16 grudnia 2014

Film o nienawiedzonym domu

o Starym mrocznym domu Jamesa Whale'a

Pierwszym filmem obejrzanym z cyklu Nocne Ignacego Czuwania, czyli tato błaga Synka o sen a ten się wypina (w wiadomym celu), został Stary mroczny dom (ang. The Old Dark House) z 1932 roku. Jak się słusznie domyślacie nie jest to pozycja obowiązkowa dla dwutygodniowego Szkraba, ale podobno Maluszek niewiele jeszcze dostrzega - nie mówiąc o rozumieniu - więc...

Chcąc zasięgnąć języka odnośnie filmu jeszcze przed wspomnianym seansem poszperałem trochę w internecie ale znalazłem bardzo niewiele jakichkolwiek informacji na temat tegoż "dzieła", nie mówiąc o konkretnym zarysie fabuły. Nieliczne wypowiedzi ograniczały się do sformułowań typu "wielki, przedwojenny horror" czy "jedna z pierwszych produkcji o nawiedzonym domu", przez co siłą rzeczy nie zaspokajały moich potrzeb. Na Stary mroczny dom trafiłem przez osobę Borisa Karloffa i to dla niego sięgnąłem po film Jamesa Whale’a a nie utartych, schematycznych określeń. Postąpiłem słusznie, gdyż okazały się mocno nieprecyzyjne, żeby nie powiedzieć: mylące.

Boris Karloff jako Morgan
Bohaterami Starego mrocznego domu jest grupka przypadkowych osób, które to chcąc uciec przez szalejącą nawałnicą, trafiają do niezbyt przytulnej siedziby rodu Femm. Tytułowy przybytek ulokowany został z dala od większych siedlisk ludzkich, przypomina stary duży spichlerz z masywnymi drzwiami, kilkoma oknami oraz wielkimi pokojami. W drzwiach wita widza zarośnięty Morgan (Boris Karloff, mógłby zagrać lepiej!), bez krzty uprzejmości zapraszający do środka, do świata cieni, świata nękanego przez szwankującą elektyczność oraz płomyki igrające na świecach. Dalej poznajemy trupiobladego Horace’ego Femm (Ernest Thesiger) i jego szaleńczo bogobojną Rebeccę (Eva Moore). Po obejrzeniu sobie wszystkich postaci dramatu - twórcy filmu prezentują bohaterów z iście denerwującą pieczołowitością - zostaje nam objawiony motyw przewodni, czyli "przerażające" dzieje rodu Femm.

Stary mroczny dom w odróżnieniu od chociażby The Legend of Hell House nie jest o historią o nawiedzonych "czterech ścianach". Daleko mu także do tętniącego własnym życiem domu Shirley Jackson. Co za tym idzie, osoby wypatrujące samodzielnie przesuwających się przedmiotów, zawodzących dusz czy upiększającej ścianę ektoplazmy mocno się rozczarują. Wyjaśnienia wypadałoby zacząć, że film Whale’a to nie tylko horror ale i komedia. Twórcy, od początku dbający o odpowiedni - w rozumieniu ludzi okresu przedwojennego - nastrój grozy (donośne grzmoty, nagie drzewa z rozłożystymi konarami, szaleńcze chichoty na najwyższych piętrach, szaleni domownicy, ciemne korytarze), w równej mierze raczą odbiorców kwestiami humorystycznymi, głównie za sprawą Melvyna Douglasa ale nie tylko. Niemalże wszystkie postacie zostały w prześmiewczy sposób mocno przejaskrawione. Rebecca ze swoimi tekstami przypominającymi mądrości wieszcza nadciągającej apokalipsy bardziej śmieszy - lub budzi litość (u osób oczekujących od horroru przedwojennego napięcia towarzyszącego dzisiejszym produkcjom z tego gatunku) - niż straszy. Uśmiech na usta ciśnie się, gdy widzimy Morgana przypominającego niedźwiedzia grizzly czy Saula Femma (Brember Wills) fikającego niczym szalony leprechaun. Patrząc na to wszystko trudno wykrzesać w sobie chociaż odrobinkę strachu.

"Przerażająca" Rebecca  Femm - Boisz się, Horacy. Boisz się, prawda?
Nie wierzysz w Boga i już obawiasz się śmierci. Widziałeś na niebie Jego gniew
i słyszałeś w nocy Jego potęgę.
Groza wzbudzana przestarzałymi metodami, zbyt mocno zarysowane postacie oraz niesubtelne przemieszanie wątków poważnych (tragiczna historia rodu Femm) z bardziej frywolnymi (obraz panny Gladys DuCane) spowodowało, że po kilkunastu minutach przestałem odbierać film Whale’a w kategoriach czystego horroru - nawet tego najbardziej lekkiego. Mówiąc o Starym mrocznym domu powiedziałbym, że to przeciętna czarna komedia a nazywanie filmu produkcją o nawiedzonym domu to duże nieporozumienie. Posiadłość rodziny Femm to tylko stara rudera lata świetności mająca dawno za sobą a "nawiedzene" to były osoby - każda na swój sposób - w niej mieszkające lub szukające schronienia.

Coś na deser, czyli Lilian Bond. Niestety Gladys DuCane była w filmie bardziej skryta.



07 grudnia 2014

Dwie sekundy spaceru po ogrodzie

o bardzo krótkich filmikach Louisa Le Prince'a

Loius Le Prince
Śledząc początki kina należałoby wspomnieć o Roundhay Garden Scene, nagraniu uważanym powszechnie za pierwszy film w historii kinematografii. Czy słusznie?

Wydarzenie, o którym szerzej za chwilę, uwiecznił Louis Le Prince na dwunastu klatkach filmowych, których odtworzenie zajmuje nieco ponad dwie sekundy. Jeżeli więc mówiąc o "pierwszym filmie" będziemy odnosili się jedynie do samej czynności rejestrowania czegoś na taśmie filmowej to faktycznie, Roundhay Garden Scene należy się palma pierwszeństwa. Niestety, nie można traktować nagrania Le Prince'a w kategoriach filmu fabularnego. Ze względu na techniczne ograniczenia filmiku, osoby doszukujące się w nim jakichś głębszych treści z góry skazane są na porażkę. Oceniając "dzieło" Le Prince'a trzeba pamiętać przede wszystkim o jego wartości historycznej, gdyż artystyczna strona nagrania po prostu nie istnieje. Roundhay Garden Scene zdecydowanie bliżej do dzisiejszych rodzinnych zapisów dotyczących ważnych wydarzeń z naszego życia, niż do filmów pełnowartościowych.

Kamera jednosoczewkowa
Filmik Louisa Le Prince'a jest zapisem spaceru jego rodziny po ogrodzie. Zarejestrowane na nagraniu osoby to syn reżysera czyli Adolphe Le Prince, Sarah Whitley (teściowa L. De Prince'a) wraz z małżonkiem Josephem Whitley oraz niejaka panna Harriet Hartley. Nagrania dokonano 14 października 1888 roku w Oakwood Grange w Leeds, przy użyciu jednosoczewkowej kamery i projektora. Zanim jednak Le Prince dokonał tego kinematograficznego cudu, przygotowywał się do niego wiele lat.






Kamera szesnastosoczewkowa
Zaprojektowania w 1886 roku, skonstruowana w 1887 kamera szestanstosoczewkową posłużyła do zarejestrowania mężczyzny przechodzącego przez skrzyżowanie (Man Walking Around a Corner). Według francuskiego historyka filmu, Jacquesa Pfend, nagrania dokonano przed 18 sierpnia 1887 roku przy zbiegu ulic Rue Bochard de Saron (niedaleko mieszkania Le Prince'a) i Trudaine. Oficjalnie film nie został zremasterowany, ale od czasu do czasu można spotkać amatorskie próby ożywienia  Man Walking Around a Corner. Spośród dokonań Le Prince'a warto również wymienić Traffic Crossing Leeds Bridge (1888; kamera jednosoczewkowa), gdzie reżyser uwiecznił ruch wozów i ludzi na moście w Leeds oraz Accordion Player (1888; ponownie kamera jednosoczewkowa), na którym widzimy Adolphe'a Le Prince grającego na akordeonie.

Dziś trudno patrzeć na przytoczone powyżej filmiki inaczej, niż na historyczne ciekawostki. Ich wartość należałoby oceniać nie tyle pod kątem prezentowanych treści, co ich znaczenia dla rozwoju techniki filmowej. Podczas rozmów o początkach kinematografii najczęściej padają takie nazwiska jak Lumière czy Edison, a przecież Roundhay Garden Scene nakręcono na kilka lat przed La Sortie des usines Lumière (Wyjście robotników z fabryki Lumière 1895). Cóż, pozostaje wierzyć, że wszystko wyglądałoby inaczej gdyby nie tajemnicza śmierć Le Prince'a (w 1890 roku w trakcie podróży pociągiem z Dijon do Paryża) na krótko przed oficjalną prezentacją jego wynalazku w Stanach Zjednoczonych.