16 grudnia 2014

Film o nienawiedzonym domu

o Starym mrocznym domu Jamesa Whale'a

Pierwszym filmem obejrzanym z cyklu Nocne Ignacego Czuwania, czyli tato błaga Synka o sen a ten się wypina (w wiadomym celu), został Stary mroczny dom (ang. The Old Dark House) z 1932 roku. Jak się słusznie domyślacie nie jest to pozycja obowiązkowa dla dwutygodniowego Szkraba, ale podobno Maluszek niewiele jeszcze dostrzega - nie mówiąc o rozumieniu - więc...

Chcąc zasięgnąć języka odnośnie filmu jeszcze przed wspomnianym seansem poszperałem trochę w internecie ale znalazłem bardzo niewiele jakichkolwiek informacji na temat tegoż "dzieła", nie mówiąc o konkretnym zarysie fabuły. Nieliczne wypowiedzi ograniczały się do sformułowań typu "wielki, przedwojenny horror" czy "jedna z pierwszych produkcji o nawiedzonym domu", przez co siłą rzeczy nie zaspokajały moich potrzeb. Na Stary mroczny dom trafiłem przez osobę Borisa Karloffa i to dla niego sięgnąłem po film Jamesa Whale’a a nie utartych, schematycznych określeń. Postąpiłem słusznie, gdyż okazały się mocno nieprecyzyjne, żeby nie powiedzieć: mylące.

Boris Karloff jako Morgan
Bohaterami Starego mrocznego domu jest grupka przypadkowych osób, które to chcąc uciec przez szalejącą nawałnicą, trafiają do niezbyt przytulnej siedziby rodu Femm. Tytułowy przybytek ulokowany został z dala od większych siedlisk ludzkich, przypomina stary duży spichlerz z masywnymi drzwiami, kilkoma oknami oraz wielkimi pokojami. W drzwiach wita widza zarośnięty Morgan (Boris Karloff, mógłby zagrać lepiej!), bez krzty uprzejmości zapraszający do środka, do świata cieni, świata nękanego przez szwankującą elektyczność oraz płomyki igrające na świecach. Dalej poznajemy trupiobladego Horace’ego Femm (Ernest Thesiger) i jego szaleńczo bogobojną Rebeccę (Eva Moore). Po obejrzeniu sobie wszystkich postaci dramatu - twórcy filmu prezentują bohaterów z iście denerwującą pieczołowitością - zostaje nam objawiony motyw przewodni, czyli "przerażające" dzieje rodu Femm.

Stary mroczny dom w odróżnieniu od chociażby The Legend of Hell House nie jest o historią o nawiedzonych "czterech ścianach". Daleko mu także do tętniącego własnym życiem domu Shirley Jackson. Co za tym idzie, osoby wypatrujące samodzielnie przesuwających się przedmiotów, zawodzących dusz czy upiększającej ścianę ektoplazmy mocno się rozczarują. Wyjaśnienia wypadałoby zacząć, że film Whale’a to nie tylko horror ale i komedia. Twórcy, od początku dbający o odpowiedni - w rozumieniu ludzi okresu przedwojennego - nastrój grozy (donośne grzmoty, nagie drzewa z rozłożystymi konarami, szaleńcze chichoty na najwyższych piętrach, szaleni domownicy, ciemne korytarze), w równej mierze raczą odbiorców kwestiami humorystycznymi, głównie za sprawą Melvyna Douglasa ale nie tylko. Niemalże wszystkie postacie zostały w prześmiewczy sposób mocno przejaskrawione. Rebecca ze swoimi tekstami przypominającymi mądrości wieszcza nadciągającej apokalipsy bardziej śmieszy - lub budzi litość (u osób oczekujących od horroru przedwojennego napięcia towarzyszącego dzisiejszym produkcjom z tego gatunku) - niż straszy. Uśmiech na usta ciśnie się, gdy widzimy Morgana przypominającego niedźwiedzia grizzly czy Saula Femma (Brember Wills) fikającego niczym szalony leprechaun. Patrząc na to wszystko trudno wykrzesać w sobie chociaż odrobinkę strachu.

"Przerażająca" Rebecca  Femm - Boisz się, Horacy. Boisz się, prawda?
Nie wierzysz w Boga i już obawiasz się śmierci. Widziałeś na niebie Jego gniew
i słyszałeś w nocy Jego potęgę.
Groza wzbudzana przestarzałymi metodami, zbyt mocno zarysowane postacie oraz niesubtelne przemieszanie wątków poważnych (tragiczna historia rodu Femm) z bardziej frywolnymi (obraz panny Gladys DuCane) spowodowało, że po kilkunastu minutach przestałem odbierać film Whale’a w kategoriach czystego horroru - nawet tego najbardziej lekkiego. Mówiąc o Starym mrocznym domu powiedziałbym, że to przeciętna czarna komedia a nazywanie filmu produkcją o nawiedzonym domu to duże nieporozumienie. Posiadłość rodziny Femm to tylko stara rudera lata świetności mająca dawno za sobą a "nawiedzene" to były osoby - każda na swój sposób - w niej mieszkające lub szukające schronienia.

Coś na deser, czyli Lilian Bond. Niestety Gladys DuCane była w filmie bardziej skryta.



07 grudnia 2014

Dwie sekundy spaceru po ogrodzie

o bardzo krótkich filmikach Louisa Le Prince'a

Loius Le Prince
Śledząc początki kina należałoby wspomnieć o Roundhay Garden Scene, nagraniu uważanym powszechnie za pierwszy film w historii kinematografii. Czy słusznie?

Wydarzenie, o którym szerzej za chwilę, uwiecznił Louis Le Prince na dwunastu klatkach filmowych, których odtworzenie zajmuje nieco ponad dwie sekundy. Jeżeli więc mówiąc o "pierwszym filmie" będziemy odnosili się jedynie do samej czynności rejestrowania czegoś na taśmie filmowej to faktycznie, Roundhay Garden Scene należy się palma pierwszeństwa. Niestety, nie można traktować nagrania Le Prince'a w kategoriach filmu fabularnego. Ze względu na techniczne ograniczenia filmiku, osoby doszukujące się w nim jakichś głębszych treści z góry skazane są na porażkę. Oceniając "dzieło" Le Prince'a trzeba pamiętać przede wszystkim o jego wartości historycznej, gdyż artystyczna strona nagrania po prostu nie istnieje. Roundhay Garden Scene zdecydowanie bliżej do dzisiejszych rodzinnych zapisów dotyczących ważnych wydarzeń z naszego życia, niż do filmów pełnowartościowych.

Kamera jednosoczewkowa
Filmik Louisa Le Prince'a jest zapisem spaceru jego rodziny po ogrodzie. Zarejestrowane na nagraniu osoby to syn reżysera czyli Adolphe Le Prince, Sarah Whitley (teściowa L. De Prince'a) wraz z małżonkiem Josephem Whitley oraz niejaka panna Harriet Hartley. Nagrania dokonano 14 października 1888 roku w Oakwood Grange w Leeds, przy użyciu jednosoczewkowej kamery i projektora. Zanim jednak Le Prince dokonał tego kinematograficznego cudu, przygotowywał się do niego wiele lat.






Kamera szesnastosoczewkowa
Zaprojektowania w 1886 roku, skonstruowana w 1887 kamera szestanstosoczewkową posłużyła do zarejestrowania mężczyzny przechodzącego przez skrzyżowanie (Man Walking Around a Corner). Według francuskiego historyka filmu, Jacquesa Pfend, nagrania dokonano przed 18 sierpnia 1887 roku przy zbiegu ulic Rue Bochard de Saron (niedaleko mieszkania Le Prince'a) i Trudaine. Oficjalnie film nie został zremasterowany, ale od czasu do czasu można spotkać amatorskie próby ożywienia  Man Walking Around a Corner. Spośród dokonań Le Prince'a warto również wymienić Traffic Crossing Leeds Bridge (1888; kamera jednosoczewkowa), gdzie reżyser uwiecznił ruch wozów i ludzi na moście w Leeds oraz Accordion Player (1888; ponownie kamera jednosoczewkowa), na którym widzimy Adolphe'a Le Prince grającego na akordeonie.

Dziś trudno patrzeć na przytoczone powyżej filmiki inaczej, niż na historyczne ciekawostki. Ich wartość należałoby oceniać nie tyle pod kątem prezentowanych treści, co ich znaczenia dla rozwoju techniki filmowej. Podczas rozmów o początkach kinematografii najczęściej padają takie nazwiska jak Lumière czy Edison, a przecież Roundhay Garden Scene nakręcono na kilka lat przed La Sortie des usines Lumière (Wyjście robotników z fabryki Lumière 1895). Cóż, pozostaje wierzyć, że wszystko wyglądałoby inaczej gdyby nie tajemnicza śmierć Le Prince'a (w 1890 roku w trakcie podróży pociągiem z Dijon do Paryża) na krótko przed oficjalną prezentacją jego wynalazku w Stanach Zjednoczonych.


11 listopada 2014

Powrót do przeszłości

o Dr Futurity Philipa Dicka

Mijam pierwszych kilkadziesiąt wersów i oto pędzę nowoczesną, sześciopasmową autostradą ku San Francisco. W dodatku podróżuję w pełni zautomatyzowanym samochodem, dowodem cudowności moich czasów.

DeLorean

Podobno rozmiar nie jest ważny. Bzdura! Największym grzechem książki Dr Futurity - jest to, że kończy się w najmniej odpowiednim momencie. Fabuła powieści przypomina trochę jazdę wspomnianym wcześniej autem. Człowiek rozsiada się wygodnie. Początkowo nie zwraca uwagi na mijany krajobraz ale koniec końców coś przykuwa jego uwagę. I choć "jara się" tym widokiem jedynie przez drobną chwilę (niestety!), wystarcza ona aby droga została przez niego zapamiętana.

Podążając za Jimem Parsonsem skaczemy ("skaczemy" to bardzo dobre określenie, gdyż pierwsza podróż czasoprzestrzenna wiąże się właśnie ze skaczącym/wypadającym z trasy autem, a cały proceder przywodzi na myśl DeLoreana i szalonego dr Browna) kilka stuleci w przyszłość, która dość mocno odbiega od wyobrażeń naszego doktora Futurity. Różnice dotyczą nie tyle wyglądu fizycznego (brak przedstawicieli starszego pokolenia), ile sposobu postrzegania świata oraz odmiennej konstrukcji życia społecznego. Autor przedstawia nam rzeczywistość, w której jednostkę pozbawiono jakiejkolwiek indywidualności. Społeczeństwo zostało zorganizowane w coś na wzór dawnych struktur plemiennych, gdzie dobro ogółu jest rzeczą najważniejszą a poszczególne elementy składowe (obywatele) stanowią jedynie środek do osiągnięcia jak najlepszych wyników - fizycznych i umysłowych. W dickowym dwudziestym piątym wieku brak osób słabych i schorowanych (jednostki z defektem nie są ratowane, wręcz przeciwnie), nie ma także miejsca na odmienny sposób myślenia od ogólnie przyjętego.

Naszemu doktorowi - wiernemu przysiędze Hipokratesa - trudno zrozumieć zasady rządzące społeczeństwem przyszłości. Jim Parsons za próbę ratowania życia "przypadkowej dziewczyny" zostaje zesłany do koloni karnej na Marsie. W tym momencie następuje pewien przeskok fabularny. Autor porzuca pomysł bliższego zapoznania czytelnika z anormalną moralnością społeczeństwa przyszłości i zaczyna bawić się koncepcją podróży w czasie. Ratuje "złego doktora" od zesłania i łączy jego osobę z losami plemienia/klanu walczącego z powszechnie akceptowalnym porządkiem rzeczy. Choć słowo "walka" nie jest chyba właściwym określeniem. Raczej: klanu próbującego zmienić historię u podstaw. A konkretnie: klanu próbującego uwolnić Amerykę spod władzy białego człowieka, którego panowanie (tak mi się przynajmniej wydaje) miałoby doprowadzić właśnie do istniejącej degeneracji zasad moralnych. Działania Wilków (nazwa wręcz wymarzona dla pałających zemstą potomków rdzennych mieszkańców Ameryk), jak i sam ich plan, zostały przedstawione w powieści w możliwie najprostszy sposób. Grupka wybrańców opanowawszy sztukę podróżowania w czasie dąży do zamordowania Francisa Drake’a i tym samym ukrócenia ekspansji Anglików (zło wcielone!) na kontynencie amerykańskim.

Dr Futurity
nie jest powieścią zawiłą fabularnie, daleko jej także od tonu moralizatorskiego. Czytelnicy poszukujący Dicka chociażby z Człowieka z Wysokiego Zamku będą rozczarowani. Autor nie rozwodzi się na temat zmian wywołanych ewentualną śmiercią angielskiego korsarza, nie osądza działań białego człowieka, nie krytykuje fanatycznych dążeń Wilków. Brak szerszego komentarza ze strony pisarza jest największą wadą książki. Po obiecującym wprowadzeniu (z wizją świata tętniącego kultem jednostki młodej i zdrowej; z tajną policją w tle), po ciekawym pomyśle wykorzystania podróży w czasie, Dick kończy książkę dosłownie w pół zdania.

16 lutego 2014

Nowi wrogowie, nowe wyzwania

o Wektorze Pierwszym Roberta Salvatore

Wracając do historii o rycerzach Jedi, zwłaszcza tych chronologicznie oddalonych od lucasowego pierwowzoru, zawsze jestem pełen obaw. Nie tyle o ich literacką wartość; tą już dawno zaklasyfikowałem jako typową dla tekstów o charakterze czysto rozrywkowym. Ilekroć sięgam po opowieść usytuowaną w ramach gwiezdnego uniwersum ale odbiegającą od filmowych epizodów zastanawiam się, na ile owa historia jest spójna z wizją George’a Lucasa a na ile żyje własnym życiem.

Pierwsze wydanie
Wektora Pierwszego 1999
Wektor Pierwszy to debiut Roberta Salvatore w świecie wykreowanym przez George’a Lucasa. Jak sobie poradził? Choć należę do długoletnich antyfanów autora (winę za taki stan rzeczy przypisuję przygodom mrocznego elfa Drizzta Do’Urdena) to jednak muszę przyznać, że jego "wycieczka" do świata Gwiezdnych Wojen okazała się niezwykle owocna. A wszystko przez swoisty powiew świeżości i odcięcie się autora od opowieści, w których Nowa Republika po raz kolejny musi stawiać wyzwanie resztkom Imperium. Robert Salvatore zaryzykował. Po piętnastu latach jego książka nadal jest przedmiotem wielu podziałów wśród miłośników lucasowego uniwersum. Osobiście uważam, że wykreowanie przez niego nowej rasy, rasy dalece odmiennej od wszystkich dotychczasowych, plus uśmiercenie jednego z pierwszoplanowych bohaterów było dla świata Gwiezdnych Wojen zabiegiem wręcz zbawiennym. Cykl zapoczątkowany przez Salvatore udowadnia, że Star Wars to coś więcej, niż nieustanna walka Jedi z Sithami.

Wariacja na temat wyglądu
przedstawiciela rasy Yuuzhan Yong
Bohaterami Wektora Pierwszego są Yuuzhanie. Oczywiście nie brakuje postaci tradycyjnych - koniec końców ktoś musi bronić tej nieszczęsnej galaktyki - ale to głównie na przedstawicielach nowej rasy skupia się uwaga autora. Kim są tajemniczy najeźdźcy? Cóż, szerszą wiedzę o nich (o ich historii, hierarchii społecznej, taktyce wojennej) zdobywamy wraz z poznawaniem kolejnych historii z Nowej Ery Jedi. Dla powieści Salvatore ważne są de facto, tylko dwie sprawy. Po pierwsze, Yuuzhanie gardzą wszelkimi maszynami, czego konsekwencją jest ich wysoki poziom zaawansowania w różnych dziedzinach biotechnologii. Druga kwestia - spędzająca sen z powiek Lukowi Skywalkerowi - dotyczy braku możliwości wyczuwania Yuuzhan w obrębie Mocy. Mocne podkreślenie obu tych zagadnień każe podejrzewać, iż autorowi bardzo zależało aby były to "stałe, niezmienne" rasy Yuuzhan Yong. Co więcej, owe różnice kulturowe i duchowe zostały przedstawione jako siła, przeciw której Nowa Republika jest praktycznie bezradna.

Wektor Pierwszy, z racji swojego literackiego rodowodu, jest przez wielu czytelników kojarzony z przeciętnej jakości literaturą przygodową. I słusznie. Robert Salvatore przyzwyczaił nas do historii lekkich, szybkich i przyjemnych. Historia pierwszego kontaktu Yuuzhan z mieszkańcami galaktyki chronionej przez Skywalkerów i spółkę obfituje w szybką akcję; fabułę przepełniają "dramatyczne" i "nieprzewidywalne" zwroty. Mimo wszystkich tych minusów oceniam powieść bardzo dobrze. Zanim sięgnąłem po książkę Salvatore usłyszałem o niej chyba wszystkie możliwe opinie. Wielokrotnie przeczytałem, że Wektor Pierwszy zmienił oblicze galaktyki i w dużej mierze jest to prawda. Pojawienie się Yuuzhan zapoczątkowało pewną ewolucję gwiezdnego uniwersum. Jedi poznali wrogów równie przerażających co Sithowie, Nowa Republika zweryfikowała swój stosunek do dawnych imperialnych wrogów, a pierwszoplanowi bohaterowie zostali w końcu wyjęci spod ochronnego parasola.

19 stycznia 2014

Banita z Sherwood

The Adventures of Robin Hood Williama Keighleya i Michaela Curtiza

Patrzeć na Errola Flynna biegającego w zielonych trykotach to cofnąć się o dobrych kilkanaście lat. Usiąść wygodnie i powspominać niedzielne popołudnia, podczas których wraz z siostrami zasiadało się przed telewizorem w oczekiwaniu na kolejny odcinek kina familijnego. Wrócić do czasów, kiedy dziecięce marzenia ograniczały się do bycia kolejnym Robin Hoodem, Zorro (zwłaszcza takim w wykonaniu Guya Williamsa) czy innym Wielkim Bohaterem.

Przygody Robin Hooda Williama Keighleya i Michaela Curtiza to jedna z lepszych filmowych interpretacji legendy o sławnym banicie z Sherwood. Tytułowa rola przypadła wspomnianemu Errolowi Flynn (Kapitan Blood 1935, Książę i żebrak 1937), który dzięki donżuanowskiej aparycji idealnie wkomponowywał się w schemat nieustraszonych i pociągających bohaterów. Robin Hood w jego wykonaniu to postać wielobarwna, z łatwością zjednująca sympatię widzów. Bohater tryskający humorem, ale i potrafiący rozprawiać o kwestiach poważnych. Zawadiacki, wygimnastykowany i mający coś z romantycznego kochanka banita, króluje na ekranie dzięki swojej charyzmie i brawurowym wyczynom już od pierwszych minut filmu. Oczywiście reżyserzy nie zapomnieli o jego zabawnej kompanii, tj. Willu Szkarłatnym (Patric Knowles), braciszku Tuck'u (Eugenne Pallette) oraz Małym Johnie (Alan Hale), stanowiącej zręczne dopełnienie postaci pierwszoplanowej.

Robin Hood i jego wesoła kompania

Zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną wersją legendy fabuła filmu koncentruje się na dwóch wątkach. Na pierwszym planie mamy walkę Robina z księciem Janem (Claude Rains) oraz jego poplecznikami, zwłaszcza Guyem Gisbournem (Basil Rathbone). Adekwatnie do konwencji filmów romantyczno-przygodowych z lat trzydziestych i czterdziestych, owe zmagania przedstawione są bardzo łagodnie. Pojedynki czy zasadzki organizowane przez Robin Hooda są całkowicie pozbawione brutalności; momentami aż do niewyobrażalnego przesadyzmu. Pod drugim wątkiem, ukazanym nie mniej wyraźnie, kryje się miłość sherwoodzkiego banity i pięknej Lady Marian (Olivia de Havilland). Obserwując zachowania czarującego Robina można odnieść wrażenie, że owe tytułowe "przygody" dotyczą zarówno jego zbójeckiej (zasadzki, pojedynki, pokazy strzeleckich umiejętności), jak i romantycznej (balkonowe wspinaczki, dżentelmeńskie maniery, płomienne wyznania) działalności.

Lady Marian i jej ukochany

Symbioza wyżej wymienionych wątków nie przeszkadza w ogólnym odbiorze filmu. Przygody Robin Hooda z Errolem Flynnem to kino z zupełnie innej, dawno minionej epoki. Momentami mogą wydawać się mocno infantylne (wyraźny podział na "dobrych" i "złych"; bezkrwawe sceny walk), ale taka była specyfika ówczesnych filmów przygodowych. Śledząc wydarzenia na ekranie publiczność miała podziwiać scenografię (od pojedynczych kostiumów po rekonstrukcje średniowiecznych zabudowań), zachwycać się kolorami (bardzo intensywne barwy, tzw. technikolor) oraz kibicować zamiarom głównego bohatera (zarówno zbójeckim, jak i miłosnym). Z powyższych zadań Przygody Robin Hooda z 1938 roku wywiązują się wręcz rewelacyjnie i choć brakuje im widowiskowości dzisiejszego kina rozrywkowego, to sprawdzają się jako ciepły film rodzinny.

Pomnik poświęcony pamięci Robina Hooda
na zamku Nottingham


18 stycznia 2014

Konformizm, komuniści i porywacze ciał

Invasion of the Body Snatchers Dona Siegela

Sobotni poranek w towarzystwie kosmitów próbujących opanować Ziemię to doprawdy wyśmienita rozrywka. Inwazja porywaczy ciał wygrała ze strzelającym z łuku Errolem Flynnem (Przygody Robin Hooda 1938) i słusznie, gdyż film Dona Siegela nie zawiódł i okazał się prawdziwą ucztą dla wielbiciela science fiction, zwłaszcza osoby przepadającej za fantazyjnymi opowieściami z połowy ubiegłego stulecia.

Za podstawę filmowego scenariusza posłużyła powieść Jacka Finneya The Body Snatchers z 1955 roku, będąca relacją ze starcia mieszkańców miasteczka Santa Mira z kosmicznymi najeźdźcami. Głównego bohatera, czyli sympatycznego doktora Bennella granego przez Kevina McCarthy'ego, poznajemy w momencie, gdy zaalarmowany przez swoją pracownicę, wraca wcześniej z konferencji, aby zbadać przyczyny nagłego zamieszania. Początkowo, pomimo nietypowych zachowań pacjentów (np. twierdzących, że ich pozornie łagodni krewni są w rzeczywistości kimś innym), podchodzi do owych rewelacji z chłodną naukową kalkulacją i uspokaja podopiecznych niezbyt wyszukanymi gadkami o lekkim załamaniu nerwowym. Na skutki takiego podejścia nie trzeba było długo czekać, a o doktorka-racjonalistkę szybko upomniała się okrutna rzeczywistość. Podczas grillowego spotkania z przyjaciółki odkrywa on tajemnicze strąki, z których wychodzą idealne duplikaty mieszkańców Santa Mira.

Inwazja porywaczy ciał Siegela, choć ewidentnie czerpie z literackiego wzorca to jednak odbiega od niego w samym zakończeniu. Owszem, walka doktora Bennella, której trudy osładza mu szkolna miłość - niejaka Becky Driscoll (Dana Wynter), została ukazana niezwykle widowiskowo (prywatne dochodzenie, brawurowe ucieczki, szalone pościgi), niemniej to nie ona odpowiada za filmowy dreszczyk emocji. Dużo większe wrażenie robi prostota z jaką najeźdźcy podporządkowują sobie Santa Mira, a raczej łatwość z jaką poglądy konformistyczne znajdują posłuch w dobrze prosperującym i uporządkowanym społeczeństwie. Zatem? Osoby sięgające po Inwazję porywaczy ciał dla gumowych pazurów czy siejących ogromne spustoszenie promieni z kosmosu będą mocno zawiedzeni. Tytuł filmu może sugerować tandetne widowisko klasy B, ale to tylko złudzenie.

Pod płaszczem prostej historyjki kryje się obraz bardziej przejmujący. Walka Bennella, doktora reprezentującego zdrowe ludzkie postawy, to walka jednostki z tyranią zbytniego konformizmu. Don Siegel ostrzega przed autorytarnymi przewodnikami (pozaziemscy najeźdźcy) dążącymi do podporządkowywania sobie coraz większych społeczeństw. Co więcej, reżyser otwarcie neguje postawy owych "społecznych przewodników". Skąd taki ostry podział na dobre i złe postawy, zachowania? Krytycy filmowi sugerują, aby odpowiadając na tego typu pytania pamiętać o czasach, w jakich film powstawał. Rywalizacja amerykańsko-radziecka, szalone polowania na komunistów w wykonaniu kontrowersyjnego senatora Josepha McCarthy'ego to wszystko sprawiało, że ówcześni Amerykanie byli nieustannie bombardowani przez najprzeróżniejsze grupy społeczno-polityczne. Wydaje się, że na tym tle Inwazję porywaczy ciał można śmiało interpretować właśnie jako przestrogę przed zbytnim uleganiem presjom grupy oraz jako zachętę do obrony własnej indywidualności.

Kevin McCarthy i Dana Wynter uciekający przed
rozszalałym tłumem

Na koniec słówko o zakończeniu historii. W powieści mamy do czynienia z optymistycznym rozwiązaniem całego "pozaziemskiego problemu". Kosmici widząc wyjątkowo silną wolę walki u głównych bohaterów rezygnują ze swoich planów i opuszczają Ziemię. Cóż, Jack Finney okazał się być bardzo wyrozumiałem pisarzem, ewidentnie przebaczającym rasie ludzkiej wszystkie jej potknięcia. Don Siegel, aż taki wyrozumiały nie był. W jednej z końcowych scen widzimy Bennella biegnącego autostradą i wrzeszczącego: "You're next!". I chociaż doktorowi ostatecznie udaje się ostrzec ludzkość przed niebezpieczeństwem, to jednak ostatecznego wyniku konfrontacji człowieka z jego pozbawioną indywidualności kopią nie jesteśmy pewni.



13 stycznia 2014

Bardzo ładna Pani?

Une dame vraiment bien Louisa Feuillade

Louis Feuillade
Louise Feuillade, francuski reżyser kina niemego znany najbardziej z produkcji o charakterze sensacyjnym (Fantômas 1913, Les Vampires 1915-1916), współpracując od 1905 roku z firmą Gaumont podejmował się wielu zajęć, ale dopiero będąc samodzielnym twórcą w pełni rozwinął skrzydła. Ocenia się, że za jego sprawą w latach 1906-1924 powstało około sześciuset trzydziestu filmów. Dziś wielu z nas może traktować te cyfry z lekkim przymrużeniem oka, argumentując, że spora część tych produkcji to krótkometrażowe kino rozrywkowe. Warto jednak pamiętać, że w ówczesnych warunkach było to osiągnięcie niezwykle imponujące, które w znaczący sposób przyczyniło się do popularyzacji kinematografii.

Une dame vraiment bien to krótki obraz spacerującej kobiety, której niezwykła uroda absorbując uwagę mijanych mężczyzn doprowadza do wielu komicznych sytuacji. W roli „zabójczej” piękności wystąpiła Renée Carl, której sławę przyniosła właśnie współpraca z Louisem Feuillade. W przypadku tego jedynie blisko trzy i pół minutowego filmiku trudno mówić o jakiejś fabule, ale z pewnością jego twórcy nie można zarzucić braku poczucia humoru. Facet oblewający wodą przypadkowego przechodnia, mężczyzna wpadający na latarnię uliczną, ogrodnik polewający wodą przypadkowego bywalca parku, to tylko niektóre z gagów pojawiających się z filmie.

Jeden z gagów: zauroczony ogrodnik oblewa
przypadkowego mężczyznę

Za początek komedii uznaje się oficjalnie L'Arroseur arrosé (Polewacz polany, 1895), ale w odróżnieniu od braci Lumière Feuillade nie ograniczył się do jednego gagu. Niewinna przechadzka „bardzo ładnej Pani” doprowadza do serii śmiesznych – momentami także strasznych (staranowanie dziecięcego wózka przez rozpędzonego rowerzystę) – zdarzeń, które koniec końców wzbudzają zainteresowanie francuskich żandarmów. W scenie finałowej przedstawiciele prawa łagodnie, lecz stanowczo, okrywają zbyt roznegliżowaną (w ówczesnym rozumieniu) i za mocno wymalowaną kobietę. Bardzo lubię te krótkie śmieszne historyjki z początków ubiegłego stulecia, ale osoby decydujące się na Une dame vraiment bien muszą brać pod uwagę fakt, że jest to humor sytuacyjny, który momentami może wydawać się przestarzały.

Nadopiekuńczy żandarmi

11 stycznia 2014

Początki kina włoskiego

o L'Inferno Giuseppe de Liguoro

Jeżeli miałby ktoś ochotę na włoskie kino nieme to polecam L'Inferno z 1911 roku, czyli filmową wersję Boskiej Komedii Dante Alighieri. Obraz Giuseppe de Liguoro przykuwa uwagę już od pierwszych minut, co dla produkcji bez dźwiękowej ma ogromne znaczenie. Choć fabuła filmu bazuje głównie na wspomnianym średniowiecznym poemacie a kolejne kadry odzwierciedlają prace francuskiego grafika Gustava Doré, widza nie ogrania znużenie, wręcz przeciwnie. Wędrówka Dantego przez Piekło została przedstawiona niezwykle dynamicznie. Zaskakują zwłaszcza efekty specjalne (latająca Beatrycze, znikający Wergiliusz, człowiek niosący własną głowę, olbrzym unoszący Danego i Wergiliusza, płonące mogiły, trzygłowy Cerber), których pomysłowość musiała robić prawdziwą furorę na początku drugiej dekady dwudziestego wieku. Pod tym względem, L'Inferno jest pozycją obowiązkową dla osób zainteresowanych rozwojem kinowych "special effects".

Dante spotyka greckich
i rzymskich filozofów
(Gustave Doré)
Oceniając L'Inferno trzeba przyznać, że jego twórcy podeszli do zadania bardzo poważnie a dzieło wywołało prawdziwą zawieruchę wśród krytyki. I nie chodzi tylko o to, że prace nad filmem trwały ponad trzy lata, a zyski z niego osiągnęły zawrotną wówczas sumę dwóch milionów dolarów. Giuseppe de Liguoro zachwycił publiczność (premiera filmu miała miejsce w Neapolu w Teatrze Mercadante 10 marca 1911 roku) wręcz monumentalnym wizerunkiem dantejskiego piekła, dbałością o jego detale (wrażenie robi zarówno ogólna scenografia, jak i poszczególne kostiumy) oraz adekwatną do niego, i potęgowaną wraz z prezentowaniem kolejnych diabelskich czeluści, atmosferą strachu. Podążając za Dantem (Salvatore Papa) i Wergiliuszem (Arturo Pirovano) widzimy, jak bardzo zależało reżyserowi na przekonaniu widza o autentycznym okrucieństwie kar czekających grzeszników. Prezentowane piekielne męki mogą wstrząsnąć nawet dzisiejszym odbiorcą (Lucyfer zjadający grzeszników, ludzie z powykręcanymi kończynami). Dodatkowo, w L'Inferno można zauważyć dość odważne podejście do tematu nagości w filmie. Oczywiście, większość aktorów ma pozakrywane intymne części ciała (np. woreczki przykrywające członki, pieluchy), ale nie brakuje także scen prezentujących, np. kobiece piersi. Gdzieniegdzie „strategiczne miejsca” są tak pomysłowo osłonięte, że widz do końca nie może być pewien, co dokładnie zobaczył.


L'Inferno warto zobaczyć. Nie tylko z uwagi na jego wartość historyczną dla wszystkich interesujących się rozwojem i możliwościami kina z początku minionego stulecia, ale również dlatego, że jest to pierwszy pełnometrażowy film włoski. Jak wspomniałem, Giuseppe de Liguoro pracował nad nim ponad trzy lata, ale efekt jest doprawdy imponujący. Efekty specjalne, kostiumy, imponująca scenografia zadowolą każdego fana starego kina. Na koniec dodam, że jakiś czas temu do filmu wkomponowano muzykę w wykonaniu zespołu Tangerine Dream, czego niestety nie mogę uznać za plus.

04 stycznia 2014

Blondynki, Mściciel i tajemniczy lokator

The Lodger Alfreda Hitchcocka

Jakiś czas temu na blogu Anny Plich przeczytałem o zorganizowanym przez nią głosowaniu na "ulubionego" mordercę z horrorów. Miłośnicy kina grozy ochoczo wzięli w nim udział i choć wyników jeszcze nie ma to sądzę, że spore szanse na zdobycie palmy pierwszeństwa ma niejaki Freddy Krueger. Przyznaję, że swoją czarującą postawą zdobył także i mój głos, ale dokonując wyboru kierowałem się nie tyle "strasznością" danej postaci, co jej pozycją w filmowej popkulturze. Inicjatywa wspomnianej koleżanki, jak również ostra faza na kino nieme, zaowocowały kolejnym filmem z początków ubiegłego stulecia.

Plakat filmowy
Przykładem kinowego antybohatera drugiej połowy lat dwudziestych jest Mściciel, z The Lodger Hitchcocka. Pod tym, jakże wyszukanym pseudonimem, ukrywa się londyński morderca, którego ofiarą padają najczęściej blondynki w długich, kręconych włosach. Film rozpoczyna informacja o kolejnej zbrodni Mściciela. Obserwujemy proces roznoszenia się tragicznej wiadomości (dziennikarza zawiadamiającego redakcję, drukarnię, samochód transportujący wieczorne wydanie gazety, chłopaka rozpowszechniającego ową gazetę, radiowego prezentera) oraz jej wpływ na nastroje mieszkańców Londynu. Właściwą akcję inauguruje wynajęcie jednej z londyńskich kwater przez Jonathana Drew (Ivor Novello), którego wygląd odpowiada policyjnemu rysopisowi poszukiwanego zbrodniarza. Dziwne zachowanie lokatora (nerwowe marsze po pokoju, odwracania obrazów przedstawiających blondynki, wieczorne spacery z szalikiem zasłaniającym dolną część twarzy) szybko wzbudza niepokój właścicieli mieszkania, państwa Bunting (Arthur Chesney, Marie Ault). Dodatkowo całą sprawę komplikuje miłosny trójkąt między lokatorem, córką wspomnianych właścicieli - Daisy Bunting (June Tripp) oraz jej przyszłym narzeczonym, detektywem Joe Chandlerem (Malcolm Keen).

Pani Bunting wita tajemniczego lokatora

Nieprzychylni początkowo producenci zgodzili się, po kilku przeróbkach, wprowadzić The Lodger to kin, co okazało się posunięciem ze wszech miar słusznym, gdyż film został przyjęty przez publiczność i krytyków bardzo entuzjastycznie. Reżysera chwalono przede wszystkim za szybkie tempo historii oraz za stosowanie nowatorskich rozwiązań podczas kręcenia poszczególnych scen. I rzeczywiście, oglądając The Lodger możemy dostrzec pewne „zagrywki”, „sztuczki” będące w przyszłości znakami rozpoznawczymi hitchcockowego stylu. Między innymi podejmuje Hitchcock pierwsze próby silnego wyeksponowania obiektów mających istotne znaczenie dla fabuły (torba tajemniczego lokatora, serduszka z surowego ciasta, kołyszący się żyrandol, odwrócone obrazy); przedmiotów ważnych nie tylko ze względu na ich pomoc w budowaniu pożądanego napięcia, ale także z uwagi na pełnione przez nie funkcje informacyjne, niezastąpione w kinie niemym.

Niemniej to nie w oryginalnych pomysłach Hitchcocka drzemie główna siła filmu. Dla osób zaznajomionych z dokonaniami mistrza suspensu będą to tylko jedne z wielu jego reżyserskich trików, które wraz z upływem lat stracą na świeżości. The Lodger wspominam bardzo ciepło, gdyż lubię produkcje doprecyzowane. Historia Jonathana Drew to nie tylko prosta historyjka o kłopotach z seryjnym mordercą, ale także ciekawe spojrzenie na problem społeczeństwa zastraszonego. Podążając za fabułą widzimy, jak londyńczyków ogrania coraz większe przerażenie. Uczucie strachu i niepewności potęguje dodatkowo duszna atmosfera samego Londynu (wyrażona na ekranie poprzez wszechogarniającą mgłę i zdradzieckie zaułki), w naturalny sposób sprzyjająca działalności Mściciela. W scenie finałowej filmu obserwujemy, jak żyjąca w stanie ciągłego napięcia ludność przeradza się ostatecznie w rozhisteryzowany, pragnący powrotu do normalności i gniewny tłum, atakujący niesłusznie oskarżanego Jonathana Drew.

June Tripp, jedna z pierwszych blondynek Hitchcocka

Historia kina zna wielu seryjnych morderców. Ich działalność, ukazana w mniej lub bardziej brutalny sposób, wielokrotnie była motorem napędzającym fabułę a filmy zawierające związany z tymi zbrodniami „dreszczyk emocji” z reguły cieszyły się dużą popularnością. Twórcy filmów, chcąc nadać opowieści możliwie dużego prawdopodobieństwa, portrety psychologiczne bohaterów tworzyli często w oparciu o rzeczywiste dramaty ludzi, znane najczęściej z mediów, ale także doniesień organów sprawiedliwości oraz miejskich legend. Alfred Hitchcock nie był wyjątkiem. Pracując nad The Lodger – A story of the London Fog inspirował się osobą Kuby Rozpruwacza oraz sztuką Who is he? Marie Belloc Lowndes, której bohaterka – starsza pani wynajmująca tzw. pokoje umeblowane – podejrzewała swojego gościa o bycie znanym zabójcą.

01 stycznia 2014

Skrzydlata groza

o The Birds Alfreda Hitchcocka

Dawno nie miałem tylu dni wolnego. Odpoczynek zawdzięczam oczywiście świętom, podobnie jak i efekt lekko przyciasnych spodni. Dzięki także przed wigilijnemu podnieceniu, sprzątając kilkudziesięciometrowe mieszkanie odnalazłem dawno zapomnianą książkę o filmach Alfreda Hitchcocka, reżysera wzbudzającego we mnie uczucie wiecznego nienasycenia. Autor jakże przyjemnej niespodzianki to niejaki Janusz Skwara, facet mający – jak zdążyłem dowiedzieć się grzebiąc w internecie – na koncie pokaźną liczbę publikacji poświęconych różnym okresom z historii kina (Hitchcock, Kino szoku przyszłości, Sezon smutnego kosmity, Świat „czarnego filmu”). O szczegółach pracy mistrza suspensu i towarzyszącym jej smaczkach, opowiem jednak innym razem. Dziś wspomnę jedynie o rozdziale zawierającym zestawienie hollywoodzkich dokonań Hitchcocka, a właściwie o jednym z wymienionych w nim filmów.

Fragment opowiadania

Za scenariusz do filmu Ptaki odpowiadał Evan Hunter, ale sam pomysł został zaczerpnięty z opowiadania Daphne du Maurier z 1952 roku. Bohaterami, zdecydowanie za krótkiej jak dla mnie historii, jest rodzina Hockenów będąca jedną z ofiar ataków ze strony tytułowych stworzeń. Jak łatwo zgadnąć, agresywne zachowanie władców nieba nie jest rzeczą powszechnie rozpoznawalną przez Brytyjczyków i właśnie na szokowanie tym niewytłumaczalnym zjawiskiem położyła autorka największy nacisk. Pisarka, podkreślając brutalność zaistniałych zdarzeń oraz porównując atmosferę wywołaną ptasimi napaściami do przerażenia towarzyszącemu mieszkańcom Londynu podczas bombardowań z okresu drugiej wojny światowej, utrzymuje czytelnika w stanie ciągłego napięcia. Ptaki to również przykład heroicznej walki człowieka, niestety człowieka porzuconego i niemającego znikąd pomocy. Kończąc lekturę dochodzimy do wniosku, że oto byliśmy świadkami kolejnej bezradności władzy państwowej wobec większości nagłych nieprzewidzianych wypadków. Daphne du Maurier za pierwszą „wpadkę” rządu brytyjskiego zdaje się uważać jego bezsilność w czasie nalotów hitlerowskich Niemiec. Jednocześnie, doceniając waleczną postawę bohaterów, przypomina starą prawdę o samotności człowieka w obliczu kryzysu.

Alfred Hitchcock i jego ptaszyna

Obraz Hitchcocka wzbudza emocje innego rodzaju. Wątkiem przewodnim filmu są rzecz jasna zmagania sprawnie funkcjonującego miasteczka Bodega Bay z rosnącą agresją ze strony ptaków. Wraz z narastającym problemem obserwujemy jednak zmianę w zachowaniu tej niewielkiej społeczności. Mieszkańców ogrania coraz większa panika oraz zaczynają pałać niechęcią do obcych, w szczególności do Melanie Daniels. Kontrast stanowi postawa Mitcha Brennera (odpowiednik Nata Hockena z opowiadania Daphne du Maurier), który czując nadchodzące zagrożenie postępuje w sposób opanowany i racjonalny. Czy taka postawa pozwoli mu jednak przetrwać?

Ptaki Hitchcocka pozbawione politycznego wydźwięku swojego pierwowzoru, uchodzą za przykład zabawy reżysera konwencją typową dla horroru. Twórcy filmu podeszli do tego zadania bardzo poważnie. Kręcąc sceny ataków ptaków na ludzi wykorzystywali prawdziwe, choć oczywiście odpowiednio tresowane, stworzenia, co nadawało historii sporej realności. Warto także wspomnieć, że inspiracją dla jednej ze scen był prawdziwy atak kruków na stado jagniąt. Dociekliwego Hitchcocka poinformowano, że owa rasa ptaków zabija między innymi poprzez wydziobywanie ofierze oczu. Stąd w filmie sceny makabryczne, które w kryminalnych opowieściach Hitchcocka były niezwykłą rzadkością.

Pechowy farmer

Wśród części krytyków panuje opinia, jakoby ataki ptaków, ukazane jako ogromna niszczycielska siła, symbolizowały bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo zagrażające ludzkości, np. niezapowiedziane wojny, powodzie, trąby powietrzne. Patrząc na mocne akcentowanie samej nietypowości zjawiska takie interpretacja wydaje się mieć dość mocne podstawy, choć byłbym daleki od przypisywania Ptakom jedynie takiego wydźwięku. W filmie nie brakuje również momentów humorystycznych (gierki słowne pierwszoplanowych postaci) oraz wątków psychologicznych widocznych chociażby w walce matki głównego bohatera z kobietami próbującymi odebrać jej jedyną podporę, czy intelektualnej potyczce dwójki pięknych kobiet. Napięcie towarzyszące relacji Melanie Daniels z Annie Hayworth jest po prostu niewyobrażalne.

Dwie filmowe piękności - Tippi Herden jako Melanie Daniels
i Suzanne Pleshette w roli Annie Hayworth

Napięcia, tak wyrazistego w opowiadaniu Daphne du Maurier i filmie Hitchcocka, brakuje w Ptakach 2 Ricka Rosenthala (odpowiedzialnego wcześniej za drugą cześć serii o Michaelu Myersie) i Alana Smithee. Kolejna konfrontacja ludzi z ptakami została brutalnie spłycona do poziomu kiczowatego horroru. Na dodatek horroru, który nie wzbudza u widza nawet leciutkiego dreszczyka emocji. Atakom władców nieba brakuje dzikiej furii, zapalczywości i przebiegłości, czyli tych wszystkich cech, dzięki którym ptaki Hitchcocka wprawiały widza połowy lat sześćdziesiątych w rzeczywiste przerażenie.

Źródło zła