcówka lat dziewięćdziesiątych upłynęła na lekturze wyczynów Luke'a Skywalkera i choć od tamtego czasu moje czytelnicze zainteresowania ulegały przeobrażeniom to sądzę, że fascynacja światem Mocy nigdy całkowicie nie wygaśnie. Za bardzo cenię wpływ, jaki Gwiezdne Wojny wywarły i nadal wywierają na kulturę masową. Tym razem impulsem do powrotu do lucasowego uniwersum stał się początek kieszonkowej kolekcji książek spod znaku Star Wars. Lektura Darth Bane: Droga Zagłady, powieści kanadyjskiego pisarza Drew Karpyshyna, do najprzyjemniejszych na pewno jednak nie należała.

Historię narodzin kolejnego z Mrocznych Lordów Sithów zmęczyłem dopiero za drugim podejściem; za pierwszym razem poległem zaledwie po kilku rozdziałach. Winę za taki stan rzeczy należy zrzucić oczywiście na autora, którego – delikatnie mówiąc – ciężko nazwać pisarzem dobrym, czy nawet przyzwoitym. Zastrzeżenia swoje kieruje przede wszystkim do stylu, w jakim została zaprezentowana przemiana młodego górnika z planety Apatros w potężnego Dartha Bane'a.

18 marca 2012

"Potomstwo" Jack Ketchum



Pamiętając o dzisiejszej popularności horrorów gore, okładka zdobiąca powieść Potomstwo nie powinna nikogo dziwić. Co więcej, dla czytelników przepadających za filmami kręconymi w konwencji torture porn, może być obietnicą rozrywki idealnie trafiającej w ich gusta. Jeżeli nawet owe osoby znają prozę Jacka Ketchuma jedynie ze słyszenia to niemowlak umazany krwią może skutecznie zachęcić ich do nabycia książki i uchodzić za przysłowiowy języczek u wagi. Z marketingowego punktu wiedzenia projekt okładki w wykonaniu Wojciecha Pawlika, faceta mającego do czynienia z horrorem nie od wczoraj, stanowi bardzo skuteczną reklamę. Bobas śpiący na stercie ludzkich kości to widok niecodzienny, a więc przykuwający uwagę.

Potomstwo Jacka Ketchuma możemy potraktować w kategoriach luźnej kontynuacji wydarzeń opisanych w powieści Poza sezonem. Po dziesięciu latach wracamy do miasteczka Dead River, a w rolę głównego sprawiedliwego ponownie wciela się George Peters, tj. oficjalnie szeryf w stanie spoczynku, który po ostatnich doświadczeniach z kanibalami nie rozstaje się z butelką whiskey. Tym razem pędzi on na ratunek dwóm ślicznotkom, których to dzieci nieumyślnie wpadły w oko przywódczyni krwiożerczego klanu. Momentami odwaga odzywa się również we wspomnianych dziewczynach, ale rzadko. Przez większość czasu seksowne panie krzyczą, płaczą i wspominają swoich byłych. Piszę „seksowne”, gdyż Ketchum niemalże na każdym kroku przypomina nam o ich ponętnych ciałkach – pięknie prezentujących się w stanikach i majteczkach.

04 marca 2012

"The Woman in Black" (1989, 2012)


The Woman in Black to kino warte polecenia miłośnikom horroru, ale nie wszystkim. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: wspomniany film przypadnie fanom klasycznych opowieści spod znaku ghost story, ale z kolei osoby łaknące brutalnie miażdżonych kości czy solidnie przypiekanego ludzkiego mięsa, będą... nienasyceni? Tak, nienasyceni. Na seansie nie uświadczą oni niczego, co zrekompensowałoby im pieniężny wydatek. Opuszczając kino będą czuć swoistego rodzaju niedosyt – krwisty niedosyt – i być może, z premedytacją oraz z powodu strachu przed niezrozumiałym, będą kalać film nazywając go „zwykłą szmirą”. Zgoła w odmiennym nastroju będą wychodzili z kina wszyscy ci, który przedkładają klasyczne historie z dreszczykiem nad horrory obrzydliwie brutalne – krwiste, ale pozbawione smaku. Film Jamesa Watkinsa jest skierowany właśnie do nich.

Postacią pierwszoplanową The Woman in Black jest początkujący adwokat Arthur Kipps (Daniel Radcliffe), któremu pracodawcy nakazują uporządkować sprawy majątkowe pani Drablow, zmarłej kilka tygodni wcześniej. W tym celu pan Kipps udaje się do miasteczka Crythin Gifford, gdzie odkrywa, że wspomniana nieboszczka nie była zbyt lubiana, a od jej rodzinnego domu trzymano się z daleka. Dlaczego? Nasz bohater również i na to pytanie bardzo szybko znajduje odpowiedź. Historia domu na Węgorzowym Wzgórzu nie przeraża go jednak i postanawia – mając w pamięci dobro rodziny i swoją przyszłość w firmie – wypełnić do końca powierzone mu zdanie. Daniel Radcliffe, niezapomniany Harry Potter, w roli młodego adwokata spisuje się nad wyraz dobrze. Trochę obawiałem się, że widząc go na ekranie nadal będę miał przed oczyma czarodzieja z Hogwartu, ale nic z tych rzeczy. Potter poszedł w niepamięć, pozostał pan Kipps.

01 marca 2012

"Więcej Wierzb!"



Żaden trzeźwo myślący wydawca nie będzie pro­wa­dził dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej, a tym bar­dziej zaspo­ka­jał zachcia­nek tego czy innego czy­tel­nika. Co zatem ma zro­bić osoba stro­niąca od nowo­ści, ceniąca, na przypkład, lite­rac­kich pre­kur­so­rów grozy? Oce­nia­jąc rynek wydaw­ni­czy przez pry­zmat dostęp­no­ści kla­syki hor­roru, nie mogę powie­dzieć, abym czuł się szcze­gól­nie usa­tys­fak­cjo­no­wany. Czy­tel­nicy z kil­ku­dzie­się­cio­let­nim sta­żem są w znacz­nie lep­szej sytu­acji. Lata sie­dem­dzie­siąte i osiem­dzie­siąte dość mocno przy­słu­żyły się wszyst­kim, któ­rzy mieli ochotę poznać twór­czość pisa­rzy prze­cie­ra­ją­cych szlaki dla dzi­siej­szego hor­roru. Haw­thorne, Mur­doch, Le Fanu czy Fre­eman to tylko nie­które nazwi­ska warte przy­po­mnie­nia. Więk­szość tek­stów, które wów­czas ujrzały w Pol­sce świa­tło dzien­nie, można obec­nie – szu­ka­jąc dosta­tecz­nie wytrwale – zna­leźć na roz­ma­itych aukcjach oraz w co lepiej zaopa­trzo­nych anty­kwa­ria­tach. Nie­za­leż­nie jed­nak od ilo­ści opu­bli­ko­wa­nych inte­re­su­ją­cych nas tek­stów, jest to nadal zale­d­wie kro­pla w morzu. Wiele powie­ści i opo­wia­dań wciąż czeka na odkry­cie, ale patrząc na słuszną linię postę­po­wa­nia pol­skich wydaw­ców, nie sądzę, aby miało to ulec zmia­nie w naj­bliż­szej przy­szło­ści. Bra­kuje w Pol­sce osób wystar­cza­jąco odważ­nych, chcą­cych inwe­sto­wać w coś, po co się­gnie praw­do­po­dob­nie jedy­nie garstka czytelników. Read More