11 listopada 2014

Powrót do przeszłości

o Dr Futurity Philipa Dicka

Mijam pierwszych kilkadziesiąt wersów i oto pędzę nowoczesną, sześciopasmową autostradą ku San Francisco. W dodatku podróżuję w pełni zautomatyzowanym samochodem, dowodem cudowności moich czasów.

DeLorean

Podobno rozmiar nie jest ważny. Bzdura! Największym grzechem książki Dr Futurity - jest to, że kończy się w najmniej odpowiednim momencie. Fabuła powieści przypomina trochę jazdę wspomnianym wcześniej autem. Człowiek rozsiada się wygodnie. Początkowo nie zwraca uwagi na mijany krajobraz ale koniec końców coś przykuwa jego uwagę. I choć "jara się" tym widokiem jedynie przez drobną chwilę (niestety!), wystarcza ona aby droga została przez niego zapamiętana.

Podążając za Jimem Parsonsem skaczemy ("skaczemy" to bardzo dobre określenie, gdyż pierwsza podróż czasoprzestrzenna wiąże się właśnie ze skaczącym/wypadającym z trasy autem, a cały proceder przywodzi na myśl DeLoreana i szalonego dr Browna) kilka stuleci w przyszłość, która dość mocno odbiega od wyobrażeń naszego doktora Futurity. Różnice dotyczą nie tyle wyglądu fizycznego (brak przedstawicieli starszego pokolenia), ile sposobu postrzegania świata oraz odmiennej konstrukcji życia społecznego. Autor przedstawia nam rzeczywistość, w której jednostkę pozbawiono jakiejkolwiek indywidualności. Społeczeństwo zostało zorganizowane w coś na wzór dawnych struktur plemiennych, gdzie dobro ogółu jest rzeczą najważniejszą a poszczególne elementy składowe (obywatele) stanowią jedynie środek do osiągnięcia jak najlepszych wyników - fizycznych i umysłowych. W dickowym dwudziestym piątym wieku brak osób słabych i schorowanych (jednostki z defektem nie są ratowane, wręcz przeciwnie), nie ma także miejsca na odmienny sposób myślenia od ogólnie przyjętego.

Naszemu doktorowi - wiernemu przysiędze Hipokratesa - trudno zrozumieć zasady rządzące społeczeństwem przyszłości. Jim Parsons za próbę ratowania życia "przypadkowej dziewczyny" zostaje zesłany do koloni karnej na Marsie. W tym momencie następuje pewien przeskok fabularny. Autor porzuca pomysł bliższego zapoznania czytelnika z anormalną moralnością społeczeństwa przyszłości i zaczyna bawić się koncepcją podróży w czasie. Ratuje "złego doktora" od zesłania i łączy jego osobę z losami plemienia/klanu walczącego z powszechnie akceptowalnym porządkiem rzeczy. Choć słowo "walka" nie jest chyba właściwym określeniem. Raczej: klanu próbującego zmienić historię u podstaw. A konkretnie: klanu próbującego uwolnić Amerykę spod władzy białego człowieka, którego panowanie (tak mi się przynajmniej wydaje) miałoby doprowadzić właśnie do istniejącej degeneracji zasad moralnych. Działania Wilków (nazwa wręcz wymarzona dla pałających zemstą potomków rdzennych mieszkańców Ameryk), jak i sam ich plan, zostały przedstawione w powieści w możliwie najprostszy sposób. Grupka wybrańców opanowawszy sztukę podróżowania w czasie dąży do zamordowania Francisa Drake’a i tym samym ukrócenia ekspansji Anglików (zło wcielone!) na kontynencie amerykańskim.

Dr Futurity
nie jest powieścią zawiłą fabularnie, daleko jej także od tonu moralizatorskiego. Czytelnicy poszukujący Dicka chociażby z Człowieka z Wysokiego Zamku będą rozczarowani. Autor nie rozwodzi się na temat zmian wywołanych ewentualną śmiercią angielskiego korsarza, nie osądza działań białego człowieka, nie krytykuje fanatycznych dążeń Wilków. Brak szerszego komentarza ze strony pisarza jest największą wadą książki. Po obiecującym wprowadzeniu (z wizją świata tętniącego kultem jednostki młodej i zdrowej; z tajną policją w tle), po ciekawym pomyśle wykorzystania podróży w czasie, Dick kończy książkę dosłownie w pół zdania.