14 lipca 2013

"The Temple" Howard Phillips Lovecraft

Tekstem momentami zabawnym, ale i sporo mówiącym o ówczesnym stosunku Lovecrafta do narodu niemieckiego z okresu pierwszej wojny światowej jest opowiadanie The Temple (pol. Świątynia). Utwór, który powstał prawdopodobnie w połowie 1920 roku – w niecałe dwa lata po zakończeniu działań wojennych – to ciekawy przykład tekstu skoncentrowanego nie tyle na elementach nadprzyrodzonych, co ukazaniu pychy i zarozumialstwa będącego, w wyobrażeniu Lovecrafta, nieodłączną cechą ówczesnych Niemiec. Joshi w swojej książce* nazywa The Temple satyrą, ale podkreśla jednocześnie, że bardzo nieudaną i niedopracowaną. Słusznie? W moim odczuciu, literacka próba ośmieszenia narodu niemieckiego w wykonaniu „Samotnika z Providence” wypada całkiem pomyślnie. Patrząc na bohatera tekstu widziałem wyolbrzymioną karykaturę pruskiego żołnierza, przepełnionego poczuciem obowiązku względem ojczyzny.

Głównego bohatera, Karla Heinricha, hrabiego von Altberg-Ehrenstein, poznajemy, gdy w połowie czerwca 1917 roku wraz z załogą okrętu podwodnego U-29 zatapia brytyjski frachtowiec „Victory”. Lovecraft już na wstępie podkreśla patriotyzm dowódcy, jego wiarę w siłę Niemiec oraz zamiłowanie do dyscypliny i okrutnego karania jej braku. Obie te cechy przywodzą na myśl słynny pruski dryl, który charakteryzował się bezwzględnym traktowaniem żołnierzy sprzeciwiających się wykonaniu rozkazu oraz szacunkiem do narodu niemieckiego, a zwłaszcza jego pruskich korzeni. W trakcie wydarzeń, Heinrich kilkakrotnie wspomina o wyższości Prus nad innymi regionami Niemiec, skarżąc się na ich „wieśniaczą ignorancję”, zniewieściałe zachowanie (uwaga pada odnośnie porucznika Klenze z Nadrenii) czy zwierzęcą naturę („Ryczeli niby zwierzęta, którymi byli, niszcząc urządzenia pokładowe i sprzęty”).

W dalszej części opowiadania obserwujemy załogę U-29 z dnia na dzień pogrążającą się w coraz większym szaleństwie. Zdecydowana większość marynarzy winą za taki stan rzeczy obarcza „bardzo dziwną statuetkę z kości słoniowej przedstawiającą głowę młodzieńca umajoną liśćmi laurowymi” wydobytą z bluzy martwego pasażera „Victorii”. Niestety, ścisły wojskowy umysł Heinricha ignoruje podobne sugestie. Dowódca za wszelką cenę pragnie utrzymać porządek i dalej wypełniać powierzone mu zadania. Warto dodać, że w tekście spoglądamy na pierwszą wojnę światową z perspektywy właśnie Karla Heinricha. W The Temple nie ma miejsca na bezstronnego narratora, a co za tym idzie, istnieje ścisły podział na dobrych Niemców i złe „angielskie świnie”, które rozpoczęły „niesprawiedliwą wojnę zaczepną”.

Finał opowiadania to powolne tonięcie uszkodzonego, w skutek szaleństwa załogi, okrętu i zetknięcie sceptycznego Heinricha z Atlantydą, a właściwie z jej podwodnymi ruinami: „To, co zobaczyłem, było złożonym, długim, chaotycznym skupiskiem ruin, budowli wspaniałych, choć nie należących do stylów znanej nam architektury, w najróżniejszym stadium przetrwania. Większość wyglądała jak wzniesiona z marmuru, połyskując bielą w świetle reflektora i generalnie rzecz biorąc, miałem przed sobą ogromne miasto na dnie wąskiej kotliny z licznymi, stojącymi na uboczu świątyniami i willami na zboczach powyżej. Dachy zapadły się, kolumny popękały, lecz wciąż w miejscu tym panowała aura pradawnej świetności, której nie mógł przyćmić nawet upływ czasu”. Motyw prastarej cywilizacji jest jednym z częstych w twórczości Lovecrafta. W późniejszych utworach, pisarz poświęci mu zdecydowanie więcej uwagi, niż w The Temple, gdzie jest on jedynie dopełnieniem i to wyraźnie niedopracowanym, a pierwsze skrzypce gra sceptyk, przerysowany patriota – Karl Heinrich. Odmiennego zdania jest Joshi, w oczach którego wątek – niepozbawiony niedociągnięć – pozostałości po tajemniczej i doskonalszej rasie jest elementem przewodnim całej opowieści.

The Temple pierwszy raz zostały opublikowane w „Weird Tales” we wrześniu 1925 roku. W mojej ocenie, tekst odbiega od tradycyjnych utworów Lovecrafta – brak w nim tajemniczych i potężnych istot, przerażających opisów i innych charakterystycznych dla jego pisarstwa elementów. Zamiast tego czytelnik otrzymuje humorystyczny obraz pruskiego patrioty rzuconego w wir niezwykłych wydarzeń. I nawet, jeżeli ten obraz posiada wady – ubogie, miejscami infantylne opisy charakteru głównej postaci – to mimo wszystko wydaje się ciekawszy, niż niedopracowana wizja atlantydzkich zgliszczy.


Niemiecki U-9 z okresu I Wojny Światowej



* Mowa o książce H.P. Lovecraft. Biografia autorstwa S.T. Joshiego, wydanej w 2006 roku. W Polsce ukazała się w grudniu 2010 roku dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka, a przetłumaczył ją Mateusz Kopacz, jeden z założycieli portalu www.hplovecraft.pl

13 lipca 2013

"The Statement of Randolph Carter" Howard Phillips Lovecraft

Początki utworu literackiego mogą być różne. Tak odmienne i indywidualne, jak osobiste potrafią być inspiracje popychające autorów do kreowania specyficznych, oryginalnych rzeczywistości. Spośród licznych opowiadań Lovecrafta wartym komentarza jest utwór The Statement of Randolph Carter (pol. Zeznania Randolpha Cartera), tak z uwagi na genezę jego powstania, jak i samą historię w nim zaprezentowaną.

Według Lovecrafta opowiadanie jest literackim przekładem jego snu, prawdopodobnie, z początków grudnia 1919 roku. O sennym wyobrażeniu, czy raczej koszmarze patrząc na nastrój w nim panujący, dowiadujemy się z listów autora do swoich przyjaciół – Alfreda Galpina oraz Maurice'a Moego; jak również z samego opowiadania, które po raz pierwszy ukazało w maju 1920 roku w trzynastym numerze magazynu Vagrant Paula Cooka, amerykańskiego pisarza i wydawcy tamtego okresu.

Samuel Loveman
The Statement of Randolph Carter przyjmuje, o czym informuje już sam tytuł, formę sprawozdania przekładanego policji przez Randolpha Cartera (literacki odpowiednik Lovecrafta ze snu) z nocnej wyprawy dwójki przyjaciół na cmentarz położony w pobliżu Wielkich Cyprysowych Moczarów; dokładnego miejsca wydarzeń czytelnik nie jest w stanie określić. Drugim bohaterem ekspedycji jest Harley Warren; we śnie Samuel Loveman, amerykański poeta i przyjaciel Lovecrafta. Potwierdzenie tejże przyjaźni jest wyraźnie ukazane w samym opowiadaniu. Już na samym jego początku Carter wspomina o tym, że od „pięciu lat byłem jego [Warrena] najbliższym przyjacielem”; wymowna pozostaje również troska Warrena o bezpieczeństwo zarówno psychiczne, jak i fizyczne swojego kompana: „Przykro mi, że muszę cię poprosić, abyś pozostał na powierzchni - rzekł - ale byłoby zbrodnią pozwolenie komuś o tak słabych nerwach jak ty, zejść w głąb tych katakumb. (...) Bóg mi świadkiem, że bardzo chciałbym, abyś wszedł tam ze mną - jednak w pewnym stopniu spoczywa na mnie odpowiedzialność, i nie mógłbym ciągnąć ze sobą takiego kłębka nerwów w otchłań ku prawdopodobnej śmierci i szaleństwu”.

W dalszej części utworu poznajemy przyczynę „przerażającej wyprawy badawczej”, pod którą kryje się fascynacja Warrena nigdy nie zmieniającymi się, nie rozkładającymi pomimo upływu lat, zwłokami. Zarówno Lovecraft w liście do przyjaciół, jak i Carter przed funkcjonariuszami policji, przyznaje, że wyśniony Loveman / Warren posiada wielki zbiór starych dzieł, z którego mógł czerpać sekretną wiedzę: „Z całą pewnością miało to wiele wspólnego z treścią księgi, którą Warren zabrał ze sobą; z ową prastarą księgą [w opowiadaniu zwaną: „Księgą traktująca o Złu”] w niemożliwym do odczytania języku, którą otrzymał z Indii miesiąc wcześniej, ale mogę przysiąc, że nie wiem co mieliśmy tam znaleźć”. Nie jest to jednak kolejnego nawiązanie do słynnego Necronomiconu z racji języka, w którym książka została napisana. Carter wspomina, że „Księga traktująca o Złu pochodzi z Indii, natomiast wspomniany Necronomicon występuje jedynie w arabskiej, grackiej, łacińskiej oraz angielskiej wersji.

Jak łatwo się domyślić z wyprawy na cmentarz powraca jedynie Randolph Carter, którego uratowała troska Warrena niegodzącego się na towarzystwo kompana w wyprawie do wnętrza grobowca. Ocalały, w charakterystyczny dla twórczości Lovecrafta sposób opisuje ostatnią komunikację z przyjacielem (bohaterowie, po zejściu Warrena do wspomnianego grobu, porozumiewają się przy pomocy drutu i prowizorycznego aparatu telefonicznego) – nie brak w niej w niej dramatycznego napięcia oraz gorączkowego wyczekiwania na nieuniknione. Dodatkowo Carter, w celu pełniejszego zobrazowania okropieństw tamtej nocy, przytacza pełne przerażenia ostatnie wypowiedzi umierającego Warrena.

The Statement of Randolph Carter są jednym z moich ulubionych opowiadań Lovecrafta. Tekst stanowi przykład świetnej opowieści grozy, urzekającej zarówno opisem miejsca wydarzeń (stary cmentarz), jak i emocjonalnym zapisem ostatnich wspólnych chwil dwójki przyjaciół. Co więcej, można z niego wyciągnąć kilka ciekawych informacji biograficznych, jak chociażby potwierdzenie ciepłych relacji łączących Lovecrafta z Lovemanem, czy przekonanie autora tekstu o pewnego rodzaju kruchości emocjonalnej swojego stanu ducha. Zainteresowanych szczegółami powstania utworu, jak również różnicami pomiędzy nim a snem Lovecrafta odsyłam do działa S.T. Joshiego H.P. Lovecraft. Biografia, jak i na stronę www.hplovecraft.pl; do kopalni wiedzy o „Samotniku z Providence”, z której także korzystałem pisząc niniejszy tekst.

07 lipca 2013

"Blackmail" (1929)

Ostatni tydzień urlopu poświęcam filmom Alfreda Hitchcocka, które jawią się wyborem dużo sensowniejszym, niż letnie hity kinowe.

Blackmail z 1929 roku początkowo kręcony jako film niemy szybko zyskał przychylność producenta Johna Maxwella z British International Pictures, który chcąc zwiększyć popularność produkcji zezwolił na nakręcenie części materiału wraz z dźwiękiem. Trudno ustalić, jak duży wpływ na decyzję Maxwella miał sam reżyser, ale wiadomym jest, że już wówczas Hitchcock cieszył się coraz większym poważaniem oraz znany był ze swoistej artystycznej awangardy. Ostatecznie powstały dwie wersje filmu: niema przeznaczona do wyświetlania w teatrach oraz dźwiękowa, wydana w tym samym czasie.

Anny Ondra w roli morderczyni
Fabuła filmu koncentruje się wokół pięknej blondynki, która znudzona przyjacielem Frankiem (John Longden) umawia się z tajemniczym artystą (Cyril Calthrop). Natura, jak i zamiary nowo poznanego mężczyzny stają się punktem zwrotnym napędzającym kolejne wydarzenia. Chcąc zgwałcić dziewczynę zostaje przez nią zadźgany nożem. Opuszczając miejsce zbrodni dziewczyna gubi rękawiczkę, którą znajduje zakochany w niej funkcjonariusz. Niestety, nie tylko on zna prawdę.

Tytuł filmu jednoznacznie definiuje motyw przewodni całej historii, jednak jego wybór jest według mnie sporym niedomówieniem; zabiegiem twórców nie do końca dla mnie zrozumiałym. Zapewne prawa komercji wymagają haseł krzykliwych, przemawiających do tłumów; niemniej uważam, że w tym konkretnym przypadku wyszło to produkcji zdecydowanie na niekorzyść. Oceniając film tylko po tytule można go zlekceważyć, bądź też zwyczajnie przeoczyć w tłumie wielu podobnych produkcji, co byłoby z pewnością dużą stratą dla miłośników starego kina.

Oglądając Blackmail warto zwrócić uwagę przede wszystkim na postać morderczyni – w tej roli aktorka czeskiego pochodzenia, Anny Ondra – a właściwie jej zachowanie, reakcje po dokonaniu zbrodni. W mojej ocenie wątek z szantażem należy traktować na zasadach dopełnienia scalającego ogólną historię, a całą uwagę poświęcić studiowaniu bohatera ogarniętego wyrzutami sumienia, bohatera nie potrafiącego myśleć o niczym innym, jak tylko nożu tkwiącym w ludzkim ciele. Choć Blackmail daleko do wielkiej formy innych produkcji Hitchcocka to jednak już w 1929 roku wyraźnie można było dostrzec główne nurty zainteresowań mistrza, m.in. instynktowne reagowanie jednostek pod wpływem silnych emocji.

Pod tym kątem Alfred Hitchcock jawi się, jako reżyser lubujący się w potęgowaniu napięcia metodami prostymi, niezbyt skomplikowanymi, ale za to przemawiającymi do widzów. Scena niezbyt wyraźnej rozmowy pomiędzy domownikami jedzącymi śniadanie z wielokrotnie dokładnie wyeksponowanym słowem "nóż", jak i bezwładnie zwisająca trupia ręka to tylko najbardziej rozpoznawalne sceny z Blackmail. Fabuła, której podstawą była sztuka angielskiego dramaturga Charlesa Bennetta, obfituje także w nastrojową muzykę – przyśpieszającą w momentach zaognienia akcji – sugestywne obrazy przypominające o winie, oraz widowiskową na tamte czasy scenę pościgu po British Museum, kręconą metodą Schüfftana polegającą na wykorzystaniu zestawu luster w celu umieszczeniu aktora w miniaturze np. jakichś konkretnych budynków.

Blackmail z pewnością trafi w gusta osób, które oprócz rozrywki kina sensacyjnego z końca lat dwudziestych, zechcą prześledzić reakcje człowieka na popełnioną przez siebie zbrodnię. Anny Ondra, będąca wówczas pod opieką Alfreda Hitchcocka, doskonale odnalazła się w roli pięknej morderczyni, która pomimo swojego czynu wzbudziła sympatię widzów. Na zakończenie dodam, iż aktorka bardzo kiepsko mówiła po angielsku, więc reżyser eksperymentował na planie z dubbingiem, angażując do czytania dialogów Joan Barry i pozostawiając Czeszce jedynie poruszanie ustami.

Anny Ondra