19 stycznia 2014

Banita z Sherwood

The Adventures of Robin Hood Williama Keighleya i Michaela Curtiza

Patrzeć na Errola Flynna biegającego w zielonych trykotach to cofnąć się o dobrych kilkanaście lat. Usiąść wygodnie i powspominać niedzielne popołudnia, podczas których wraz z siostrami zasiadało się przed telewizorem w oczekiwaniu na kolejny odcinek kina familijnego. Wrócić do czasów, kiedy dziecięce marzenia ograniczały się do bycia kolejnym Robin Hoodem, Zorro (zwłaszcza takim w wykonaniu Guya Williamsa) czy innym Wielkim Bohaterem.

Przygody Robin Hooda Williama Keighleya i Michaela Curtiza to jedna z lepszych filmowych interpretacji legendy o sławnym banicie z Sherwood. Tytułowa rola przypadła wspomnianemu Errolowi Flynn (Kapitan Blood 1935, Książę i żebrak 1937), który dzięki donżuanowskiej aparycji idealnie wkomponowywał się w schemat nieustraszonych i pociągających bohaterów. Robin Hood w jego wykonaniu to postać wielobarwna, z łatwością zjednująca sympatię widzów. Bohater tryskający humorem, ale i potrafiący rozprawiać o kwestiach poważnych. Zawadiacki, wygimnastykowany i mający coś z romantycznego kochanka banita, króluje na ekranie dzięki swojej charyzmie i brawurowym wyczynom już od pierwszych minut filmu. Oczywiście reżyserzy nie zapomnieli o jego zabawnej kompanii, tj. Willu Szkarłatnym (Patric Knowles), braciszku Tuck'u (Eugenne Pallette) oraz Małym Johnie (Alan Hale), stanowiącej zręczne dopełnienie postaci pierwszoplanowej.

Robin Hood i jego wesoła kompania

Zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną wersją legendy fabuła filmu koncentruje się na dwóch wątkach. Na pierwszym planie mamy walkę Robina z księciem Janem (Claude Rains) oraz jego poplecznikami, zwłaszcza Guyem Gisbournem (Basil Rathbone). Adekwatnie do konwencji filmów romantyczno-przygodowych z lat trzydziestych i czterdziestych, owe zmagania przedstawione są bardzo łagodnie. Pojedynki czy zasadzki organizowane przez Robin Hooda są całkowicie pozbawione brutalności; momentami aż do niewyobrażalnego przesadyzmu. Pod drugim wątkiem, ukazanym nie mniej wyraźnie, kryje się miłość sherwoodzkiego banity i pięknej Lady Marian (Olivia de Havilland). Obserwując zachowania czarującego Robina można odnieść wrażenie, że owe tytułowe "przygody" dotyczą zarówno jego zbójeckiej (zasadzki, pojedynki, pokazy strzeleckich umiejętności), jak i romantycznej (balkonowe wspinaczki, dżentelmeńskie maniery, płomienne wyznania) działalności.

Lady Marian i jej ukochany

Symbioza wyżej wymienionych wątków nie przeszkadza w ogólnym odbiorze filmu. Przygody Robin Hooda z Errolem Flynnem to kino z zupełnie innej, dawno minionej epoki. Momentami mogą wydawać się mocno infantylne (wyraźny podział na "dobrych" i "złych"; bezkrwawe sceny walk), ale taka była specyfika ówczesnych filmów przygodowych. Śledząc wydarzenia na ekranie publiczność miała podziwiać scenografię (od pojedynczych kostiumów po rekonstrukcje średniowiecznych zabudowań), zachwycać się kolorami (bardzo intensywne barwy, tzw. technikolor) oraz kibicować zamiarom głównego bohatera (zarówno zbójeckim, jak i miłosnym). Z powyższych zadań Przygody Robin Hooda z 1938 roku wywiązują się wręcz rewelacyjnie i choć brakuje im widowiskowości dzisiejszego kina rozrywkowego, to sprawdzają się jako ciepły film rodzinny.

Pomnik poświęcony pamięci Robina Hooda
na zamku Nottingham


18 stycznia 2014

Konformizm, komuniści i porywacze ciał

Invasion of the Body Snatchers Dona Siegela

Sobotni poranek w towarzystwie kosmitów próbujących opanować Ziemię to doprawdy wyśmienita rozrywka. Inwazja porywaczy ciał wygrała ze strzelającym z łuku Errolem Flynnem (Przygody Robin Hooda 1938) i słusznie, gdyż film Dona Siegela nie zawiódł i okazał się prawdziwą ucztą dla wielbiciela science fiction, zwłaszcza osoby przepadającej za fantazyjnymi opowieściami z połowy ubiegłego stulecia.

Za podstawę filmowego scenariusza posłużyła powieść Jacka Finneya The Body Snatchers z 1955 roku, będąca relacją ze starcia mieszkańców miasteczka Santa Mira z kosmicznymi najeźdźcami. Głównego bohatera, czyli sympatycznego doktora Bennella granego przez Kevina McCarthy'ego, poznajemy w momencie, gdy zaalarmowany przez swoją pracownicę, wraca wcześniej z konferencji, aby zbadać przyczyny nagłego zamieszania. Początkowo, pomimo nietypowych zachowań pacjentów (np. twierdzących, że ich pozornie łagodni krewni są w rzeczywistości kimś innym), podchodzi do owych rewelacji z chłodną naukową kalkulacją i uspokaja podopiecznych niezbyt wyszukanymi gadkami o lekkim załamaniu nerwowym. Na skutki takiego podejścia nie trzeba było długo czekać, a o doktorka-racjonalistkę szybko upomniała się okrutna rzeczywistość. Podczas grillowego spotkania z przyjaciółki odkrywa on tajemnicze strąki, z których wychodzą idealne duplikaty mieszkańców Santa Mira.

Inwazja porywaczy ciał Siegela, choć ewidentnie czerpie z literackiego wzorca to jednak odbiega od niego w samym zakończeniu. Owszem, walka doktora Bennella, której trudy osładza mu szkolna miłość - niejaka Becky Driscoll (Dana Wynter), została ukazana niezwykle widowiskowo (prywatne dochodzenie, brawurowe ucieczki, szalone pościgi), niemniej to nie ona odpowiada za filmowy dreszczyk emocji. Dużo większe wrażenie robi prostota z jaką najeźdźcy podporządkowują sobie Santa Mira, a raczej łatwość z jaką poglądy konformistyczne znajdują posłuch w dobrze prosperującym i uporządkowanym społeczeństwie. Zatem? Osoby sięgające po Inwazję porywaczy ciał dla gumowych pazurów czy siejących ogromne spustoszenie promieni z kosmosu będą mocno zawiedzeni. Tytuł filmu może sugerować tandetne widowisko klasy B, ale to tylko złudzenie.

Pod płaszczem prostej historyjki kryje się obraz bardziej przejmujący. Walka Bennella, doktora reprezentującego zdrowe ludzkie postawy, to walka jednostki z tyranią zbytniego konformizmu. Don Siegel ostrzega przed autorytarnymi przewodnikami (pozaziemscy najeźdźcy) dążącymi do podporządkowywania sobie coraz większych społeczeństw. Co więcej, reżyser otwarcie neguje postawy owych "społecznych przewodników". Skąd taki ostry podział na dobre i złe postawy, zachowania? Krytycy filmowi sugerują, aby odpowiadając na tego typu pytania pamiętać o czasach, w jakich film powstawał. Rywalizacja amerykańsko-radziecka, szalone polowania na komunistów w wykonaniu kontrowersyjnego senatora Josepha McCarthy'ego to wszystko sprawiało, że ówcześni Amerykanie byli nieustannie bombardowani przez najprzeróżniejsze grupy społeczno-polityczne. Wydaje się, że na tym tle Inwazję porywaczy ciał można śmiało interpretować właśnie jako przestrogę przed zbytnim uleganiem presjom grupy oraz jako zachętę do obrony własnej indywidualności.

Kevin McCarthy i Dana Wynter uciekający przed
rozszalałym tłumem

Na koniec słówko o zakończeniu historii. W powieści mamy do czynienia z optymistycznym rozwiązaniem całego "pozaziemskiego problemu". Kosmici widząc wyjątkowo silną wolę walki u głównych bohaterów rezygnują ze swoich planów i opuszczają Ziemię. Cóż, Jack Finney okazał się być bardzo wyrozumiałem pisarzem, ewidentnie przebaczającym rasie ludzkiej wszystkie jej potknięcia. Don Siegel, aż taki wyrozumiały nie był. W jednej z końcowych scen widzimy Bennella biegnącego autostradą i wrzeszczącego: "You're next!". I chociaż doktorowi ostatecznie udaje się ostrzec ludzkość przed niebezpieczeństwem, to jednak ostatecznego wyniku konfrontacji człowieka z jego pozbawioną indywidualności kopią nie jesteśmy pewni.



13 stycznia 2014

Bardzo ładna Pani?

Une dame vraiment bien Louisa Feuillade

Louis Feuillade
Louise Feuillade, francuski reżyser kina niemego znany najbardziej z produkcji o charakterze sensacyjnym (Fantômas 1913, Les Vampires 1915-1916), współpracując od 1905 roku z firmą Gaumont podejmował się wielu zajęć, ale dopiero będąc samodzielnym twórcą w pełni rozwinął skrzydła. Ocenia się, że za jego sprawą w latach 1906-1924 powstało około sześciuset trzydziestu filmów. Dziś wielu z nas może traktować te cyfry z lekkim przymrużeniem oka, argumentując, że spora część tych produkcji to krótkometrażowe kino rozrywkowe. Warto jednak pamiętać, że w ówczesnych warunkach było to osiągnięcie niezwykle imponujące, które w znaczący sposób przyczyniło się do popularyzacji kinematografii.

Une dame vraiment bien to krótki obraz spacerującej kobiety, której niezwykła uroda absorbując uwagę mijanych mężczyzn doprowadza do wielu komicznych sytuacji. W roli „zabójczej” piękności wystąpiła Renée Carl, której sławę przyniosła właśnie współpraca z Louisem Feuillade. W przypadku tego jedynie blisko trzy i pół minutowego filmiku trudno mówić o jakiejś fabule, ale z pewnością jego twórcy nie można zarzucić braku poczucia humoru. Facet oblewający wodą przypadkowego przechodnia, mężczyzna wpadający na latarnię uliczną, ogrodnik polewający wodą przypadkowego bywalca parku, to tylko niektóre z gagów pojawiających się z filmie.

Jeden z gagów: zauroczony ogrodnik oblewa
przypadkowego mężczyznę

Za początek komedii uznaje się oficjalnie L'Arroseur arrosé (Polewacz polany, 1895), ale w odróżnieniu od braci Lumière Feuillade nie ograniczył się do jednego gagu. Niewinna przechadzka „bardzo ładnej Pani” doprowadza do serii śmiesznych – momentami także strasznych (staranowanie dziecięcego wózka przez rozpędzonego rowerzystę) – zdarzeń, które koniec końców wzbudzają zainteresowanie francuskich żandarmów. W scenie finałowej przedstawiciele prawa łagodnie, lecz stanowczo, okrywają zbyt roznegliżowaną (w ówczesnym rozumieniu) i za mocno wymalowaną kobietę. Bardzo lubię te krótkie śmieszne historyjki z początków ubiegłego stulecia, ale osoby decydujące się na Une dame vraiment bien muszą brać pod uwagę fakt, że jest to humor sytuacyjny, który momentami może wydawać się przestarzały.

Nadopiekuńczy żandarmi

11 stycznia 2014

Początki kina włoskiego

o L'Inferno Giuseppe de Liguoro

Jeżeli miałby ktoś ochotę na włoskie kino nieme to polecam L'Inferno z 1911 roku, czyli filmową wersję Boskiej Komedii Dante Alighieri. Obraz Giuseppe de Liguoro przykuwa uwagę już od pierwszych minut, co dla produkcji bez dźwiękowej ma ogromne znaczenie. Choć fabuła filmu bazuje głównie na wspomnianym średniowiecznym poemacie a kolejne kadry odzwierciedlają prace francuskiego grafika Gustava Doré, widza nie ogrania znużenie, wręcz przeciwnie. Wędrówka Dantego przez Piekło została przedstawiona niezwykle dynamicznie. Zaskakują zwłaszcza efekty specjalne (latająca Beatrycze, znikający Wergiliusz, człowiek niosący własną głowę, olbrzym unoszący Danego i Wergiliusza, płonące mogiły, trzygłowy Cerber), których pomysłowość musiała robić prawdziwą furorę na początku drugiej dekady dwudziestego wieku. Pod tym względem, L'Inferno jest pozycją obowiązkową dla osób zainteresowanych rozwojem kinowych "special effects".

Dante spotyka greckich
i rzymskich filozofów
(Gustave Doré)
Oceniając L'Inferno trzeba przyznać, że jego twórcy podeszli do zadania bardzo poważnie a dzieło wywołało prawdziwą zawieruchę wśród krytyki. I nie chodzi tylko o to, że prace nad filmem trwały ponad trzy lata, a zyski z niego osiągnęły zawrotną wówczas sumę dwóch milionów dolarów. Giuseppe de Liguoro zachwycił publiczność (premiera filmu miała miejsce w Neapolu w Teatrze Mercadante 10 marca 1911 roku) wręcz monumentalnym wizerunkiem dantejskiego piekła, dbałością o jego detale (wrażenie robi zarówno ogólna scenografia, jak i poszczególne kostiumy) oraz adekwatną do niego, i potęgowaną wraz z prezentowaniem kolejnych diabelskich czeluści, atmosferą strachu. Podążając za Dantem (Salvatore Papa) i Wergiliuszem (Arturo Pirovano) widzimy, jak bardzo zależało reżyserowi na przekonaniu widza o autentycznym okrucieństwie kar czekających grzeszników. Prezentowane piekielne męki mogą wstrząsnąć nawet dzisiejszym odbiorcą (Lucyfer zjadający grzeszników, ludzie z powykręcanymi kończynami). Dodatkowo, w L'Inferno można zauważyć dość odważne podejście do tematu nagości w filmie. Oczywiście, większość aktorów ma pozakrywane intymne części ciała (np. woreczki przykrywające członki, pieluchy), ale nie brakuje także scen prezentujących, np. kobiece piersi. Gdzieniegdzie „strategiczne miejsca” są tak pomysłowo osłonięte, że widz do końca nie może być pewien, co dokładnie zobaczył.


L'Inferno warto zobaczyć. Nie tylko z uwagi na jego wartość historyczną dla wszystkich interesujących się rozwojem i możliwościami kina z początku minionego stulecia, ale również dlatego, że jest to pierwszy pełnometrażowy film włoski. Jak wspomniałem, Giuseppe de Liguoro pracował nad nim ponad trzy lata, ale efekt jest doprawdy imponujący. Efekty specjalne, kostiumy, imponująca scenografia zadowolą każdego fana starego kina. Na koniec dodam, że jakiś czas temu do filmu wkomponowano muzykę w wykonaniu zespołu Tangerine Dream, czego niestety nie mogę uznać za plus.

04 stycznia 2014

Blondynki, Mściciel i tajemniczy lokator

The Lodger Alfreda Hitchcocka

Jakiś czas temu na blogu Anny Plich przeczytałem o zorganizowanym przez nią głosowaniu na "ulubionego" mordercę z horrorów. Miłośnicy kina grozy ochoczo wzięli w nim udział i choć wyników jeszcze nie ma to sądzę, że spore szanse na zdobycie palmy pierwszeństwa ma niejaki Freddy Krueger. Przyznaję, że swoją czarującą postawą zdobył także i mój głos, ale dokonując wyboru kierowałem się nie tyle "strasznością" danej postaci, co jej pozycją w filmowej popkulturze. Inicjatywa wspomnianej koleżanki, jak również ostra faza na kino nieme, zaowocowały kolejnym filmem z początków ubiegłego stulecia.

Plakat filmowy
Przykładem kinowego antybohatera drugiej połowy lat dwudziestych jest Mściciel, z The Lodger Hitchcocka. Pod tym, jakże wyszukanym pseudonimem, ukrywa się londyński morderca, którego ofiarą padają najczęściej blondynki w długich, kręconych włosach. Film rozpoczyna informacja o kolejnej zbrodni Mściciela. Obserwujemy proces roznoszenia się tragicznej wiadomości (dziennikarza zawiadamiającego redakcję, drukarnię, samochód transportujący wieczorne wydanie gazety, chłopaka rozpowszechniającego ową gazetę, radiowego prezentera) oraz jej wpływ na nastroje mieszkańców Londynu. Właściwą akcję inauguruje wynajęcie jednej z londyńskich kwater przez Jonathana Drew (Ivor Novello), którego wygląd odpowiada policyjnemu rysopisowi poszukiwanego zbrodniarza. Dziwne zachowanie lokatora (nerwowe marsze po pokoju, odwracania obrazów przedstawiających blondynki, wieczorne spacery z szalikiem zasłaniającym dolną część twarzy) szybko wzbudza niepokój właścicieli mieszkania, państwa Bunting (Arthur Chesney, Marie Ault). Dodatkowo całą sprawę komplikuje miłosny trójkąt między lokatorem, córką wspomnianych właścicieli - Daisy Bunting (June Tripp) oraz jej przyszłym narzeczonym, detektywem Joe Chandlerem (Malcolm Keen).

Pani Bunting wita tajemniczego lokatora

Nieprzychylni początkowo producenci zgodzili się, po kilku przeróbkach, wprowadzić The Lodger to kin, co okazało się posunięciem ze wszech miar słusznym, gdyż film został przyjęty przez publiczność i krytyków bardzo entuzjastycznie. Reżysera chwalono przede wszystkim za szybkie tempo historii oraz za stosowanie nowatorskich rozwiązań podczas kręcenia poszczególnych scen. I rzeczywiście, oglądając The Lodger możemy dostrzec pewne „zagrywki”, „sztuczki” będące w przyszłości znakami rozpoznawczymi hitchcockowego stylu. Między innymi podejmuje Hitchcock pierwsze próby silnego wyeksponowania obiektów mających istotne znaczenie dla fabuły (torba tajemniczego lokatora, serduszka z surowego ciasta, kołyszący się żyrandol, odwrócone obrazy); przedmiotów ważnych nie tylko ze względu na ich pomoc w budowaniu pożądanego napięcia, ale także z uwagi na pełnione przez nie funkcje informacyjne, niezastąpione w kinie niemym.

Niemniej to nie w oryginalnych pomysłach Hitchcocka drzemie główna siła filmu. Dla osób zaznajomionych z dokonaniami mistrza suspensu będą to tylko jedne z wielu jego reżyserskich trików, które wraz z upływem lat stracą na świeżości. The Lodger wspominam bardzo ciepło, gdyż lubię produkcje doprecyzowane. Historia Jonathana Drew to nie tylko prosta historyjka o kłopotach z seryjnym mordercą, ale także ciekawe spojrzenie na problem społeczeństwa zastraszonego. Podążając za fabułą widzimy, jak londyńczyków ogrania coraz większe przerażenie. Uczucie strachu i niepewności potęguje dodatkowo duszna atmosfera samego Londynu (wyrażona na ekranie poprzez wszechogarniającą mgłę i zdradzieckie zaułki), w naturalny sposób sprzyjająca działalności Mściciela. W scenie finałowej filmu obserwujemy, jak żyjąca w stanie ciągłego napięcia ludność przeradza się ostatecznie w rozhisteryzowany, pragnący powrotu do normalności i gniewny tłum, atakujący niesłusznie oskarżanego Jonathana Drew.

June Tripp, jedna z pierwszych blondynek Hitchcocka

Historia kina zna wielu seryjnych morderców. Ich działalność, ukazana w mniej lub bardziej brutalny sposób, wielokrotnie była motorem napędzającym fabułę a filmy zawierające związany z tymi zbrodniami „dreszczyk emocji” z reguły cieszyły się dużą popularnością. Twórcy filmów, chcąc nadać opowieści możliwie dużego prawdopodobieństwa, portrety psychologiczne bohaterów tworzyli często w oparciu o rzeczywiste dramaty ludzi, znane najczęściej z mediów, ale także doniesień organów sprawiedliwości oraz miejskich legend. Alfred Hitchcock nie był wyjątkiem. Pracując nad The Lodger – A story of the London Fog inspirował się osobą Kuby Rozpruwacza oraz sztuką Who is he? Marie Belloc Lowndes, której bohaterka – starsza pani wynajmująca tzw. pokoje umeblowane – podejrzewała swojego gościa o bycie znanym zabójcą.

01 stycznia 2014

Skrzydlata groza

o The Birds Alfreda Hitchcocka

Dawno nie miałem tylu dni wolnego. Odpoczynek zawdzięczam oczywiście świętom, podobnie jak i efekt lekko przyciasnych spodni. Dzięki także przed wigilijnemu podnieceniu, sprzątając kilkudziesięciometrowe mieszkanie odnalazłem dawno zapomnianą książkę o filmach Alfreda Hitchcocka, reżysera wzbudzającego we mnie uczucie wiecznego nienasycenia. Autor jakże przyjemnej niespodzianki to niejaki Janusz Skwara, facet mający – jak zdążyłem dowiedzieć się grzebiąc w internecie – na koncie pokaźną liczbę publikacji poświęconych różnym okresom z historii kina (Hitchcock, Kino szoku przyszłości, Sezon smutnego kosmity, Świat „czarnego filmu”). O szczegółach pracy mistrza suspensu i towarzyszącym jej smaczkach, opowiem jednak innym razem. Dziś wspomnę jedynie o rozdziale zawierającym zestawienie hollywoodzkich dokonań Hitchcocka, a właściwie o jednym z wymienionych w nim filmów.

Fragment opowiadania

Za scenariusz do filmu Ptaki odpowiadał Evan Hunter, ale sam pomysł został zaczerpnięty z opowiadania Daphne du Maurier z 1952 roku. Bohaterami, zdecydowanie za krótkiej jak dla mnie historii, jest rodzina Hockenów będąca jedną z ofiar ataków ze strony tytułowych stworzeń. Jak łatwo zgadnąć, agresywne zachowanie władców nieba nie jest rzeczą powszechnie rozpoznawalną przez Brytyjczyków i właśnie na szokowanie tym niewytłumaczalnym zjawiskiem położyła autorka największy nacisk. Pisarka, podkreślając brutalność zaistniałych zdarzeń oraz porównując atmosferę wywołaną ptasimi napaściami do przerażenia towarzyszącemu mieszkańcom Londynu podczas bombardowań z okresu drugiej wojny światowej, utrzymuje czytelnika w stanie ciągłego napięcia. Ptaki to również przykład heroicznej walki człowieka, niestety człowieka porzuconego i niemającego znikąd pomocy. Kończąc lekturę dochodzimy do wniosku, że oto byliśmy świadkami kolejnej bezradności władzy państwowej wobec większości nagłych nieprzewidzianych wypadków. Daphne du Maurier za pierwszą „wpadkę” rządu brytyjskiego zdaje się uważać jego bezsilność w czasie nalotów hitlerowskich Niemiec. Jednocześnie, doceniając waleczną postawę bohaterów, przypomina starą prawdę o samotności człowieka w obliczu kryzysu.

Alfred Hitchcock i jego ptaszyna

Obraz Hitchcocka wzbudza emocje innego rodzaju. Wątkiem przewodnim filmu są rzecz jasna zmagania sprawnie funkcjonującego miasteczka Bodega Bay z rosnącą agresją ze strony ptaków. Wraz z narastającym problemem obserwujemy jednak zmianę w zachowaniu tej niewielkiej społeczności. Mieszkańców ogrania coraz większa panika oraz zaczynają pałać niechęcią do obcych, w szczególności do Melanie Daniels. Kontrast stanowi postawa Mitcha Brennera (odpowiednik Nata Hockena z opowiadania Daphne du Maurier), który czując nadchodzące zagrożenie postępuje w sposób opanowany i racjonalny. Czy taka postawa pozwoli mu jednak przetrwać?

Ptaki Hitchcocka pozbawione politycznego wydźwięku swojego pierwowzoru, uchodzą za przykład zabawy reżysera konwencją typową dla horroru. Twórcy filmu podeszli do tego zadania bardzo poważnie. Kręcąc sceny ataków ptaków na ludzi wykorzystywali prawdziwe, choć oczywiście odpowiednio tresowane, stworzenia, co nadawało historii sporej realności. Warto także wspomnieć, że inspiracją dla jednej ze scen był prawdziwy atak kruków na stado jagniąt. Dociekliwego Hitchcocka poinformowano, że owa rasa ptaków zabija między innymi poprzez wydziobywanie ofierze oczu. Stąd w filmie sceny makabryczne, które w kryminalnych opowieściach Hitchcocka były niezwykłą rzadkością.

Pechowy farmer

Wśród części krytyków panuje opinia, jakoby ataki ptaków, ukazane jako ogromna niszczycielska siła, symbolizowały bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo zagrażające ludzkości, np. niezapowiedziane wojny, powodzie, trąby powietrzne. Patrząc na mocne akcentowanie samej nietypowości zjawiska takie interpretacja wydaje się mieć dość mocne podstawy, choć byłbym daleki od przypisywania Ptakom jedynie takiego wydźwięku. W filmie nie brakuje również momentów humorystycznych (gierki słowne pierwszoplanowych postaci) oraz wątków psychologicznych widocznych chociażby w walce matki głównego bohatera z kobietami próbującymi odebrać jej jedyną podporę, czy intelektualnej potyczce dwójki pięknych kobiet. Napięcie towarzyszące relacji Melanie Daniels z Annie Hayworth jest po prostu niewyobrażalne.

Dwie filmowe piękności - Tippi Herden jako Melanie Daniels
i Suzanne Pleshette w roli Annie Hayworth

Napięcia, tak wyrazistego w opowiadaniu Daphne du Maurier i filmie Hitchcocka, brakuje w Ptakach 2 Ricka Rosenthala (odpowiedzialnego wcześniej za drugą cześć serii o Michaelu Myersie) i Alana Smithee. Kolejna konfrontacja ludzi z ptakami została brutalnie spłycona do poziomu kiczowatego horroru. Na dodatek horroru, który nie wzbudza u widza nawet leciutkiego dreszczyka emocji. Atakom władców nieba brakuje dzikiej furii, zapalczywości i przebiegłości, czyli tych wszystkich cech, dzięki którym ptaki Hitchcocka wprawiały widza połowy lat sześćdziesiątych w rzeczywiste przerażenie.

Źródło zła