10 maja 2015

Historia lekka i przyjemna

o Bogu w pucharze Roberta Howarda

Historie mogące uchodzić za lekkie, przyjemne zawsze działały na mnie uspokajająco. Przy pomocy niezbyt skomplikowanej fabuły sprawiały, że problemy świata rzeczywistego ulegały rozmyciu a potrzeba konfrontacji z nimi malała. Odprężenie wywołane ucieczką w świat fantazji pozwalało nabrać dystansu i spojrzeć na pewne sprawy z nowej perspektywy. Po uspokajającej lekturze zmartwienia dni codziennych wydawały się prostsze do przezwyciężenia. Tak, jestem wdzięczny za takie opowieści, jak chociażby te o "największym bohaterze czasów hyboryjskich".

Jedną z takich historii jest Bóg w pucharze (ang. The God in The Bowl) Roberta Howarda, która powstała najprawdopodobniej w latach 1932-1933. Od tego typu utworów trudno wymagać wyszukanej puenty czy ponadczasowego przesłania i dlatego też są niekiedy takie cenne. Krótkie, pisane przez autorów głównie z myślą o czytelnikach Weird Tales, miały bawić - dostarczając lekko strawnej rozrywki. Patrząc na Boga w pucharze właśnie pod kątem jego prostej konstrukcji wydaje się on idealnie wpisywać w klimat weirdowskich tekstów lat trzydziestych. Niestety, opowiadanie odnalezione na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych - w moim przekonaniu nie odbiegające poziomem od innych historii o Conanie - nieoczekiwanie napotkało opór ze strony ówczesnych redaktorów wspomnianego magazynu, którzy wraz ze śmiercią swoich wielkich pisarzy (m.in. Howarda w 1936 r.) postanowili ukrócić ich publikowanie. Ostatecznie Bóg w pucharze po raz pierwszy został opublikowany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci autora, dokładnie we wrześniu 1952 roku na łamach magazynu Space. Science Fiction. Wypada wspomnieć, że za ostateczny kształt tekstu odpowiada Lyon Sprague de Camp, który przeredagował oryginalną opowieść.


Bóg w pucharze, podobnie jak i inne historie o Cymeryjczyku pozbawiony wyszukanego tonu, doskonale sprawdza się w roli opowieści szybkiej i łatwej w odbiorze. Wyraźnie zarysowane postacie i wciągająca fabuła w konwencji powieści detektywistycznej od samego początku utrzymują czytelnika w stanie lekkiego ale ciągłego napięcia. Umiejętnie dawkowana przez autora atmosfera tajemniczości wokół całego zdarzenia sprawia, że niezbyt oryginalny motyw przewodni - tj. niewyjaśnione morderstwo Kalliana Publico - szybko zyskuje w oczach odbiorcy. Powiedziałbym nawet, że czytelnik zaczyna nie tyle wyczekiwać kolejnych bohaterskich wyczynów Conana, ile z rosnącym zaciekawieniem obserwuje kreowaną przez autora intrygę.

Nastrój Boga w pucharze trafnie oddają słowa wypowiedziane przez detektywa z noweli Poego Zabójstwo przy Rue Morgue: "Śledztwo będzie dla nas rozrywką". Odnalezienie ciała szlachcica z Numalii, stolicy Nemedii (jedno z królestw ery hyboryjskiej) daje początek historii na równi wciągającej i zabawnej. W centrum wydarzeń spotkamy zaślepionego własną pozycją prefekta policji, wnikliwego "detektywa" w osobie głównego inkwizytora Komisji Śledczej, niezbyt rozgarniętego faceta od mokrej roboty, tchórzliwych podwładnych zabitego oraz oczywiście Conana, nieprzywykłego do zawiłych procedur i praw świata cywilizowanego. Bohaterowie wspólnymi siłami - częściowo drogą dedukcji, częściowo przy pomocy stali - próbują rozwiązać zagadkę śmierci Kalliana Publico.

Osobiście uwielbiam historie, w których Howard wspomina o wszystkim co ma związek ze Stygią i jej tajemniczymi kultami. Nawiązania do czarnoksiężnika Thoth-Amona czy starożytnych hieroglifów będących symbolami okrutnego boga Seta i jego dzieci sprawiły, że do Boga w pucharze wracam częściej niż do innych opowiadań z antologii Conan (1967).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz