18 stycznia 2014

Konformizm, komuniści i porywacze ciał

Invasion of the Body Snatchers Dona Siegela

Sobotni poranek w towarzystwie kosmitów próbujących opanować Ziemię to doprawdy wyśmienita rozrywka. Inwazja porywaczy ciał wygrała ze strzelającym z łuku Errolem Flynnem (Przygody Robin Hooda 1938) i słusznie, gdyż film Dona Siegela nie zawiódł i okazał się prawdziwą ucztą dla wielbiciela science fiction, zwłaszcza osoby przepadającej za fantazyjnymi opowieściami z połowy ubiegłego stulecia.

Za podstawę filmowego scenariusza posłużyła powieść Jacka Finneya The Body Snatchers z 1955 roku, będąca relacją ze starcia mieszkańców miasteczka Santa Mira z kosmicznymi najeźdźcami. Głównego bohatera, czyli sympatycznego doktora Bennella granego przez Kevina McCarthy'ego, poznajemy w momencie, gdy zaalarmowany przez swoją pracownicę, wraca wcześniej z konferencji, aby zbadać przyczyny nagłego zamieszania. Początkowo, pomimo nietypowych zachowań pacjentów (np. twierdzących, że ich pozornie łagodni krewni są w rzeczywistości kimś innym), podchodzi do owych rewelacji z chłodną naukową kalkulacją i uspokaja podopiecznych niezbyt wyszukanymi gadkami o lekkim załamaniu nerwowym. Na skutki takiego podejścia nie trzeba było długo czekać, a o doktorka-racjonalistkę szybko upomniała się okrutna rzeczywistość. Podczas grillowego spotkania z przyjaciółki odkrywa on tajemnicze strąki, z których wychodzą idealne duplikaty mieszkańców Santa Mira.

Inwazja porywaczy ciał Siegela, choć ewidentnie czerpie z literackiego wzorca to jednak odbiega od niego w samym zakończeniu. Owszem, walka doktora Bennella, której trudy osładza mu szkolna miłość - niejaka Becky Driscoll (Dana Wynter), została ukazana niezwykle widowiskowo (prywatne dochodzenie, brawurowe ucieczki, szalone pościgi), niemniej to nie ona odpowiada za filmowy dreszczyk emocji. Dużo większe wrażenie robi prostota z jaką najeźdźcy podporządkowują sobie Santa Mira, a raczej łatwość z jaką poglądy konformistyczne znajdują posłuch w dobrze prosperującym i uporządkowanym społeczeństwie. Zatem? Osoby sięgające po Inwazję porywaczy ciał dla gumowych pazurów czy siejących ogromne spustoszenie promieni z kosmosu będą mocno zawiedzeni. Tytuł filmu może sugerować tandetne widowisko klasy B, ale to tylko złudzenie.

Pod płaszczem prostej historyjki kryje się obraz bardziej przejmujący. Walka Bennella, doktora reprezentującego zdrowe ludzkie postawy, to walka jednostki z tyranią zbytniego konformizmu. Don Siegel ostrzega przed autorytarnymi przewodnikami (pozaziemscy najeźdźcy) dążącymi do podporządkowywania sobie coraz większych społeczeństw. Co więcej, reżyser otwarcie neguje postawy owych "społecznych przewodników". Skąd taki ostry podział na dobre i złe postawy, zachowania? Krytycy filmowi sugerują, aby odpowiadając na tego typu pytania pamiętać o czasach, w jakich film powstawał. Rywalizacja amerykańsko-radziecka, szalone polowania na komunistów w wykonaniu kontrowersyjnego senatora Josepha McCarthy'ego to wszystko sprawiało, że ówcześni Amerykanie byli nieustannie bombardowani przez najprzeróżniejsze grupy społeczno-polityczne. Wydaje się, że na tym tle Inwazję porywaczy ciał można śmiało interpretować właśnie jako przestrogę przed zbytnim uleganiem presjom grupy oraz jako zachętę do obrony własnej indywidualności.

Kevin McCarthy i Dana Wynter uciekający przed
rozszalałym tłumem

Na koniec słówko o zakończeniu historii. W powieści mamy do czynienia z optymistycznym rozwiązaniem całego "pozaziemskiego problemu". Kosmici widząc wyjątkowo silną wolę walki u głównych bohaterów rezygnują ze swoich planów i opuszczają Ziemię. Cóż, Jack Finney okazał się być bardzo wyrozumiałem pisarzem, ewidentnie przebaczającym rasie ludzkiej wszystkie jej potknięcia. Don Siegel, aż taki wyrozumiały nie był. W jednej z końcowych scen widzimy Bennella biegnącego autostradą i wrzeszczącego: "You're next!". I chociaż doktorowi ostatecznie udaje się ostrzec ludzkość przed niebezpieczeństwem, to jednak ostatecznego wyniku konfrontacji człowieka z jego pozbawioną indywidualności kopią nie jesteśmy pewni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz