19 stycznia 2014

Banita z Sherwood

The Adventures of Robin Hood Williama Keighleya i Michaela Curtiza

Patrzeć na Errola Flynna biegającego w zielonych trykotach to cofnąć się o dobrych kilkanaście lat. Usiąść wygodnie i powspominać niedzielne popołudnia, podczas których wraz z siostrami zasiadało się przed telewizorem w oczekiwaniu na kolejny odcinek kina familijnego. Wrócić do czasów, kiedy dziecięce marzenia ograniczały się do bycia kolejnym Robin Hoodem, Zorro (zwłaszcza takim w wykonaniu Guya Williamsa) czy innym Wielkim Bohaterem.

Przygody Robin Hooda Williama Keighleya i Michaela Curtiza to jedna z lepszych filmowych interpretacji legendy o sławnym banicie z Sherwood. Tytułowa rola przypadła wspomnianemu Errolowi Flynn (Kapitan Blood 1935, Książę i żebrak 1937), który dzięki donżuanowskiej aparycji idealnie wkomponowywał się w schemat nieustraszonych i pociągających bohaterów. Robin Hood w jego wykonaniu to postać wielobarwna, z łatwością zjednująca sympatię widzów. Bohater tryskający humorem, ale i potrafiący rozprawiać o kwestiach poważnych. Zawadiacki, wygimnastykowany i mający coś z romantycznego kochanka banita, króluje na ekranie dzięki swojej charyzmie i brawurowym wyczynom już od pierwszych minut filmu. Oczywiście reżyserzy nie zapomnieli o jego zabawnej kompanii, tj. Willu Szkarłatnym (Patric Knowles), braciszku Tuck'u (Eugenne Pallette) oraz Małym Johnie (Alan Hale), stanowiącej zręczne dopełnienie postaci pierwszoplanowej.

Robin Hood i jego wesoła kompania

Zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną wersją legendy fabuła filmu koncentruje się na dwóch wątkach. Na pierwszym planie mamy walkę Robina z księciem Janem (Claude Rains) oraz jego poplecznikami, zwłaszcza Guyem Gisbournem (Basil Rathbone). Adekwatnie do konwencji filmów romantyczno-przygodowych z lat trzydziestych i czterdziestych, owe zmagania przedstawione są bardzo łagodnie. Pojedynki czy zasadzki organizowane przez Robin Hooda są całkowicie pozbawione brutalności; momentami aż do niewyobrażalnego przesadyzmu. Pod drugim wątkiem, ukazanym nie mniej wyraźnie, kryje się miłość sherwoodzkiego banity i pięknej Lady Marian (Olivia de Havilland). Obserwując zachowania czarującego Robina można odnieść wrażenie, że owe tytułowe "przygody" dotyczą zarówno jego zbójeckiej (zasadzki, pojedynki, pokazy strzeleckich umiejętności), jak i romantycznej (balkonowe wspinaczki, dżentelmeńskie maniery, płomienne wyznania) działalności.

Lady Marian i jej ukochany

Symbioza wyżej wymienionych wątków nie przeszkadza w ogólnym odbiorze filmu. Przygody Robin Hooda z Errolem Flynnem to kino z zupełnie innej, dawno minionej epoki. Momentami mogą wydawać się mocno infantylne (wyraźny podział na "dobrych" i "złych"; bezkrwawe sceny walk), ale taka była specyfika ówczesnych filmów przygodowych. Śledząc wydarzenia na ekranie publiczność miała podziwiać scenografię (od pojedynczych kostiumów po rekonstrukcje średniowiecznych zabudowań), zachwycać się kolorami (bardzo intensywne barwy, tzw. technikolor) oraz kibicować zamiarom głównego bohatera (zarówno zbójeckim, jak i miłosnym). Z powyższych zadań Przygody Robin Hooda z 1938 roku wywiązują się wręcz rewelacyjnie i choć brakuje im widowiskowości dzisiejszego kina rozrywkowego, to sprawdzają się jako ciepły film rodzinny.

Pomnik poświęcony pamięci Robina Hooda
na zamku Nottingham


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz